Kalymnos

Podczas ostatniego roku często miałam wrażenie, że mój styl życia zamienia mnie niepostrzeżenie w przysłowiowego powsinogę. Plecak powoli przyrastał mi do pleców, a jego zawartość z każdym dniem stała się przykładowym minimum potrzebnym do przeżycia w każdych warunkach. Namiot, mata, śpiwór, cały sprzęt wspinaczkowy, ubrania na każda porę roku, komputer i aparat. Wszystko mieściło się w 18 kg. W momencie gdy ktoś ofiarowywał mi powiedzmy, koszulkę, szła ona na wymiankę za którąś z tych, które miałam już w plecaku.
Zamiast kupować pamiątki, strzelałam fotki… Powoli dochodziłam do perfekcji w byciu super-trampem gdy wydarzyło się coś, co odwróciło moje życie do góry nogami i w odmianie przyniosło stabilizację i rutynę.

Wyjechałam na wspinanie na wyspę Kalymnos.

Zimowe ciuchy zostały w aucie zaparkowanym przy lotnisku w Katowicach, a namiot zamieniłam na wygodny pokoik w Irene Studio…

Wiele jest w Europie niesamowitych i znanych miejsc wspinaczkowych w których ja nigdy się nie wspinałam, ale żadne nie przyciągało mnie nigdy tak bardzo jak Kalymnos. Lubię wiązać wspinanie z przygodą czy nietypowymi miejscami, a mała wysepka na Morzu Egejskim, która gdyby nie wspinanie, to do dzisiejszego dnia utrzymywała by się jedynie z eksportu naturalnych gąbek, brzmiała bardzo egzotycznie.

Już wylot zaczął się ciekawie. Nasz samolot lecący do Kos, wypełniony co do ostatniego miejsca wspinaczami, trafił w samo serce burzy szalejącej nad zachodnią Turcją. Szarpało naszym wcale niemałym boeingiem jakby był z papieru. Nigdy wcześniej nie przeżyłam takich turbulencji i szkoda mi było tych, którym nie wytrzymały żołądki, bo każda próba wyjścia do ubikacji spotykała się z bardzo zdecydowanym sprzeciwem stewardess, co przekładało się na jeszcze większą panikę w samolocie…

Po pewnym czasie wylądowaliśmy, tyle że nie na Kos, ale na oddalonej o 300km w linii prostej Krecie. Łagodny głos pana pilota przekazał nam, że poczekamy aż burza się uspokoi i spróbujemy ponownie. Więc czekaliśmy. Szkoda, że nie mieliśmy gitary, bo czuję, że wesołe „bo wszyscy wspinacze to jedna rodzina” byłoby jak znalazł. Po paru minutach przestało być nam jednak wesoło, a humory zepsuła decyzja pilota o powrocie do Katowic. Wtedy się zaczęło. Niejednej/mu słoma wyszła z butów, a najbardziej ucierpieli na tym wystawieni na bezpośredni atak stewardzi i stewardessy. „To wszystko przez Tuska!” – ktoś wykrzyknął, co lekko rozładowało napięcie. Nic już nikogo nie obchodziła burza i niebezpieczeństwo „wspinaczkowego Smoleńska”. Nikt nie miał zamiaru wracać do Polski z jej przymrozkami i śniegiem. Krótkowzroczne samoluby z nas się porobiły. Nie ma co.

Ogłosiliśmy więc strajk stojąc w przejściu. Należało nam się przecież chociaż godzinne oczekiwanie na poprawę pogody. Z każdą minutą dawało się jednak wyczuć, że krążąca między nami negatywna energia miała coraz więcej źródeł. To psycha puszczała tym, co wzięli tygodniowy urlop. Ta część samolotu coraz głośniej mówiła o zostaniu na Krecie i próbie przedostania się na Kalymnos w jakiś inny sposób.

Po pewnym czasie przemówił pilot: „Będziemy próbowali lądować na Kos, proszę usiąść i zapiąć pasy”, ale widocznie jego głos lekko zadrżał przy słowie „próba” i większość odebrała to ogłoszenie jako trik przerywający nasz jakże piękny i solidarny strajk. Znalazł się też wśród pasażerów jeden specjalista od samolotowego fachu, który dość przekonywująco oznajmił, że z bakiem paliwa który właśnie napełniliśmy na pewno nie będziemy lądować. Jakie były logiczne za tymi słowami argumenty już nie pamiętam, ale doprowadziło to do dość nietypowej sytuacji gdzie pilot oznajmia, że lecimy tam gdzie mieliśmy lecieć, a pasażerowie nie pozwalają mu na wylot strajkując, że jeżeli lecieć to tylko na Kos. Kika osób wyszło z samolotu zostając na słonecznej Krecie. Mnie też trochę korciło, ale trochę z innego powodu. W podstawówce miałam w klasie kolegę o nazwisku Kret. Niestety nie miał on zbyt dużego powodzenia u dziewczyn, co raczej mu dokuczało. Przed każdą przerwą wakacyjną proponował on koleżankom z mojej klasy „niezapomniane wakacje na Krecie”… Ciekawe jak się teraz ma mój kolega Kret…

Wracając do opowieści wspinaczkowych, część pasażerów wysiadła, a ci, co zaufali pilotowi o drżącym głosie, pół godziny później wylądowali na Kos…

Strajkujemy (fot. Ola)

Dojechaliśmy. Kulka temu kto zabroni nam świętować. (fot. Ola)

Kalymnos jest przeuroczym miejscem z przemiłymi mieszkańcami. Czasami jest trochę brudno i prawie wszystko „pachnie lenistwem”, ale te dwie cechy to atrybuty wszystkich małych rajów na świecie. Zamieszkałam wraz ze znajomymi Kondziem i Strażakiem w miasteczku Masouri, a nad naszym studio wznosiła się przepiękna Grande Grote. Na tarasie z widokiem na morze rosły czerwone maki i inne polne kwiaty. Po tak męczącej i stresującej podróży nawet najtańszy sikacz pity w tak pięknych okolicznościach smakował jak najlepszy Westvleteren.

 

Wspinanie zaczęłam spokojnie, bo ciężko było przewidzieć jak zachowa się organizm, po niedawno przebytej chorobie. Mięśnie odmawiały dynamicznych i siłowych ruchów, za to palce z wyjątkową łatwością układały się na mikrokrawądkach. Po pierwszych dwóch dniach z zaskoczeniem stwierdziłam, że siódemki be plus i ce mi nie straszne i wszystkie puszczają w pierwszej próbie. Czas więc było spróbować ósemek. Zresztą, magiczna wycena 8a przyciągała również moich współtowarzyszy – Kondzia i Strażaka, więc z dogadaniem się do rejonów nie mieliśmy problemów. Chłopaki szukali czegoś sprawdzonego, bo dla obydwu 8a była „terenem dziewiczym”. Po reście stawiliśmy się więc pod jednym z popularniejszych rejonów zwanym Archi, by rozprawić się z jej klasykiem „Angelica”. Zaskoczona poprowadziłam drogę w drugiej wstawce, choć wcale nie wydawała mi się łatwa i w pierwszej próbie nie udało mi się wymyślić sposobu na dalekie sięgnięcie w kruksie (tu ukłony w stronę chłopaków z Krakowa za idealne patenty). A więc szło całkiem nieźle, wspinanie powoli się rozkręcało i życie rozpieszczało. Wspólne gotowanie, wieczorne piwko i rozmowy w moim rodzinnym języku. Dawno nie miałam takich wakacji. Czysty relaks…

Lubię wspinanie w Archi (fot. Ryba)

W każdym opowiadaniu mile widziany jest jakiś zwrot akcji, jakieś mała tragedia mile zaskoczyłaby czytelnika i wprowadziła by trochę pikanterii. Takiego dramatu jednak ciężko mi się doszukać w tripie do Grecji. Jeden dzień padało, ale zważywszy na pogodę panującą ostatnio w naszym kraju, to zrobienie „sceny” z jednego dnia deszczu słabo mrozilo by krew w żyłach. Raz zabrakło nam magnezji w skałach, hmm, i to chyba jedyne zaskakujące zwroty akcji. Co więcej, wspinało nam się razem na tyle dobrze, że kilka dni przed wylotem do domu kupiliśmy nowe bilety przedłużając nasz wyjazd o następny tydzień. Po kilku dniach Strażak poprowadził „Daniboy” swoje pierwsze 8a, ja poszłam zaraz za nim i wyrównałam swojego maksymalnego flasha sprzed trzech lat. Kondzio musiał się trochę dłużej pomęczyć, ale i on wpiął się w końcu do łańcucha. Pod droga zjawiła się też, ale tylko na chwilę, Kinga Ociepka dając nam popis niesamowitego wspinania w stylu OS. Wydaje się, że Kinga znalazła najtrudniejsze możliwe patenty na drodze a i tak dociągnęła do łańcucha. Czapki z głów..

Fleszujemy ósemeczki. Sweet 🙂 (fot. Kondzio)

Kondzio walczy z Daniboyem (fot. Ola)

Ja do końca wyjazdu bujałam się po ósemkach a czatując na pierwszego osa na tym stopniu. Wiele razy było blisko, ale widocznie jeszcze nie czas, bo wszystkie drogi puszczały dopiero w drugiej próbie. Udało się przewalczyć bez znajomości i z rozwieszaniem ekspresów drogę „Paris Teras”. Wyceniona jedynie na 7c linia w moim odczuciu trudniejsza jest od niejednej 8a na wyspie…

Do największego wyczynu wyjazdu zaliczyć można poprowadzenie razem z Kondziem mojej pierwszej wielowyciągowej drogi w wycenie 8a. „Cardin Palma” (6c+, 7c, 8a, 6c) padła ostatniego dnia wyjazdu i doczekała się tym samym dopiero drugiego czystego przejścia. Droga, choć niedługa, obita jest jak wielowyciągowy klasyk i to właśnie na typowy problem niedostrzeżenia kolejnej wpinki już po kruksie zwalam zaprzepaszczenie przejścia os najtrudniejszego z wyciągów. No cóż, na takich liniach magnezja nie podpowiada którędy droga, a moja intuicja podpowiedziała „do góry”  tam gdzie trzeba było trawersować.

 

Grande Grota (fot. Ola)

Pięknie (fot. Ola)

Nasz wyjazd skończył się w najodpowiedniejszym momencie dokładnie z dniem, gdy Kalymnos zamieniło się w patelnię.

Kilka dni później jestem już z powrotem w Chinach, tym razem intensywniej myśląc o rozpoczęciu jakiejś „poważnej pracy”. Domek na wysepce Morza Egejskiego sam się przecież nie kupi.

 

Z kapownika:

 

Daniboy 8a FL

Cardio Palma 8a RP (6c+(os), 7c (fl), 8a (2 próba), 6c(os – na drugiego))

Angelica 8a RP(2 próba)

The path to deliverance 8a RP (2 próba)

Helios 8a RP (3 próba)

Paris Teras 7c os

Aegialis  7c os

Nirwana 7os

i jeszcze kilka 7c w pierwszej próbie.

Tam gdzie nosi się futra

Od kiedy zaczęłam się wspinać staram się namówić siebie na trenowanie. Regularność i ułożony dobrze plan ćwiczeń to klucz do znakomitych wyników i żelaznej buły – tak przynajmniej mówią pierwsze strony tych wszystkich książek o treningu wspinaczkowym jakie leżą na mojej półce. Kilka razy, zazwyczaj z okazji nowego roku, urodzin czy innej bardziej szczególnej daty, obiecywałam sobie, że będę robiła obwody, podciągała się czy próbowała chodzić po kampusie. W rzeczywistości, zawsze kończyło się na super mocnym sprężu w pierwszym tygodniu, trochę mniejszym w drugim a po miesiącu wszystkie makro i mikro sesje zaczynały się sypać a ja zamiast iść na trening zaczynałam po prostu chodzić się powspinać.

Nigdy nie udało mi się pokonać tej magicznej granicy jednego miesiąca. Co dziwne, nawet w sytuacjach, gdy mój trening kończył się już na fazie „rozwspinanie” to zawsze po takich akcjach czułam się silniejsza a w skałach wspinałam się lepiej. Trudno więc mi było zrezygnować z idei regulrnych ćwiczeń i …

Korzystając z zebranego przez ostatnie lata doświadczenia w końcu wypracowałam idealny dla mnie roczny system treningu, który na potrzeby tego tekstu nazywać będę KRiMP („Każdego roku ieden miesiąc przybloku”). I tak, główną zasadą mojego systemu jest, by każdego roku wybrać jeden miesiąc kiedy to systematycznie i z pełnym poświeceniem będę całkowicie oddać się treningowi. W tym magicznym okresie staram się skupić na plastiku i metalu (tzn. na wspinaniu na sztucznej ścianie i chodzeniu na siłownię) a skały odłożyć na „za miesiąc”.

Dwa lata temu, identycznie jak i rok temu, padło na miesiąc marzec. Powodem była pogoda niezachęcająca do żadnych outdoorowych aktywności oraz fakt, że w miesiącu tym zawsze w firmie było najmniej pracy. Zazwyczaj więc marzec zaczynałam od kupienia miesięcznego karnetu do kompleksu sportowego na osiedlu. Później skupiałam się tylko na tym, żeby każdego dnia brać udział w przynajmniej 3 godzinach organizowanych przez centrum zajęć sportowych (rowerki, yoga, gimnastyka, bieganie, capoeira ect) i pięć razy w tygodniu spędzić przynajmniej półtorej godziny na siłowni lub na kampusie i wieczorkami przynajmniej 2 godziny na ścianie. Każde zajęcia kończyłam jeszcze piętnastominutowym basenem. Tak generalnie wyglądał KRiMP roku 2011 i 2012. Logiki, czy głębszych przemyśleń w tym systemie nie było a i zrealizowanie go było zawsze bardzo czasochłonne. Zdarzało mi się zostawać na ścianie po godzinach otwarcia a nawet sypiać w moim biurze przy boulderowni (co teraz wydaje mi się dziwne, bo mieszkałam po drugiej stronie ulicy)…

Ale nie o moich technikach treningowych miałam tu pisać. W tym roku miałam bowiem całkowicie inny pomysł na to, jak w miesiąc porządnie i trochę bardziej „z głową” przyładować.

W ostatnich dniach lutego zafundowałam sobie drastyczną zmianę klimatu i z upalnego Delhi przetransportowałam się na Ukrainę. Miesiąc marzec miałam bowiem spędzić na KRiMPowaniu z Ukraińską Kadrą Narodową która zbierała ostatnie szlify przed nowym sezonem zawodów IFSC.

Z lotniska odebrała mnie Olga i Misza Szalaginowie – moi trenerzy, przyjaciele i zdecydowana elita ukraińskiego wspinaczkowego światka. Oboje niesamowicie utytułowani i nieziemsko silni. Jakiś rok wcześniej, Olga spędziła u mnie w Pekinie gościnnie prawie pół roku. Okazjonalne wspólne treningi uświadomiły mi, jak wiele można się od niej nauczyć. Olga za to, przy każdym nowo pokazywanym mi ćwiczeniu wspominała Misze chwaląc jego zdolności treningowe.

Po rozpakowaniu się w kawalerce na obrzeżach miasta, którą dzieliłam z Olą Niedwiedewą i z wcześniej wspomnianą Olgą (dla ułatwienia też nazywaliśmy ją Ola) wybrałam się na pierwszy trening.

Tu chciałam tylko przypomnieć, że moja wizyta na Ukrainie poprzedzona była pięciotygodniową abstynencją wspinaczkową. Z Indii przywiozłam również problemy żołądkowe, które od dwóch tygodni próbowały zwalić mnie z nóg i bardzo skutecznie zadbały o moją linie (drugi raz w moim dorosłym życiu osiągnęłam wagę 45 kg przy 166cm wzrostu). Lekka jak piórko pojawiłam się więc na zimnej i zapuszczonej ścianie w jednej z Kijowskich szkół. Misza wydał pierwszy rozkaz:

„Rozgrzewka:

-dziesięć podciągnięć

-dwadzieścia sekund przerwy

-dziesięć pompek

-dwadzieścia sekund przerwy

-dziesięć przysiadów na jednej nodze

-minuta przerwy

-powtórzyć 3 razy, a podczas minutowych przerw wykonywać ćwiczenia rozciągające!”

Udało mi się podciągnąć 3 razy i nie zrobiłam żadnego przysiadu. Pompki puściły :).

Misza wyglądał na zdruzgotanego, ale wytłumaczyłam mu, że choroba, że zmęczenie, że normalnie to jestem w stanie dyszkę wydusić (to prawda, raz mi się udało i mam na to świadków)…

Następne były zwisy – jak się później okazało jedno z podstawowych i, obok podciągnięć, ulubionych ćwiczeń ukraińskich wspinaczy. Najpierw na małych oblakach, potem na trzech różnych krawądkach i na końcu na ściskach. Na każdym z chwytów wykonywałam zwisy w każdej możliwej palcowej kombinacji (po trzy i po dwa sąsiadujące palce) w seriach po trzy razy. Na krawądkach była jeszcze powtórka z chwytem zamkniętym (również w każdej możliwej palcowej kombinacji) – generalnie, przynajmniej godzina nudnego wiszenia i to wszystko tylko w ramach rozgrzewki.

Trening rozpoczęłam od poznania grupy. Składała się ona z około 12 osób – podobno tych najsilniejszych w kraju. Pierwsze, co ją wyróżniało od, powiedzmy, podobnej w Polsce to przewaga kobiet. Następną różnicą było to, że wszyscy tytułowali się odpowiednikami naszych klas sportowych. I tak już po chwili wiedziałam kto i od jak dawna ma tytuł master sporta albo zaslużony master sporta. Klasy te są na Ukrainie nadawane dożywotnio a w przypadku tych najwyższych tytułów sportowiec uzyskuje od związku (albo od rządu – nie sprawdziłam dokładnie) miesięczną, bardzo skromną wypłatę. Tak więc, Misza okazał się bardzo ważny bo miał najwyższy stopień trenerski (zslużony master trenirowki) i jedynie troszeczkę słabszy stopień sportowy (master sporta). Oldze brakuje jednego dobrego wyniku w zawodach rangi pucharu świata żeby uzyskać przydomek ‚zasluzony’ i jak na razie jest masterem sporta…

Ponieważ, Misza przed ułożeniem dla mnie jakiegoś logicznego treningu musiał się mi poprzyglądać tak więc pierwsze dwa treningi polegały na tym, że razem z którąś z dziewczyn  pokonywałam kilka średniej lub wysokiej trudności boulderów. Na każdy problem miałyśmy około 10 minut chyba, że puściło wcześniej. Gdy któraś z nas wykonywała ruch nieprawidłowo, to Misza poprawiał błąd a ruch kazał powtarzać po kilka razy.

Na koniec treningu przewidziane były znienawidzone podciągnięcia i ćwiczenia mięśni brzucha.

Nie będę oszukiwać i zgrywać twardziela. Byłam najsłabszą dziewczyną w grupie. Cieszyło mnie, że nowo poznane koleżanki są silne i że jest do kogo równać, ale jednocześnie czułam, że forma spadła mi o wiele bardziej niż się spodziewałam po zaledwie półtorej miesiąca niewspinania. Zrzucałam to trochę na problemy żołądkowe, które nie przeszły nawet po zastosowaniu ukraińskiej diety. Jednoczenie z treningami zaczęłam więc batalię zdrowotną i co drugi dzień latałam na jakieś badania i konsultacje.

Tak przetrwałam pierwszy tydzień. Po tym czasie, w Kijowie odbywały się dość ważne w środowisku zawody spod znaku ‚BoulderRing by Shalagins’. Nazwisko Szalagin stało się na Ukrainie klasą samą w sobie. Oprócz Miszy i Olgi w rodzinie jest jeszcze Sasza. Od lat jest tak, że jeżeli w zawodach rangi Pucharu Ukrainy startuje cała rodzina, to Misza i Olga zgarniają wszystkie możliwe złota a Sasza srebra. Prawdopodobnie jest to najsilniejsze wspinaczkowo potrójne rodzeństwo na świecie. Od dwóch lat organizują oni serię zawodów boulderowych, z których każde odbywają się w innym mieście Ukrainy. Mają też firmowe koszulki a nawet długopisy Szalaginsów.

Rodzinka Szalaginsów w komplecie

Rodzinka Szalaginsów w komplecie

Nie ciężko zgadnąć, że w zawodach wystartowałam nie po to żeby walczyć o zwycięstwo i raczej traktowałam je treningowo. Tym bardziej się zdziwiłam, gdy po dwugodzinnych eliminacjach (40 boulderów do pokonania w formie flash) znalazłam się z trzecią pozycją na liście finalistów. W przerwie przed finałami, bardziej niż zwykle popędziło mnie do ubikacji i to chyba na tą nadzwyczajną lekkość mojego ciała przyjdzie mi zrzucić to, co się potem wydarzyło. Totalna dominacja!! Cztery z pięciu finałowych przystawek pokonałam flashem. Najtrudniejsza trójka była poza zasięgiem którejkolwiek z nas i ta pozostała z nienaruszonym nawet bonusem. Zwyciężyłam dużą przewagą, bowiem wicemistrzyni poszczycić się mogła jedynie dwoma topami w pięciu próbach…

Z ponocą Bożą...

Z ponocą Bożą…

Dwa dni później powróciłam do treningów i znowu okazałam się być najsłabszym ogniwem w naszej damskiej grupie. I bądź tu człowieku mądry…

Bardzo chciałam, opisać w tym tekście, w jaki sposób trenują Ukraińcy. Niestety następny tydzień spędziłam raczej u lekarzy i w ubikacji niż na ścianie. Pozytywne było to, że rodzina Shalaginów okazała się mieć wtyki praktycznie wszędzie i większość lekarzy przyjmowała mnie na tak zwany ‚krzywy ryj’ a mi rzadko udawało się za kuracje płacić. W następny weekend Kijów znowu organizował zawody, ale tym razem wytrzymałam jedynie godzinę eliminacji po czym całkowicie opadłam z sił i odmówiłam dalszych wstawek. Wygrała oczywiście Olga, z którą następnego dnia wyruszyłam na południe do Odessy gdzie już jedynie pod jej okiem miałam kontynuować treningi.

Nowe lokum w nieogrzewanej piwnicy u dwójki nadmorskich artystów w normalnych okolicznościach pewnie wydawałoby mi się oryginalne i klimatyczne jednak w stanie w jakim się znalazłam, wszystkie te smutne oczy świętych, małych biednych dzieci i zbitych szczeniaczków patrzące na mnie z każdego płótna i każdej zażółkłej ściany dodawały jedynie dramatyzmu do sytuacji. Czyżby ukraińscy artyści nie potrafili opisywać swoją sztuką rzeczy wesołych i miłych? Całości dopełniał pęk zwiędniętych balonów zwisający z sufitu…

Następna wizyta u lekarza okazała się moją ostatnią na Ukrainie. Nieugięta pani doktor nie zaleciła mi bowiem kolejnego testu i nie przepisała żadnych nowych pigułek tylko zdecydowanie stwierdziła, że jedynie hospitalizacja może wyjaśnić sprawę. Niestety fakt, że przywiozłam chorobę aż z Indii sprawiał, że do położenia mnie na łóżku mogli mnie zmusić siłą. Obiecałam więc, że zgłoszę się na oddział następnego dnia rano i…

…dwa dni później byłam już w Polsce. Z lotniska przetransportowałam się prosto do szpitala na oddział zakaźny we Wrocławiu gdzie oddałam się pod opiekę lekarzy i rodziny tym samym definitywnie kończąc tegoroczny KRiMP.

Fajnie było pobyć trochę w Kijowie. Wczuć się w tą szarą, zimną ukraińską rzeczywistość gdzie jak nigdzie indziej na świecie ludzie upodobali sobie futra z nutrii, romantyczne powieści, złote zęby i mocny makijaż. Miło było ponownie, po latach usiąść na Schodach Potiomkowskich w Odessie i posłuchać klnących ponad miarę młodych marynarzy w pasiastych, niebiesko-białych podkoszulkach… Tym razem jednak cieszę się jak nigdy z powrotu do domu i zobaczenia się z rodziną i przyjaciółmi. Wdzięczna jestem losowi, za to, że w przysłowiowej biedzie przyjaciele się znaleźli. Dziękuje Wam za to z całego serca.

 

Rest

Przełom lutego i stycznia miał być moim miesiącem odpoczynku. Miało być ładnie, bezstresowo i przede wszystkim bez wspinania. Wielu sportowców poleca takie odwyki, a ja przecież wspinałam się bez przerwy przez ostatnie 5 miesięcy (z czego w plastiku niewiele ponad tydzień). Chwilowe zakończenie kariery podsumowałam jeszcze tylko występem w Zawodach Pucharu Indii i dokładnie z połową lutego przepakowałam plecak tak, by buty wspinaczkowe i reszta sprzętu znalazła się na samym dnie a namiot i kuchenka z gazem pod ręką.

Zawiedzie się więc ten, kto spodziewa się znaleźć w tym wpisie okołoskalne opowieści. Miejsca które udało mi się odwiedzić podczas zwykłego podróżowania po Indiach wywarły na mnie na tyle silne wrażenie, że mam niesamowitą ochotę podzielić się z wami tym co zobaczyłam i przeżyłam.

Historia zacznie się dość typowo (a może i nie), bo od spotkania kompanów mojej wycieczki. Niezwykle ciekawych świata i zawsze nieustraszonych – moich rodziców (Gabi i Marka) oraz Mateusza. Moi „staruszkowie” załapali włóczykijowego bakcyla w zeszłym roku po odwiedzinach w Chinach. Dla mojego Taty były to wtedy pierwsze loty samolotem… Tym razem nie zdradzili się z planami i jedynie wyciągnęli ode mnie informację o tym, że planuję wyjazd do Indii. W następnym telefonie usłyszałam już tylko przepełnione radością „Jedziesz do Indii? My też mamy już bilety!”…

Ponieważ, w mojej rodzinie brakuje standardowych turystów planując eskapadę ograniczyć musieliśmy do minimum zwiedzanie ruin, grobowców i świątyń. Pomysł na nietypowy odpoczynek zrodził się po oglądnięciu jednego z odcinków BBC „Ziemia – Planeta ludzi”. I tak, za namową Davida Attenborough, powiększony klan Przybyszów wybrał się w podróż do prowincji Meghalaya, gdzie w otoczeniu nawiedzonej dżungli mieszka lud Khasi…

Poszeżony ród Przybyszów w drodze do prowincki Meghalaya (fot. Ola).

Powiększony klan Przybyszów w drodze do stanu Meghalaya (fot. Ola).

Z odwiedzinami w krainie wiecznie żywych mostów
„W północno–wschodnich Indiach gigantyczne urwisko skalne prowadzi nas do ukrytego świata – Meghalayi. Otoczony przez wysokie na prawie 2000 m skalne urwiska i nękany przez sezonowe deszcze monsunowe, jest to prawdopodobnie najmokrzejszy zakątek na naszej planecie. Corocznie, podczas jednego tylko sezonu notuje się w tej okolicy aż 25 metrów opadów deszczu. Światowy rekord. Życie tutaj napotyka wiele problemów. I nie chodzi jedynie o pozostawanie suchym. Praktycznie wszystkie opady występują tutaj podczas krótkiego, letniego monsunu. Rzeki, z pokornych, leniwych strumyków zamieniają się we wzburzone kipiele. Stają się dzikie, nieprzewidywalne i praktycznie niemożliwe do przekroczenia.
„30 lat temu Hally, członek niewielkiej społeczności Khasi zamieszkujących dżunglowe lasy dolin Meghalayi, zasadził szczepionkę drzewka figowca elastycznego na brzegach niedalekiej rzeki. Dzisiaj uczy kilkuletnią siostrzenicę Julianę jak troskliwie opiekować się drzewkiem. Skore do wicia i oplątywania drobne gałązki drzewa skutecznie zatrzymują kamienie i wzmacniają brzegi rzeki. Ale to nie jedyna funkcja tej roślinki. Hally uczy Julianę jak kierować młode gałązki by rozciągnięte sięgnęły aż na drugą stronę niepozornie w tej chwili wyglądającego strumyka. Gdy wyrosną na tyle by sięgnąć przeciwległego brzegu, zakorzenią się tam ponownie. Posłużą one za podstawę konstrukcji która oprze się powodziom a nawet poważnym potopom. Powstanie wiecznie żyjący most w całości skonstruowany z gałęzi żywego drzewa. Tego niesamowitego projektu żaden człowiek nie jest w stanie ukończyć w ciągu swojego życia. Hally przekazuje więc całą posiadaną wiedzę małej Julianie. Każdego roku opiekować się ona będzie gałęziami które z biegiem czasu staną się silniejsze. Jeżeli Juliana ukończy swój projekt, to most stanie się częścią wielkiego systemu, niesamowitej sieci mostów łączących doliny w krainie Meghalaya.„*

Wyprawę „w poszukiwaniu żywych mostów” zaczęliśmy od pociągowej eskapady na sam wschód kraju. Prowincja Meghalaya znajduje się bowiem na niewielkim w porównaniu zresztą kraju cypelku ziemi Indyjskiej otoczonej przez Chiny i Butan od północy i Bangladesz i Birmę od południa. Prowadzi do niego bardzo ciasny przesmyk gdzie Indie maja szerokość jedynie około 50 km. Turyści rzadko zaglądają w te strony. Transport jest mocno utrudniony i żeby oddalić się od głównej drogi, która biegnie sąsiednią prowincją Assam, należy przesiąść się do terenowych jeepów bardzo nieregularnie kursujących pomiędzy bardziej znanymi miejscowościami. Do większości ze znajdujących się tu krain należy postarać się o specjalne rządowe pozwolenia. Do wielu podróżowanie jest po prostu zabronione.

Typowe miasta indyjskie porażają. Kolorami, zapachami, przepychem zmieszanym z niesamowitą biedą i brudem. Wywołują obrzydzenie i jednocześnie zachwycają. Pozostawiają po sobie bardzo mieszane uczucia. Zderzenia tego nie da się uniknąć, bo każdą podróż w głąb Indii zacząć trzeba w którymś z większych miast.

Gdy wysiedliśmy z ostatniego jeepa pośród niesamowicie zielonych, pełnych życia wzgórz doliny Nongriat, znaleźliśmy się w dosłownie innym świecie. By dotrzeć do pensjonatu na szczycie wzgórza – miejsca, gdzie podobno znajdują się informacje na temat żywych mostów – musieliśmy przejść jeszcze około 4 km. Zjedliśmy późne śniadanie w jednej z mijanych wiosek i ruszyliśmy na łagodny spacer podczas którego cały „stres indyjskich miast” gdzieś się ulotnił. Po drodze minęliśmy kilka katolickich kościołów, które w warunkach wszechobecnej dżungli sprawiały wrażenie misji. Gdy dotarliśmy na szczyt, do niezwykle schludnie utrzymanego ośrodka, przywitała nas jedna z pracownic. Ubrana w szarą niby to sukienkę, niby sukmanę półgłosem zaprosiła do stołu i podała dzbanek z wodą i szklanki. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszystko co wykonuje bliskie jest ministranckiej służbie przy ołtarzu. Atmosfera udzielała się nam wszystkim i nagle rozmowy stały się łagodne, a co drugie zdanie zawierało słowa „proszę”, „przepraszam” albo „dziękuję”. Moja mama zignorowała nawet fakt, że któryś raz z rzędu, mimo że prosiła inaczej, podano jej ohydną i do tego mocno przesłodzoną kawę.

Meghalaya, zapomniana kraina. (fot. Ola)

Meghalaya, zapomniana kraina. (fot. Ola)

Tego samego dnia wyruszyliśmy na poszukiwanie mostów. W ośrodku pozwolono nam na zostawienie zbędnych bagaży (jak np. ponad trzy kilogramowych pucharów z moich zawodów) i w godzinę znaleziono dla nas lokalnego przewodnika znającego okoliczne lasy prawie jak własną kieszeń. Przed wyruszeniem warto jest wiedzieć to i owo o okolicy, bo choć jak się później okazało, droga do mostów jest niesamowicie łatwa, to one same otoczone są nawiedzoną dżunglą. Mieszkają w niej różnorakie duchy i demony, a lokalni mieszkańcy zachodzą do niej jedynie by złożyć duchom ofiarę. Nasz przewodnik opowiedział nam historyjkę, o tym jak to kilka lat temu, w wyprawę „na mosty” wybrała się pewna bardzo ważna rządowa delegacja. Jeden z jej członków nie posłuchał rad i wszedł w taką dżunglę za potrzebą. Odnaleziono go dopiero kilka dni później gdy biegał opętany w okolicach jednej z wiosek. Podobno nigdy nie przypomniał sobie co się z nim działo i gdzie przebywał przez te kilka dni…
My trzymając się ścieżek byliśmy bezpieczni. Przewodnik, narzucił takie tempo, że już po dwóch godzinach znaleźliśmy się na dnie kotliny gdzie słychać było szum dość rwącej rzeki. Tam gdzie była rzeka, był też i most. Niesamowity, najdłuższy ze wszystkich i jedyny „zbudowany” z dwóch drzew (po jednym na każdym brzegu). Żywy! Wrażenie było niesamowite. W głowie się nie mieści, że coś takiego naprawdę istnieje. Kilka dość sporych gałęzi tworzyło podstawę konstrukcyjną mostu. Podłogę i poręcze. Reszta to już wyplatanka z mniejszych witek. Dno wyłożone było kamieniami i kłodami innych drzew tak by „podłoga” była równa. Całość, choć na to się nie zanosiło, była dość stabilna i mimo że most był bardzo długi, to niewiele się chybotał. Z mostu zwisało wiele swobodnych witek które dosięgały aż do lustra wody. Przecudny brak harmonii i mistrzowski bałagan perfekcyjny w swej użyteczności.

W poszukiwaniu żywych mostów (fot. Ola)

W poszukiwaniu mostów (fot. Ola)

Portrecik (fot. Ola)

Portrecik (fot. Ola)

Na żywym moście (fot. na-skos.com)

Na żywym moście (fot. na-skos.com)

Rodzice (fot. Ola)

Rodzice (fot. Ola)

Drugi most był trochę inny. Krótszy i chyba starszy, bo zbudowany z większej liczby solidnych gałęzi. Przewodnik mocno naciskał żeby się pospieszyć, a my chodziliśmy z jednej strony na drugą i z powrotem ciesząc się przy tym jak dzieci.

Tej nocy nie zdecydowaliśmy się na powrót do cywilizacji. W wiosce, do której dotarliśmy późnym wieczorem znaleźliśmy mały hotelik. Gekony na ścianach i wielki pająk w łazience nie pozwalały zapomnieć o tym, że zamieszkaliśmy w samym sercu dżungli. Podczas spaceru po wiosce jej mieszkańcy z ukrycia obdarowywali nas wstydliwymi uśmiechami. Odważniejsze dzieciaki machały z okien. Przytłumione „What is your name? What is your name?” wykrzykiwane dziecięcymi głosikami odprowadzało nas do każdego z zakątków mieściny. Centrum wioski okazał się mały sklepik. Można w nim było poprosić o ciepłą kawę, herbatę czy kupić pudełeczko ciasteczek. Gospodyni mówiąca bardzo dobrze po angielsku poczęstowała nas lokalnym specjałem. Słono-słodką lemoniadą z wielkich cytryn. Owe cytryny są składnikiem wszystkich lekarstw używanych przez ludzi Khasi. Gdy dziecko ma gorączkę, wystarczy posmarować mu czoło korą z drzewa musztardowego i polać po tym mocno zagęszczonym sokiem. Temperatura spadnie w ciągu pół godziny. Sok zmieszany różnymi ziołami pije się na wszelkie dolegliwości żołądkowe, skórne czy przeziębienia…

fot. Ola

fot. Ola

Opuściliśmy naszą wioskę po dwóch dniach i lekko błądząc po leśnych ścieżkach, (bo kto by chciał wracać tą samą drogą) wróciliśmy do Indii.

 

Łagodne Himalaje

Po odwiezieniu moich rodziców na samolot startujący ze stolicy kraju wracam z powrotem na wschód gdzie dołączam do Mateusza, z którym wyruszam w kierunku północnym do stanu Arunachal Pradesh. Czyli w stronę tych najpiękniejszych i największych gór – Himalajów. Droga wschód – Delhi – wschód była traumatyczna. Ciężko było odnaleźć się w tej prawdziwej indyjskiej rzeczywistości. Na domiar złego, w drodze powrotnej nie udaje mi się dostać miejsca w pociągu. Na chama wskakuję więc do dowolnego wagonu pociągu „North–East Express”, chociaż według list wydrukowanych na peronach mam dopiero 280 miejsce na liście oczekujących na bilety. Jest szansa, że konduktor wyprosi mnie na pierwszej stacji, ale na pełnoprawny bilet musiałabym czekać prawie tydzień… Na moją korzyść działają przepisy mówiące, że samotnie podróżująca kobieta nie może być wyproszona z pociągu jeżeli za przejazd zapłaciła (ja zapłaciłam za wpisanie na listę oczekujących). Jest jeszcze podobny przepis tylko, że o obcokrajowcach. Siadam więc na wolnym miejscu i mam nadzieję że w tym całym bałaganie i natłoku ludzi nikt mnie nie zauważy.

Indyjska rzeczywistość (fot. Ola)

Indyjska rzeczywistość (fot. Ola)

Indyjska rzeczywistość (fot. Ola)

Indyjska rzeczywistość (fot. Ola)

Kontrola przyszła szybko. Mundurowy wziął ode mnie bilet, popatrzył zdziwiony i pokręcił zdumiony głową i … oddał mi świstek. Siedzący obok mnie mężczyzna zauważając mój bilet szturcha mnie łokciem i szepce coś o tym, żebym biegła do konduktora i zaoferowała mu stówę (na nasze 5 zł), a miejsce się znajdzie. Sięgam do portfela i biegnę. I rzeczywiście, gdy go odnajduję, to właśnie dochodzi do sfinalizowania podobnego biznesu z dwoma Hindusami. Proszę o miejsce, podaje banknot i… prawie się udaje. Dopóki nie zauważa, że jestem „biała”. -„Z wami zawsze są problemy. Od białych łapówki nie biorę…”. I wszystko na ten temat.  Zostaję bez miejsca na następne 30 godzin.

Ludzie w wagonie indyjskiego pociągu zawsze zagadują, ale nigdy nie są w tym natarczywi. Widzę, że traktują mnie trochę lepiej niż swoich i przez większość podróży mam gdzie przykucnąć. Gdy wieczorem gasną światła, ktoś wskazuje mi miejsce na podłodze między pryczami i szepta, że wywalczył je specjalnie dla mnie. Rozkładam karimatę i wszystko byłoby perfekcyjnie, gdyby nie dzieciak z górnej pryczy, który ciągle rzuca we mnie resztkami jedzenia. To, co spadnie mi na twarz strącam na podłogę pod sąsiednie łóżko. Jest ciemno, ale białe chrupki są lekko widoczne. Nagle,… wydaje mi się, że jedna chrupka się poruszyła. Pierwsza myśl: „Pewnie pociągiem zatrząsło”. Ale, chrupka zaczęła poruszać się po dziwnych trajektoriach, no i tylko jedna z nich tak się zachowywała. Wytrzeszczyłam oczy i dojrzałam malutką szarą myszkę. Na początku była jedna, potem dwie a na końcu już dużo. Nie wiedziałam, że w pociągu mogą mieszkać myszy (!)… Podobno takie gryzonie potrafią zaatakować usta albo nos śpiącej osoby, ale nasz związek wydawał się idealny. Ja miałam przecież nadmiar chrupek, których i tak nie miałam zamiaru jeść.

Zasypiam więc spokojna.

Budzi mnie mysz w moim śpiworze. Poruszam się, a ona szybko znika. Lekko przebudzam się i otwieram na chwilę oczy. To, co widzę mrozi mi krew w żyłach. Cały wagon pogrążony jest we śnie a w moich nogach, twarzą zwrócony w moja stronę stoi chłopiec. Przeraźliwie chudy z ramionami okrytymi długą, szarą szmatą. Z głową lekko na boku stoi i się patrzy. W ogóle się nie porusza. Trochę jakby w letargu albo jakby lunatykował. „Ile on już tak stoi? Godzinę? Dziesięć minut?”- przeszło mi przez głowę a po plecach przeszły ciarki. Coś powiedziałam, a on nawet nie drgnął. Nie widziałam dokładnie jego oczu, bo padający cień zarysowywał jedynie oczodoły. Czułam jednak, że chodzi mu o mnie. Nie będąc w stanie nic wymyśleć, również wpatrywałam się w niego. Serialnie, bałam się go. …Po jakichś 3 minutach, które mi wydawały się 3 godzinami, nagle poruszył się. Nie unosząc praktycznie stóp, wolno i nienaturalnie, powiedziałabym nieludzko, zaczął się obracać. Gdy stał już twarzą do korytarza, w tym samym tempie posunął przed siebie. Bosa sylwetka była przerażająco drobna i okropnie drżała. Nie byłam pewna czy była rzeczywista.

Po chwili było „po wszystkim”. Leżałam z otwartymi oczami nie bardzo wiedząc, co się przed chwilą stało. Może tylko mnie wydawało się to ekstremalnie dziwne…

Zawsze po horrorach ciężko mi zasnąć. Wyciągnęłam więc komórkę i próbowałam zgubić gdzieś myśli grając w głupią gierkę. Ktoś przyszedł i usiadł na skrawku mojej karimaty. Zezwoliłam na to bez problemów, bo moja miejscówka i tak wydawała się sporo większa niż innych pasażerów na gapę. Po pewnym czasie przysnęłam.

… budzi mnie ruch w moim śpiworze. „Czyżby znowu koleżanka myszka?” Poruszam się, a ruch ustaje. Przysypiam. Chwilę później znowu czuję ruch w okolicach uda. Gwałtownie się poruszam żeby wygonić gryzonia, ale coś jest nie tak. Zdecydowanie nie była to mysz. Podnoszę głowę i widzę jak ręka mojego nowego towarzysza, który w międzyczasie z pozycji siedzącej przeszedł w półleżącą powoli wysuwa się spod mojego śpiwora. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Przypomniał mi się wyjazd do Iranu gdzie, choć nikt nigdy nie posunął się na tyle daleko, żebym mogła zdecydowanie, głośno zaprotestować to nagminnie czułam się napastowana. Wtedy, kilka lat temu wstydziłam się… Nie ma szans, żebym pozwoliła na powtórkę. Chwila niepewności, ale nagle zbieram się w sobie i zdecydowanie podnoszę głowę zaglądając zboczeńcowi prosto w oczy. On sam nie bardzo reaguje, ale ja kładę się ze świadomością, że moje przyłapanie „na gorącym uczynku” załatwi sprawę. Rzecz jasna zasnąć już nie mogę. Przymykam jedynie oczy, by po chwili poczuć, rękę wsuwającą się ponownie pod śpiwór. Zamarłam. Totalnie  mnie zamroziło i nie potrafię wytłumaczyć skąd takie znieczulenie. Nawet przez chwilę, cała głupia, zacisnęłam mocniej oczy licząc, że po prostu przestanie. Tak się nie stało. Gdy uświadomiłam sobie powagę sytuacji ręka była już zdecydowanie za daleko. Gwałtownie usiadłam. Podniosłam rękę i palcem wskazującym pokazałam klasyczne „won!”. Ręka drżała mi strasznie. Cała drżałam.

Facet podniósł się i bez ukazania skruchy zmienił pozycję z leżącej na siedzącą dalej okupując mój kawałek karimaty. Czułam się zaskakująco bezradna. Położyłam się z powrotem i wmówiłam sobie, że jeżeli nie pozwolę mu się już położyć to wszystko będzie ok. Miejsca było mało, więc stopami i łydkami mogłam wyczuć jak się układa się on w wygodnej dla niego pozycji siedzącej. Każdy jego ruch przyśpieszał bicie mojego serca. Mózg pracował na najwyższych obrotach. „Niech on przestanie się wiercić. Niech da o sobie zapomnieć…” Degenerat jednak wiercił się i wiercił co chwila mnie poruszając. Gdy szturchnięcia stały się szybkie i równomierne zrozumiałam, że historia jeszcze się nie skończyła. Fakt, że nie dotykał on już mnie, tylko siebie dużo zmieniał. Wstałam na równe nogi i wykrzyknęłam „Spierdalaj chamie!!!”.

Mężczyzna zapiął rozporek, wstał, zabrał swój kocyk i powolnym krokiem odszedł w głąb wagonu. Kilku ludzi w przedziale przebudziło się. Pewna jestem, że wiedzieli co się stało. Nikt nie zareagował.

Gdy wzeszło słońce nie mogłam wybaczyć sobie, że nie zapamiętałam twarzy tego degenerata. Każdy mężczyzna był teraz podejrzanym. Okropnie wściekał mnie każdy fizyczny kontakt a tych nie dało się uniknąć podróżując na gapę indyjskim ekspresem. Ktoś się do mnie uśmiechnął – „zboczeniec!”. Ktoś się gapił – „zboczeniec!”. Ktoś otarł się o moje kolana, mimo że wydawało mi się, że miejsca było na tyle dużo, że nie musiał tego robić – „zboczeniec!”. „Wszyscy zboczeńcy!”

…Wstałam i wyszłam do łącznika pomiędzy wagonami.

Chwilę postałam w przeciągu, co przyniosło orzeźwienie. Spuściłam wzrok i w najciemniejszym z zakątków pomieszczenia ujrzałam moją nocną zjawę. Chudego, trzęsącego się chłopca. Był jak najbardziej realny. Boso siedział w największej kałuży wody wypływającej z toalety, z głową schowaną w kolanach. Jako jedyny nie zareagował na przypływ wody i nie przesuwał się w suchsze miejsce. Jako jedyny nie miał kartonika izolującego go od metalowej podłogi. Ja lekko marzłam w mojej puchówce, a on bez butów, w krótkich spodenkach i z wpół zamokniętą szmatą na ramionach siedział po kostki w kałuży. Nie był on zwykłym, biednym indyjskim chłopcem. Coś tu mocno nie grało. Ciężko wytłumaczyć, na czym to polega, ale tak samo, jak zawsze potrafiłam odróżnić bezdomnego psa od psa, który się po prostu zgubił tak samo wiedziałam, że ten mały człowiek potrzebuje pomocy. Po chwili ktoś do mnie dołączył. Nawet hindusi z klasy „na gapę” tak przecież przyzwyczajeni do wszechobecnej biedy, zauważyli, że trzeba działać. Jeden z młodych mężczyzn pochylił się nad chłopcem i coś zaczął burkać mu do ucha. Ktoś inny chwycił chłopca pod ramiona i podniósł. Wszystkim ukazały się wielkie, niebieskie, przerażone oczy. Nic dziwnego, że w nocy przestraszył mnie jego widok. Zarówno jego twarz jak i cała sylwetka przywoziła na myśl postaci śmierci. Chłopiec na siłę próbował skulić się z powrotem w swój kłębek. Za wszelką siłę nie chciał wracać do naszego świata. Pasażerowie zalali go potokiem pytań, ale on na żadne nie odpowiedział. Po chwili zaczął wydawać z siebie delikatne jęki. Ktoś przyniósł mu coś do jedzenia. Ktoś inny wcisnął mu w rękę jakieś pieniądze. Wszystko po chwili wypadało do kałuży na podłodze. Mały chciał jedynie żeby zostawić go w spokoju… Ani głód, ani zimno nie były dla niego straszniejsze od kontaktu z rzeczywistością. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co ta istotka w życiu przeżyła, co mogło wywołać taką niesamowitą obojętność i utratę woli życia. W moim wyobrażeniu był to szczyt biedy, a ta przerażona twarz zawsze już będzie mi się przypominać, gdy wspomnę mój wyjazd do Indii.

Pociąg dojeżdża do celu opóźniony o 8 godzin. Nigdy, przenigdy więcej nie wsiądę do „indyjskiego dalekobieżnego” bez miejscówki.

 

W góry

W stanie Arunachal Pradesh trzeba być odważnym turystą. Przed wyprawą należy trochę poplanować, bo wjazd w ten przygraniczny rejon wymaga specjalnego i wcale nie taniego, pozwolenia od lokalnego rządu. Na miejscu, każde wyjście w góry, to małe szaleństwo. Całkowity brak map czy opisów dróg nie pozwala przewidzieć ani odległości ani trudności czy wysokości tras. I tak, wyruszając w nasz pierwszy trekking myśleliśmy o pochodzeniu po górskich wioskach. Dwa, góra trzy dni… Do miejscowości Tawang, która jest stolicą prowincji wróciliśmy po tygodniu po przejściu ponad 100km w terenie wahającym się od 1900 do około 4600 m n.p.m.

Gdzieś w okolicach wioski Lumla (fot. na-skos.com)

Gdzieś w okolicach wioski Lumla (fot. na-skos.com)

Śpiący mnich (fot. Ola)

Śpiący mnich (fot. Ola)

Nasze wyjście zaczęło się od krótkiej przejażdżki do wioski Lumla. Wybór był losowy a i w wiosce za wielu atrakcji nie było. Jedynymi i zawsze obecnymi rozrywkami były przepiękne widoki na głębokie i bardzo, jak na tak wysokie góry, zielone doliny oraz obcowanie z lokalsami. Mieszkańcy tych okolic, to w większości ludzie Mompa. Ich najbardziej rzucającą się w oczy cechą są stroje, a szczególnie czapki-tarantulki. Trochę jakby filcowe, zawsze czarne beretki, z których w boki odchodzą sztywne kosmyki przypominające rozgniecione na głowie, wielkie pająki. Owe charakterystyczne strąki to sposób na radzenie sobie z obfitymi deszczami. Woda, która spadnie na czapkę sprawnie po nich spływa i nie pozwala na zamoknięcie twarzy i ramion.

Czapka - tarantulka (fot. Ola)

Reprezentantka mniejszości Mompa w czapce – tarantulce (fot. Ola)

Z Lumli w dół doliny prowadzi tylko jedna droga. Po noclegu w jakimś opuszczonym budynku na samym szczycie wioski wyruszyliśmy więc w nieznane. Po drodze mijaliśmy małe, drewniane wioski które zaskakiwały czystością i wrażeniem ogólnego dostatku. Mimo, że był luty a my byliśmy w wysokich górach, to klimat był dość łagodny a minusowe temperatury dokuczały jedynie nocą. Drugiego dnia, gdy doszliśmy na dno wąwozu, w którym wartko płynęła górska rzeka było na tyle ciepło, że zdecydowaliśmy się nawet na kąpiel…

Ludzie których spotyka się w górach są bardzo specyficzni. Zgaduję, że to trudne warunki bytowania wyrobiły w nich bardzo prostolinijne podejście do życia. Są to zawsze bardzo skromni i silni mentalnie ludzie. Gorące przywitania i nagłe wybuchy radości z ich strony to rzadkość, ale możemy być pewni, że w razie problemów każda napotkana osoba udzieli nam potrzebnej pomocy. Lubię wśród nich przebywać i zawsze imponują mi oni swoim hartem ciała i ducha…

Odkryć ciepłą stronę duszy „himalajskiego człowieka” udało nam się szczególnie podczas naszego drugiego wyjścia w góry. W rozklekotanym busiku wywożącym nas poza miasto Tawang poznaliśmy trzy przesympatyczne mniszki. W czerwonych szatach, wszystkie lekko grubiutkie i z ogolonymi głowami wracały z zakupów w stolicy. Zbliżało się właśnie święto Tybetańskiego Nowego Roku i dziewczyny zakupiły sporo podarunków dla swoich bliskich. Chichrały się i przekomarzały oglądając wzajemne pakunki. Gdy wszystko już przejrzały, ich uwaga skupiła się na nas. Najstarsza z mniszek o imieniu Ganden mówiła całkiem dobrze po angielsku i była dość ciekawa naszego życia i przygód…

Gdy dojechaliśmy do rozdroża, gdzie mieliśmy się rozstać, rozmowa na tyle nas wciągnęła, że Ganden ostro stwierdziła „Wysiadajcie. Zostaniecie dzisiaj u mnie..”. I w ten właśnie sposób dane nam było spędzić dwa niesamowite dni mieszkając wśród mniszek niewielkiej górskiej świątyni Singsor Gompa. Ganden przyjęła nas w swoim małym, przyświątynnym domku na stokach jednej z gór. Budyneczek składał się ze sporego przedpokoju/salonu z betonową wylewką na podłodze i smutno gołymi ścianami. W centrum stał metalowy piecyk na drzewo, na którym wiecznie gotowała się woda. Ponieważ elektryczność w całej prowincji Arunachal Pradesh pochodzi z hydro elektrowni zasilanych małymi górskimi strumykami, to w sezonie zimowym, gdy woda zamarza, elektryczności jest na prawdę mało. Na światło z żarówki pozwolić sobie można jedynie dwie, góra trzy godziny dziennie.

Aż miło było popatrzeć, jak sprawnie Ganden krzątała się po kuchni i pokoju pozbawiona całkowicie zdobyczy dzisiejszej techniki.

Ganden w swoim domku.  (fot. Ola)

Ganden w swoim domku. (fot. Ola)

Tłumaczenie rytułałów w starej świątyni. (fot. na-skos.com)

Tłumaczenie rytułałów w starej świątyni. (fot. na-skos.com)

"Tam jest Polska". Mateusz i Ganden na tarasie przeyświątynnej chatki. (fot. Ola)

„Tam jest Polska”. Mateusz i Ganden na tarasie przyświątynnej chatki. (fot. Ola)

Przyrządziliśmy razem obiad z ryżu, kapusty i marchewki, po czym wyruszyliśmy na zwiedzanie. Widok z ogródka na otaczające góry był oszałamiający. Mając tak piękne widoki za oknem, nie dziwię się, że nie dba się o wystrój wnętrza domu. Kilka metrów powyżej budynku znajdowała się „nowa świątynia” używana do większych zgromadzeń. Do codziennych modlitw używano starej świątyni do której prowadziła kręta ścieżka pośród domów innych mniszek. Stara świątynia bardzo nas zachwyciła. Przesiąknięte zapachem kadzideł kotary z wełny jaka i półokrągłe wytarcia w drewnianej podłodze w miejscach, gdzie ludzie od lat klękali by się modlić wymuszały szacunek i nastrajały pewnego rodzaju optymizmem.

Zalewamy Ganden potokiem pytań a ona powoli i jasno objaśnia nam wszystkie lokalne obrzędy. „Om mani padme hum, om mani padme hum” – powtarza nam mantrę w momentach, gdy nie możemy zrozumieć zakładając, że te sześć sylab tłumaczy wszystko…

W społeczności buddyjskiej tych okolic obowiązuje zasada, że gdy w rodzinie jest przynajmniej trzech chłopców, to zawsze ten środkowy zostaje wysłany przez rodzinę na służbę do świątyni. Reprezentant rodziny w świątyni zapewnia wtyki u tych na górze. W rodzinie Ganden nigdy nie doczekano się męskiego potomka. Do świątyni wysłano więc kilkuletnią Ganden. W odróżnieniu od wielkich klasztorów, w Singsor Ani** Gompa nigdy nie było szkoły. Mniszki są więc w większości niewykształcone. Spora część nie potrafi nawet pisać i czytać. Nauka zaczyna się i kończy na modlitwach i obrzędach.

Nasza gospodyni mówiła jednak biegle po angielsku, tybetańsku i w hindi a i szybko dało się zauważyć, że bardzo ceniła wiedzę którą posiada. Jej marzeniem jest skończenie studiów z filozofii tybetańskiej na uniwersytecie w stolicy. Do czasu, gdy nie zbierze na to wystarczających środków, zajmuje się nauczeniem. Założyła ona niesamowitą, darmową i całkowicie dobrowolna szkółkę dla małych mniszek i dziewczynek z okolicy.  Co drugi dzień naucza ona języka angielskiego na zmianę z tybetańskim.

Zaproszeni na taką lekcję zajmujemy dwa przygotowane wcześniej krzesła. Dziewczynki w wieku siedem do czternastu lat przychodzą ze swoimi  matami i zajmują miejsca na klepisku chaty.

„- Mam na imię Lamo. Mam 10 lat. Moim ojcem jest Nagri. Moją matką jest Totu. Przynależę do świątyni Singsor. Moją ambicją jest zostać dobrym człowiekiem.  – jedna po drugiej dziewczynki przedstawiały się używając tego samego schematu.

– Mam na imię Ola. Moim ojcem jest Marek. Moją matką jest Gabi. Przynależę do miasta Zgorzelec. Lubię podróżować. Lubię sport i lubię zwierzęta… – wypowiedź przerwały mi podniecone głosiki dziewczynek a Ganden wytłumaczyła mi, że słówko zwierzęta było na ostatnich zajęciach i teraz cała grupa cieszy się, że mnie zrozumiała…”

W pomieszczeniu w którym odbywały się zajęcia panował głęboki półmrok. Świetlówka na suficie zgasła po pięciu minutach i cała lekcja odbyła się przy ciepłym świetle lampy naftowej i ognia z paleniska z rogu pokoju. Ganden czytała dzieciom śmieszne opowiadania po tybetańsku i pokój wypełniały radosne śmiechy. Dziewczynki wyrywały się do odpowiedzi na pytania zadawane przez nauczycielkę i lekcja szybko minęła.

Lekcja języka tybetańskiego. (fot. Ola)

Lekcja języka tybetańskiego. (fot. Ola)

Wieczór spędziliśmy na rozmowach przy piecyku a ranek przywitał nas piękną pogodą zachęcającą do dalszej podróży.

Tego dnia nie czułam się najlepiej. Szczerze mówiąc, to już od kilku dni, a dokładnie to od momentu gdy bez aklimatyzacji zmuszeni byliśmy przenocować na wysokości w okolicy 4300 ciągle byłam słaba i miałam problemy z żołądkiem. Cieszyło mnie więc, że za następny cel wybraliśmy sobie świątynię oddaloną jedynie o kilka kilometrów od Singsor. Gdy doszliśmy do celu było już późne popołudnie i mrozik zaczynał dokuczać. Na ganku świątyni, w metalowym wiaderku, po kostki w wodzie stał kilkuletni, nagi chłopiec. Na nasz widok wyskoczył z kąpieli i jak bezbronne zwierzątko zaczął biegać po dziedzińcu szukając jakiejś kryjówki. Dziecko było tak nami przerażone, że by skończyło wieczorną kąpiel my musieliśmy poczekać w oddali. Ciężko stwierdzić, czy trzęsło się z zimna czy ze strachu.

Noc znowu udaje się nam spędzić na w gościnie. Matka chłopczyka przygotowała nam palenisko w jednej z przyświątynnych chat i wskazała miejsca na drewnianej podłodze. My poczęstowaliśmy ją ciastem a ona nas słoną herbatą z masłem z mleka jaka. Mimo, że kobieta skończyła jedynie cztery klasy szkoły podstawowej to, gdy już się przyzwyczaiła do naszej obecności to przypomniała sobie kilka zwrotów z lekcji angielskiego i dosłownie zamęczyła nas na wpół niezrozumiałymi dla nas historyjkami.

Rano wstałam jeszcze słabsza a dodatkowo tego dnia czekał nas stromy trek do kamiennego wzgórza, na którym poprzedniego dnia zauważyliśmy jakiś tajemniczy budynek. Odległość „na oko” nie wydawała się duża, ale strome podejście na wysokości około 4000m okazało się dla mnie zbyt dużym wyzwaniem. Co pół godziny wymuszałam przerwy a gdy tylko siadałam na ziemi, z miejsca zasypiałam. Dodatkowo męczyła mnie biegunka i ostre wymioty…

W połowie drogi całkiem opadłam z sił. Zaproponowałam, że zostanę przy drodze a Mateusz niech idzie do świątyni na zwiady. Gotowa byłam zostać przy ścieżce na noc, bo każdy krok kosztował mnie niesamowicie dużo energii. Trochę jakbym szła w głębokim śniegu hamującym każdy mój ruch.

Mateusz zostawić mnie nie chciał. Nie był też w stanie zanieść mnie na górę. Opcja schodzenia w dół nie przeszła nam nawet przez myśl. Cel nie wydawał się być daleko tak więc Mateusz żwawo ruszył do góry i obiecał, że zostawi na szczycie plecak i po mnie wróci. Nie chciałam się poddawać, więc wolnym krokiem, noga za nogą ruszyłam jego śladem. Po kilku minutach padłam na środku ścieżki i po prostu zasnęłam na ziemi. Dwie godziny później, szturchnięciem w ramie obudził mnie lekko zdziwiony Mateusz. Gdy już mnie wybudził, opowiedział o niesamowitej świątyni i jeszcze bardziej niesamowitym tybetańskim mnichu, który w niej rezyduje. Jego podekscytowanie udzieliło się również mnie, i już bez plecaka ruszyłam swoim ślimaczym tempem do góry.

Po drodze minęliśmy źródełko z wodą uwalniającą od złej karmy, ale widocznie na świecie zbyt wielu ludzi potrzebuje tego typu lekarstwa, bo w miejscu gdzie powinno być jeziorko pozostała jedynie mała, brudna kałuża. Zresztą okolica w której się znajdowaliśmy znana była z różnego typu magicznych mocy. Jak się wkrótce okazało, bożek mieszkający w świątyni na szczycie i okalających ją lasach potrafi wyleczyć z bezpłodności. Ci, co doświadczyli takiej mocy i po wizycie w świątyni doczekali się potomstwa przyjęli składać bożkowi hołd ofiarowując własnoręcznie wystrugane w drewnie figurki fallusów. Bóg ten przewrażliwiony jest również na brzydkie zapachy. Zabrania się więc wnoszenia na górę cebuli i czosnku. Kobiety ciężarne i te przechodzące miesiączkę również nie są mile widziane co podobno są w stanie odczuć na własnej skórze, bo droga będzie dla nich trudniejsza niż dla tych „pachnących”. Przez chwilę, zwalam na ten przesąd moje złe samopoczucie, w końcu od kilku dni się nie kąpałam, ale fakt, że kłopoty ze zdrowiem nie skończyły się z chwilą zejścia z góry wskazuje na całkiem inne przyczyny.

W świątyni wita nas ogromny mędrzec Jungen. Jego stara, opalona twarz przyozdobiona tysiącem głębokich zmarszczek, oryginalny, purpurowy turban na głowie i imponująca rozmiarami sylwetka mogłaby się stać podstawą wielu historyjek dla dzieci o groźnym człowieku z himalajskiego lasu. Wrażenie psuł jednak uśmiech. Szczery i bardzo pozytywny był odzwierciedleniem jego wewnętrznej dobroci. Staruszek mieszkał całkiem samotnie w tym oderwanym od rzeczywistości wzgórzu już od kilku lat. Młodzież z wioski odwiedzała go raz na jakiś czas przynosząc niezbędne produkty żywnościowe i chyba samotność lekko mu doskwierała, bo przyjął nas niesamowicie uradowany. Mimo, że nie mówił ani słowa po angielsku to, co chwila nas zagadywał  i uśmiechami zapraszał na herbatkę i suchary. W przyświątynnej kuchni przygotował nam koce, na których mieliśmy spać a sam zajął się przygotowywaniem wieczornego posiłku dla trzech.

Kuchnia Jungena urządzona była w ten sposób, by mędrzec był w stanie przyrządzić każdy posiłek nie podnosząc się w ogóle ze swojego stołeczka. Za plecami na półkach ułożone były produkty spożywcze, nad głową rozwieszone miał garnki i chochle. Przed nim, w palenisku leżały dwa wielkie czajniki w których non-stop grzała się herbata. Całości dopełniała półeczka z tybetańskimi relikwiami po jego prawej stronie. Gdy tylko gotowanie nie wymagało zbytniej uwagi, chwytał on za młynek modlitewny i burcząc pod nosem coś niezrozumiałego odprawiał modły dodając sytuacji jeszcze więcej klimatu.

Kolacja przyrządzona przez mnicha była… hmm… niesamowitym przeżyciem kulinarnym. Całe szczęście, że religia zabraniała staruszkowi na spożywanie mięsa, bo tego obydwoje moglibyśmy nie przeżyć. Niestety zjełczałe, powalające smrodem masło i przeterminowane mleko znalazło się w jadłospisie a ja z moimi żołądkowymi ekscesami zdobyłam się na jedno z największych poświęceń w imieniu uszanowania gościnności i z uśmiechem przemęczyłam połowę z ofiarowanej mi przez Jurgena porcji. To, co się stało z resztkami też mi się podobało. Następnego ranka pod niewielkim balkon naszej chaty zbiegła się niesamowita liczba małych leśnych stworzeń. Największe były niektóre gatunki ptaków i wielkie, brązowe wiewiórki. Były też jaszczurki, myszki i inne gryzonie. Wszystkie te żyjątka czekały na śniadanie z naszych resztek a Jurgena bardzo cieszył fakt, że podarowaliśmy im także resztki jedzenia z naszych plecaków…

Jurgen (fot. na-skos.com)

Jurgen (fot. na-skos.com)

Najlepszy hotel w jakim spałam. (fot. Ola)

Najlepszy hotel w jakim spałam. (fot. Ola)

Zachód słońca oglądany ze świątyni. (fot. na-skos.com)

Zachód słońca oglądany ze świątyni. (fot. na-skos.com)

Tego samego dnia wieczorem zeszliśmy do drogi i złapaliśmy stopa do miasta Tawang. Dwa dni później, drugi już raz w tym roku obchodziliśmy Nowy Rok. Tym razem był to Losar, czyli  jego tybetański odpowiednik. Jeżeli chodzi o obchody, to pod tym względem niewiele różni nasze odległe kultury a dodam tylko, że ludzie gór do grupy stroniącej od alkoholu zaliczać się nie mogą.

 

Prawie jak Hannibal

Po zjeździe z gór do prowincji Assam po raz pierwszy próbuję betel nut***. Orzech wraz z miętowym odświeżaczem zawija się w liście orzechowego drzewa. Taką mieszankę wsadza się do ust, i językiem przesuwa na stronę wypychając któryś z policzków. Zaczyna się przeżuwać. Ślinianki szybko reagują na narkotyk i już po chwili ciężko jest powstrzymać siorbanie. Co jakiś czas, gdy flegma nie mieści się w jamie ustnej, należy się zaciągnąć i na wydechu, nie naruszając mieszanki przy policzku wypluć zebraną ciecz. Odurzenie przychodzi szybko i kojarzy się z tabakowym, ale jest zdecydowanie intensywniejsze.

Po 10 minutach zrobiło mi się niedobrze. Wyplułam więc mieszankę na ziemię zabarwiając na ceglano-czerwono kawałek chodnika.

Gdy tylko przyleciałam do Indii, czerwone spluciny zdobiące ściany wszystkich publicznych miejsc przerażały mnie. Myślałam, że to zaschnięta krew. Podczas krzonowania na lotniskach myśl o tym, że leżę w czyjejś krwi nie pozwalała mi zasnąć. Zdecydowanie lepiej zasypia mi się teraz, pod koniec wyjazdu gdy już wiem, że leżę w plwocinach…

Do Assamu przyjechaliśmy jako jedni z wielu niewyróżniających się niczym turystów. „Z przewodnikiem pod pachą i w słomkowych kapeluszach na głowie” przybyliśmy do Parku Narodowego Kaziranga gdzie na wynajętym słoniu o imieniu Pitu przemierzyliśmy sawanny w poszukiwaniu nosorożców, tygrysów i innych dużych zwierząt…

Podróż na słoniu, to podobno najbezpieczniejsza forma przemierzenia parku bo inne zwierzęta czują przed nimi respekt i praktycznie nigdy nie atakują. Piesze wycieczki po rezerwacie to bardzo, bardzo zły pomysł. Chociaż tygrysy biegające po sawannach to bardzo rzadki widok, to o tym jak może się skończyć spotkanie z takim kotkiem przypominają zdjęcia zamieszczone w książeczce wydanej przez park. Na kilku seryjnych ujęciach oglądnąć można akcję w której dorosły samiec tygrysa rozbiega się i jednym susem przeskakuje całego, dorosłego słonia by zaatakować siedzącego na nim pracownika parku. Na wszelki wypadek, każdej grupie turystów na słoniach towarzyszy więc uzbrojony żołnierz…

Nam tygrysa zobaczyć się nie udało, za to niesamowicie bliskie spotkania z nosorożcami (do trzech metrów), dzikimi bawołami, słoniami i różnorakimi jeleniowatymi i tak zrobiły na nas duże wrażenie. W chwilach, gdy żadne dzikie zwierzę nie chciało się nam pokazać, to do akcji wchodził nasz słonik Pitu.Umilał on nam chwile wykonywaniem sztuczek. Ponieważ, jak opowiedział nam jego opiekun, Pitu pochodził z rodziny muzułmańskiej, więc bardzo chętnie odpowiadał głośnym trabaniem na wykrzykiwane przez nas „Salam Pitu”. Gdy w dłoni pojawiało się ciastko czy pączek, to większość słoni zaczynała pozować mając nadzieję na kawałek smakołyka. Najsprytniejsze były jednak te najmniejsze słoniki. Ich przecudne, małe trąby sprawnie przeszukiwały kieszenie turystów i kradły z nich wszystko co udało się zjeść. Opiekunowie jakby przymykali oko na wybryki swoich podopiecznych, tłumacząc nam „że to przecież tylko dzieci”…

 

(fot. Ola)

(fot. Ola)

Park Narodowy Kaziranga (fot. Ola)

Park Narodowy Kaziranga (fot. Ola)

Słoniowe "podaj łapę". (fot. Ola)

Słoniowe „podaj łapę”. (fot. Ola)

Na tym kończę moje niezwykle długie bajdurzenie z przyjemnością wracając do pisania o wspinaniu. Następny wpis będzie o moim nie do końca udanym pobycie w Kijowie i treningu z ukraińską kadrą narodową.

 

* Cytat z odcinka BBC „Ziemia – planeta ludzi”.

** Przydomek „Ani” oznacza, że świątynia jest kobieca.

*** Orzech betela lub pieprz żuwny – popularna indyjska używka

Wspinaczkowe Indie

Będzie bez długiego wstępu – Hampi jest super. Jedno z tych Azjatyckich miejsc w których jest: 1) tanio, 2) pięknie, 3) ciepło. Zazwyczaj te trzy cechy wystarczają by zwabić „białasów” z wielu zakątków świata. Turyści, w większości młodzi ludzie, bawią się w tych stronach jak tylko potrafią i wszędzie widać uśmiechnięte, opalone buzie. Lokalni też nie mają na co narzekać, bo stały przypływ gotówki sprawia, że życie tutaj łatwiejsze jest niż gdziekolwiek indziej w Indiach. Ci więc też się uśmiechają i tym sposobem Hampi to jedna wielka „wyspa” szczęśliwości i beztroski. Miejsce polecam jako kurację odstresowującą ze stuprocentową skutecznością.

Wyspa szczśliwości (fot. Ola)

Wyspa szczśliwości (fot. Ola)

(fot. Ola)

(fot. Ola)

Jak pewnie większość wie, Hampi to jeden z najpopularniejszych rejonów boulderowych w całej Azji. Konkretniej, miejsce to zlokalizowane jest w stanie Karnataka w południowych Indiach niedaleko bardzo popularnego Goa. Potencjał boulderowy jest tu nieskonczony. Naprawdę jest. Co do jakości pororzucanych po horyzont granitowych kamyków, to można się spierać. Okropnie ostra skała i wysokie temperatury nie pozwalają nikomu na wpadanie w ponadprzeciętny zachwyt. Każdy wydaje się być zadowolony, ale: Francuzi nie przestają mówić o Fontainbleau, Amerykanie o Hueco a Anglicy o Yorkshire…

Ja zjawiam się w Hampi po 5 dniach w różnego rodzaju środkach transportu w dzień po nocy sylwestrowej spędzonej w sypialnym autobusie z Bombaju. W autobusie tym napotykam tez pierwszego wspinacza, Adama z Anglii, także mimo niesprzyjających okoliczności sylwester muszę zaliczyć do udanych i przede wszystkim nie samotnych. Na miejscu melduję się w hostelu Goan Corner, gdzie na dachu domu właściciela zostaje mi przyporządkowana prycza i moskitiera (jest to najtańsza opcja). Zanim jednak udaje mi się dość do ładu dochodzi prawie południe. Zdecydowanie nie czas na rozpoczęcie wspinania. W Hampi bowiem należy przyzwyczaić się do bardzo dziwnego planu dnia. Szósta rano pobudka, szybka kawa i razem z pierwszymi promieniami słońca zaczynamy się wspinać, aż do godziny 11-11:30. Potem nadchodzą takie upały, że wspinanie grozi udarem słonecznym. W południe wszyscy okoliczni wspinacze poddają się więc tak zwanemu chilloutowi. Opcji jest w okolicy wiele, a najbardziej popularna to hamaczek, gitarka i pssss – zimna Pepsi. O 4:30 powraca się do życia. Ludzie łapią za swoje kraszpady (do wypożyczenia na miejscu) i zaczynają tzw. dogrywkę, czyli półtora godziny, kiedy to przed samym zachodem słońca temperatura lekko spada i pozwala na kilka wstawek na rano niedokończonych projektach.

Zaczynam więc mój boulderowy trip od rozglądnięcia się po okolicy. Żółte kamienie na horyzoncie przepięknie kontrastują z niebieskim niebem i świeżą zielenią pól ryżowych roztaczających się poniżej. Na każdym kroku napotykam na jakieś dzikie zwierzątka. To ptaszek, to małpa albo mangusta. Miła to odmiana po Chinach, gdzie oglądanie dzikich zwierząt to przywilej tylko tych co odwiedzają zoo albo ogrodzone parki narodowe…

Na początku wspomniałam, o wyjątkowym potencjale wspinaczkowym Hampi. Kamienie nadające się perfekcyjnie do wspinaczki porozrzucane są dosłownie po horyzont. Jadąc autobusem z Hospet – najbliższego dużego miasta – pola boulderów zaczynają się już 20 km przed Hampi. Gdyby na każdym z tych kamieni otworzyć chociażby jedną drogę, to dróg byłoby miliony a może i nawet miliardy. Jest w tym wszystkim jednak mały haczyk który sprawia, że sławy doczekało się jedynie kilka sektorów. Bo jak powspinać się po boulderach oddalonym o dwie godziny drogi od miejsca gdzie się śpi, jeżeli najlepszy okres na wspinanie to pierwsze i ostatnie 2 godziny dnia? Można by zaryzykować spanie pod namiotem, ale po okolicach rzadziej odwiedzanych przez ludzi grasują czarne niedźwiedzie i jaguary. Jaguarom zdarzało się zakradać nocami aż pod ogrodzenie Goan Corner (to najbardziej oddalony od głównej ulicy resort). Obecność na terenie kilku psów w tym dwóch ogromnych dogów niemieckich nie bardzo poprawia sytuację. Żaden bowiem pies nie ma szans w starciu z tak dużym kotem. Gdy o to podpytuję o to żonę właściciela, ta prawie z łzami w oczach wymienia imiona dwóch jej kochanych pupilów których straciła w ostatnich latach…

Klimat Hampi (fot. Ola)

Klimat Hampi (fot. Ola)

Potencjał... (fot. Ola)

Potencjał… (fot. Ola)

Tak więc wspinanie rozwija się tu tylko w rejonach gdzie można znaleźć miejsca noclegowe. Mamy więc kilka ogródków w okolicach Goan Corner, o godzinę drogi przez pole boulderów zwane plateau jest Baba Cafe (miejsce dobrze znane z filmu Pilgrimage z Chrisem Sharmą w roli głównej), jest jeszcze jedno miejsce w okolicach oddalonego o 4 km jeziora oraz klimatyczne okolice świątyń po drugiej stronie rzeki. Reszta to teren praktycznie dziewiczy wcale nie gorszy od tych popularnych miejsc.

Tymczasem dochodzi wieczór, czyli moja pora na starcie z pierwszymi boulderami. Próbuje coś zaplanować przeglądając przewodnik, ale na czarno-białych stronach wszystkie kamienie wyglądają identycznie. Będzie to również jedno z moich pierwszych starć z wycenionymi boulderami więc trudno powiedzieć w jakie numerki powinnam celować. Podążam więc za ludźmi z materacami na plecach i trafiam do najbliższych boulderów. Okrągłe, jajkowate kamyki każdej praktycznie wielkości dość gęsto rozsiane są po granitowej posadzce. Podchodzę do pierwszej grupy pracującej nad jakąś linią. Czuję lekki strach, kłaniam się w pas, grzecznie pytam „czy można”? …Raz, dwa i po krzyku. Wzniesione ręce w geście zwycięstwa i uśmiech na twarzy. Pytam o wycenę, ale wszyscy wzruszają ramionami. Po mnie wspina się też Adam, tyle że zaczyna trzy ruchy wyżej, zdecydowanie ignorując bardzo wyraźnie klamę startową. Zwijamy kraszpady i przesuwamy się pod następny kamyk i do następnej grupki… W ten sposób w trzy godziny udaje nam się rozprawić w praktycznie wszystkimi liniami w rejonie plateau i poznać większość wspinaczy odwiedzających Hampi. Żadna z linii nie urzekała, ale czuję że się poruszałam, więc na pierwszy dzień po prostu  idelnie. Następnego dnia wybieram się trochę dalej. Podchodzę do pierwszej grupki i po obwodach ich bicepsów widzę, że zaczyna się poważniejsze wspinanie. Na moje szczęście chłopaki boulderowcy na rozgrzewkę wybrali rysę w zacięciu. Podobno klasyk sektoru. Pozwalają mi spróbować ale czuję, że moja biała skóra (znaczy – nowy w Hampi), brak penisa i raczej skromna muskulatura sprawia, że nikt nie bierze mnie poważnie. Robię więc coś, z czego będzie mi się jeszcze spowiadać. Fleszuję linie jednocześnie zaznaczając chłopakom najlepsze stopnie :). W tej grupie jestem już raczej spalona szczególnie, że żadnemu z dżentelmenów tego dnia droga nie puszcza.

Kamyki (fot. Ola)

Kamyki (fot. Ola)

Pokonuję już samotnie kilka fajniejszych linii w okolicy i wracam do Hostelu by zabrać zestaw plażowy, bo na ten południowy reścik zaplanowane jest jeziorko i plaża. Znak „Uwaga na krokodyle” lekko daje do myślenia, ale nie na tyle, żeby zrezygnować z jednego skoku z mostu i chwili zabawy na płyciznach.

Wieczorem tego samego dnia dołączam do grupy francuzów. Projekt nad którym pracują już od kilku dni to 7c który po obrywie nie doczekał się jeszcze powtórzenia. Fajne dalekie ruchy i techniczne haczenia pięty bardzo mi się podobają i naprawdę wciągają… W drugiej próbie udaje mi się wyrównać wynik chłopaków i dojść do przedostatniego trudnego ruchu (sekwencja jest dosyć długa). Drogi nie udaje się nikomu z nas skończyć, ale już podczas kolacji czuję, że mój występ rozniósł się echem po okolicy. Nie, żeby zależało mi na rozgłosie, ale gdy zjawiam się w jakimś rejonie całkowicie sama, to sytuacja w której potencjalni partnerzy sami zapraszają do rozpracowywania trudnych linii jest bardzo pożądana. Wszystko zaczynało się więc układać naprawdę idealnie…

Tym razem nie puściło (fot. Khiya Lisharad)

Tym razem nie puściło (fot. Khiya Lisharad)

Takim błogim życiem wspinacza-boulderowca mogłabym się cieszyć przez całe dwa tygodnie gdyby nie:

Głupi pomysł nr 1: Samotnie do Badami

Całkiem niedaleko Hampi, bo oddalone o jedyne 5 godzin jazdy, znajduje się Badami – najbardziej popularny sportowy rejon w Indiach. Filmy na youtubie i opowieści Indyjskich wspinaczy bardzo pozytywnie nastawiły mnie do eksploracji miejsca i już podczas pierwszego restu wybieram się w samotną podróż na zachód. Nie wdając się w szczegóły, następne dwa dni spędzam wspinając się po drogach nie trudniejszych od 6b, zazwyczaj na wędkę i będąc asekurowana przez napotkanego grubiutkiego kolegę z Niemiec mówiącego całkiem dobrze po Polsku. Ponieważ nie posiadałam sprzętu na dwóch, asekurant obwijał się w pasie taśmą sześćdziesiątką a z nieużywanego końca liny tworzył coś na wygląd szelek. Zresztą, w Badami zazwyczaj większość boltów i tak ma powykręcane plakietki więc pierwszy wspin zazwyczaj robię w stylu solo a następne to już wędeczki. W wybranym przez nas pierwszym rejonie (Temple Area) notorycznie atakowani jesteśmy jak nie przez agresywne małpy to przez jeszcze agresywniejsze dzieci. Po tym jak dostaję od kogoś kamieniem podczas akcji solowania a następnie zjazd kończę z lewym butem wspinaczkowym w ludzkiej kupie, ogłaszam sprzeciw. Nic nie pomoże niesamowitej jakości piaskowiec i naprawdę ładne, logiczne linie. Następnego dnia rano pakuję się i wracam do Hampi.

 

Badami (fot. Ola)

Badami (fot. Ola)

 

Głupi pomysł nr 2: Puchar Indii we wspinaczce sportowej

Już przed wyjazdem do Indii podczas szukania informacji o Hampi natknęłam się na informację o organizowanych w Bangalore zawodach Pucharu Indii. Procedura rejestracji wyglądała na bardzo skomplikowaną, więc wiadomość ta szybko gdzieś mi umknęła i o całej sprawie zapomniałam. Niestety, powróciła bardzo szybko, gdyż w Hampi zaczęły pojawiać się plakaty na których najbardziej rzucającą się w oczy informacją była wysokość wygranych. Od kiedy zrezygnowałam z pracy, takie informacje ciężko jest mi przeoczyć i tym samym 12 stycznia, zamiast rozkoszować się słońcem i boulderowaniem, ponownie wsiadam w pociąg by dostać się do stolicy stanu.

No więc, jak wyglądają zawody w Indiach? Na pewno atmosfera, szczególnie pośród zawodników była bardzo przyjemna. Forma za to niesamowicie rozlazła i strasznie nużąca (zawody trwały trzy dni, każdego dnia od 9 rano do zmroku). Poziom, uff…, niesamowicie niski. Drogę eliminacyjną kobiet w prowadzeniu wyceniam na jakieś 6b. Finałową…, trudno ją wycenić, bo chyba największym niedociągnięciem całych zawodów były źle ułożone drogi. Wszyscy mężczyźni wystartowali w finałach z dokładnie tym samym wynikiem, bo na drodze eliminacyjnej znalazł się ruch „nie do zrobienia”. Jakby ktoś zapomniał przykręcić jednego chwytu i nagle, wychodząc z podchwytu trzeba było sięgnąć do krawądki oddalonej o jakieś dwa metry. Finały były jeszcze gorsze, bo droga puszczała tylko do wysokości pierwszej wpinki a głupi skok zaraz przed drugą sprawiał, że mieliśmy niezłe widowisko z pokazowymi lotami z których każdy kończył się glebowaniem. Kobieca finałowa ruta biegła po głównej ścianie. Do znajdującego się mniej więcej w 2/3 ściany okapu miała jakieś 6a. Przejście przez dach dodawało do tego może jeden stopień. Następnie czteroruchowy boulder prowadzący do łańcucha tworzył z drogi 8a a może nawet 8b. Mnie, jako jedynej udało się przytrzymać dwa pierwsze chwyty w trudnościach tym samym zajmując pierwsze miejsce. Tak więc: Polska zdobywa Puchar Indii w prowadzeniu! Na dokładkę, startuję jeszcze w zawodach „na czas” o których powinnam pewnie więcej napisać, bo to właśnie w nich musiałam się spiąć i powalczyć. India ma swoich reprezentantów w czasówkach i widać, że w tej konkurencji czują się znacznie, znacznie lepiej a ja – znacznie, znacznie słabiej. Ostatecznie zajmuję drugie miejsce i tym samym: Polska ma „wice puchar” w konkurencji na czas!

Widownia (fot. Ola)

Widownia (fot. Ola)

Wicemistrzyni najmłodszej grupy juniorów (fot. Ola)

Wicemistrzyni najmłodszej grupy juniorów (fot. Ola)

(fot. Ola)

(fot. Gyan)

A teraz, będzie o tym dlaczego był to „głupi pomysł”. A więc problemy zaczęły się, gdy po zakończonych zawodach wyciągnęłam rękę prosząc o swoją nagrodę (w grę wchodziła suma, która pokryłaby wydatki mojego siedmiotygodniowego pobytu w Indiach). Zamiast gotówki, otrzymałam czek kreślony na błędne nazwisko z możliwością wypłacenia jedynie w oddziale banku w Bangalore. Żeby było ciekawiej, mój samolot do Delhi odlatywał za trzy godziny a w Indiach właśnie zaczął się festiwal żniw i wszystkie banki zamknięte były przez następne kilka dni. Musiałam się również lekko podszkolić z bankowości i tak: czek kreślony zrealizować mogą jedynie osoby posiadające własne konto bankowe. W Indiach obcokrajowcom na wizie turystycznej nie wolno otwierać kont. I tak kółko się zamyka. Zostawiam czek jednemu z organizatorów, a ten obiecuje, że swoją nagrodę uzyskam następnego dnia transferem Western Union. Pieniędzy jednak nie otrzymałam ani następnego dnia, ani przez następny miesiąc. Frustrująca biurokracja, niesamowita niekompetencja i zwykła głupota kończy się moim przyjazdem do Delhi i wizytą u Prezydenta Indian Mountainering Foundation. Prawie nie wytrzymuję i nie pozostawiam bez dosadnego komentarza, kiedy w czasie gdy czekamy na przesłanie jakiegoś tam dokumentu Pan Prezydent oświadcza mi, że spotkał kiedyś kilku Polaków w górach, a ja w niczym nie przypominam przedstawiciela tej „powolnej i rozlazłej narodowości” i że „to pewnie wynik mojego dłuższego pobytu w Chinach”…

Pieniądze otrzymuję ostatniego dnia pobytu w Indiach godzinę przed zamknięciem banków. Mam nadzieję, że szybko uda mi się o całej tej frustrującej historii zapomnieć, bo przygody jakie przeżyłam przez ten ostatni miesiąc – miesiąc mojego odpoczynku od wspinania – były naprawdę niesamowite. Szkoda, gdyby zostały przyćmione przez taką, jakby nie było, głupotę…

 

Kończąc jeszcze wpis. Boulderowanie w Hampi (pozytywnie) zaskoczyło mnie brakiem zasad i brakiem wycen przy boulderach. Kilka linii – klasyków jakie udało mi się przewalczyć wskazuje na to, że przeszłam kilka 7b i kilka 7a+ i 7a OS. A może i nie…

Namaste

Dobrze jest na chwilę odetchnąć inną atmosferą, poznać inną kulturę. Dwa dni temu, wyjechałam z Chin i wjechałam do Indii. Siedzę właśnie w pociągu z Kalkuty do Bombaju i mam wrażenie, że jedyne co się nie zmieniło, to ilość czasu jakie spędzam w pociągach. Mam nadzieję, że trzy dni wystarczą mi na dostanie się do Badami albo do Hampi, gdzie podobno całkiem nieźle można się powspinać. Tymczasem, bezczynne siedzenie wykorzystuje na pisanie o tym, co się u mnie niedawnej przeszłości działo…

 

Kilka ostatnich tygodni spędziłam w Yangshuo – chińskiej Mekce sportowych wspinaczy. Wydawało mi się, że zaszycie się w takiej miejscówce z nastawieniem „wspinać, wspinać, wspinać” będzie bardzo owocne, wręcz przełomowe. Mina troszkę mi zrzedła, gdy okazało się, że dwa wcześniejsze miesiące które poświęciłam na klinowanie dłoni w szczeliny i rysy podczas wyjazdu do parków Keketuohai i Liming troszkę zmieniły mój styl wspinaczkowy. Dało mi to nieźle do myślenia, bo zdałam sobie sprawę jak bardzo intuicyjne jest całe to moje wspinanie. Pierwszy tydzień w Yangshuo wyglądał tak: wspinam się po drodze w wapieniu. Klamy po pachy. Patrzysz i wiesz, że łapie się to nachwytem. Sięgasz… I co się dzieje? Ręka za wszelką cenę szuka klinu gdzieś wewnątrz tej klamy. Strasznie to denerwujące i wcale nie łatwe. Na szóstkach dysze i sapie jak na największych projektach. Dodatkową energię zużywam na ukrycie tego zmęczenia przed innymi wspinaczami, bo trochę mi głupio.

 

Grudzień to podobno najlepszy miesiąc na wspinanie w Yangshuo. Powinno być dosyć ciepło (15-25 stopni) i sucho. Ten rok jest jednak inny. Jeden czy dwa dni niepadania na tydzień to bardzo słaba statystyka. W Yangshuo podczas deszczu da się jednak wspinać. Część, i to ta ciekawsza, rejonów jest przewieszona i mocno waterproof. Problem jest jednak z przetransportowaniem się pod skałę i dużo większy problem ze znalezieniem motywacji na próby na czymś trudniejszym, bo okolica jakaś taka szara i smutna, a po odejściu od ogniska szybko robi się zimno. Ostatnie 2 tygodnie grudnia troszkę mniej padało, za to temperatura poniżej 10 stopni zmusiła (nie tylko mnie) do wyszukania w plecaku zimowych kalesonów.

Kryzys motywacji (fot. JJ)

 

W momentach, gdy troszkę się przecierało i słońce troszeczkę doładowywało moje akumulatory, udało się przejść dwie 8a+ i kilka dróg z przedziału 7c+/8a. Pierwsza 8a+ „Gyn & Tonic” na niesamowitej ścianie White Montain – choć w moim odczuciu bardzo soft – nie doczekała się jeszcze przecenienia. W ostatnio wydanym przewodniku w dół za to spadły trudności większości dróg, które od jakiegoś już czasu planowałam ogłosić swoimi projektami. Tak stało się z drugą z ósemek a plusów (oryginalnie ósemką be), przepiękną wizualnie, „Red Dragon”. Linia ta rozwiązuje lewy pilar łuku Moon Hill (jednej z głównych atrakcji turystycznych okolic Yangshuo i niesamowitego obiektu wspinaczkowego) i ostatnie kilka prowadzi w praktycznie idealnym dachu. Wspinaczkowo, to bardzo wytrzymałościowa i niesamowicie klamiasta linia. Dla tych, którzy lubią urozmaicać sobie wspinanie, możliwe są dwa no-hand-resty wisząc głową w dół na stopach utkniętych w największe z klam. Obie drogi udaje się też przejść Davidowi Kaszlikowskiemu, z którym podczas tych kilku tygodni wiele razy dane jest mi się związać liną.

 

Moon Hill. „Red Dragon” biegnie w lewej części tego imponującego łuku. (fot. David Kaszlikowski.com)

Tydzień przed świętami Bożego Narodzenia przychodzi największy kryzys motywacyjny. Postanawiam więc wyjechać i razem z bliskimi zorganizować przedwczesne obchody Świąt. Pada na świętą, czczoną przez Buddystów górę Heng Shan. Góra okazuje się pagórkiem na którego szczyt gdzie znajduje się świątynia prowadzi kilkunastokilometrowy szlak. Choć nie pada, to cały czas maszerujemy w gęstej chmurze przez co wszystkie ubrania i plecak nasiąkają wilgocią. O tym, że przed sobą mamy przepiękny widok na dolinę przypominały jedynie znaki ustawione na platformach widokowych…

Późnym wieczorem, zaraz po zajściu słońca, dochodzimy do świątyni na szczycie. Ciemno, mgła i dość silny wiatr sprawiają, że bardziej przypomina ona opuszczony zamek niż gościnny dom Buddy. Po wejściu na dziedziniec okazuje się, że właśnie trwa renowacja budynku i wszędzie jak nie rozkopy, to porozrzucane relikwie. Wiatr wyje w szczelinach starego budynku i wybudza tysiące pozawieszanych dzwonków. Posąg grubego Buddy w tych okolicznościach też jakby spoglądał na nas mało przychylnie. Ciarki przechodzą po plecach a do tego, na pierwszy rzut oka wyglądało, że w budynku oprócz nas nie ma żadnej żywej (z akcentem na żywej) duszy. Zaczęliśmy przeszukiwanie korytarzy. Z informacji w przewodniku wynikało, że świątynia ma mały hotelik i w planach mieliśmy zostanie w nim na noc. Po pewnym czasie zauważamy, że w głównym holu, zaraz przy posągu Buddy spod jednych z drzwi wypływa mała struga światła. Pukamy i słychać że ktoś się w środku porusza. Otwieramy drzwi i łapiemy kilku mnichów na graniu w karty na pieniądze przy dźwiękach muzyki disco z komórek. Jak słusznie Mateusz zauważył, do pełnego obrazka „brakowało jedynie noża wbitego w stół”… Moment konsternacji, ale po chwili prowadzeni jesteśmy przez karłowatą kobietę z wyraźnym garbem na plecach i pękiem kluczy w dłoni do naszych pokoi. Wymieniamy się prezentami i oglądamy film na laptopie – standardowo, jak to w Święta.

Tak, tak, ja też mam wrażenie, że spędzanie rocznicy urodzin dzieciątka Jezus w buddyjskiej świątyni jest lekko dziwne, ale na pewno nie niewłaściwe…

Rano zmuszamy się jeszcze na wstanie na wczesnoporanne modlitwy (zaczynają się o piątej) i zjedzenie przygotowanego przez mnichów śniadania (o szóstej). Po wstaniu słońca ruszamy w drogę powrotną do miasteczka Hengshan i koleją rozjeżdżamy się każdy w swoim kierunku.

 

Świątynia duchów (fot. Ola)

Poranne modlitwy w Świątyni Heng Shan (fot. Ola)

Po powrocie do Yangshuo pogoda z każdym dniem była coraz gorsza, ale niespodziewanie wspinało mi się znacznie lepiej. Szybko wspięłam się na kilka 7c+ i jedną 8a (Axmen, notabene przecenionej z 8a+) a w ostatniej możliwej próbie, ostatniego mojego dnia w Yangshuo (który okazał się słoneczny i wyjątkowo ciepły) i dwie godziny przed wigilijną kolacją na „Nine deep, one shallow” 8b na ścianie Banyang Tree. Drogę, która niesamowicie mi się spodobała i na cztery dni bardzo mnie wciągnęła. Kruksem jest kilka bardzo długich, dynamicznych ruchów po tak małych chwytach, że pierwszego dnia prób nawet raz nie udało mi się ich przytrzymać. Stopnie też nie rozpieszczają, szczególnie osób z mniejszym zasięgiem i wymuszają prawie kampusowe ruchy. Top to zdecydowanie łatwiejsza część drogi ale na ruchach, które „z miejsca” wydawały się szóstkowe, podczas realnych prób całkowicie mnie rozginało i tam też zdarzyło mi się polecieć. Droga ma też dość ciekawą historię. Pierwsze jej przejście było przejściem flash w wykonaniu Gerome Pouvreau i podobno można to obejrzeć w filmie Dosage 5.

Polecam wszystkim: gdy wspinanie nie idzie za dobrze, najlepiej spędzić noc w jakiejś świątyni. Naprawdę działa.

Było to pierwsze kobiece przejście tej trzygwiazdkowej drogi.

W kruksie Axmena. (fot. JJ)

 

Axmen. (fot. JJ)

Główny kruks „Nine deep, one shallow”. (fot. DavidKaszlikowski.com )

Wspomnienia

Dawno już zdecydowałam, że pisanie o zawodach czy festiwalach to mało pociągający temat. Z kilkoma wyjątkami zaprzestałam więc zanudzać tego typu wpisami szczególnie, że moda na festiwale w Chinach rozkwita i ciężko tu o miesiąc bez tego typu imprezy.
W tej chwili jestem w Yangshuo, jednym z najbardziej popularnych azjatyckich rejonów wspinaczkowych. Wynajełam mały pokoik w mieszkaniu zamieszkalym przez samych wspinaczy i zamierzam wspinać się w okolicy aż do końca grudnia. Jak nie trudno sie spodziewać, Yangshuo ma też swój festiwal a wydarzyła się on tydzień po tym jak zjawiłam się na południu.
Zaraz po zakończonej imprezie w planach miałam uporządkowanie plików i folderów w moim komputerze. W jednym w pierwszym z folderów znalazłam tekst który przyszło mi napisać na prośbę chińskiego magazynu wspinaczkowego zaraz po zakończeniu pierwszego Yangshuo Climbing Festival. Niesamowite jaka kiedyś byłam zawzięta na zawody i rywalizację.
A tutaj, o tym co się działo dokładnie w tym samym miejscu, podczas takiego samego festiwalu tyle że cztery lata temu:

Artykuł pisany krzaczkami.

12.12.2008 godzina 19:26
 
W końcu wyruszyliśmy. Wagon 5, miejsce 23, górna półka – to mój przydział na następne 30 godzin. Na pryczy naprzeciwko siedzą Helen i Lans – towarzyszyć mi będą w drodze z Pekinu do Yangshuo. Obydwoje przybiegli na stację w ostatniej chwili więc teraz dyszą jak lokomotywy. Ja oglądając przemykające za oknem budynki zaczynam planować szczegółowo przebieg całego wyjazdu.
Planowanie to jedno z moich dziwnych nawyków, ale czemu tu się dziwić, w końcu jedziemy na Yangshuo Climbing Festival – wydarzenie warte planowania nawet w najdrobniejszych szczegółach.
 
13.12.2008 godzina 01:10
 
Nie mogę spać. Pewnie to przez podekscytowanie które nie daje mi zasnąć przed każdymi zawodami w których startuję. A może to wina leżącego na dolnej półce dziadka który chrapaniem obudziłby umarłego.
W Chinach jestem już prawie półtora roku. Trzy semestry nauki języka chińskiego w Beijing Normal University pozwalają mi na rozmowę z ludźmi w pociągu. Młody chłopak którego spotykam w przedziale jadalnym opowiada mi o swojej rodzinnej miejscowości w prowincji Guizhou. Góry, rzeka, w październiku liście na drzewach pięknie czerwienieją… Zapisuję nazwę miejscowości w notesiku. Postaram się odwiedzić mojego nowego kolegę następnym razem wybierając się w podróż na południe. Bardzo często właśnie w ten sposób zdobyte informacje są dla mnie inspiracją dla podróżowania po Chinach. Chiny to kraj o wielu twarzach. Są jednocześnie piękne i obrzydliwe, bogate i biedne … to po prostu kraj kontrastów.  Tutaj nie można ufać przewodnikom turystycznym. Jeżeli tylko jakieś miejsce awansuje i zostanie opisane w którymś z nich automatycznie staje się celem wypraw tysięcy ludzi. Powstają tam parki, hotele i bramki biletowe… Ścieżki zamieniają się w betonowe alejki a kobiety przebrane w stroje mniejszości narodowych oferują idealnie wykonane fotografie. Wiele pięknych miejsc straciło w ten sposób swój niepowtarzalny urok. Chiny z przewodnika turystycznego to nie Chiny jakich szukam…
Od czasu mojego przyjazdu do państwa środka opanowały mnie całkowicie trzy pasje. Pierwsza to niezmiennie od wielu lat wspinanie, druga to język chiński a trzecia to właśnie podróżowanie. Czasami moi znajomi z klasy żartują: „studiując dajesz odpocząć mięśniom, a wspinając się odpoczywa twoja głowa. Idealna dobrałaś swoje pasje”.  Podróżowanie staram się łączyć ze wspinaniem. W plecaku zawsze mam buty wspinaczkowe i woreczek z magnezją…
Mój nowy kolega patrzy ma mnie z niedowierzaniem i reaguje uśmiechem na co drugie moje słowo. Nic dziwnego. Wspinanie to w Chinach młoda, bardzo mało znana dyscyplina i zazwyczaj uważana jest za dziwactwo a nie prawdziwy sport…
Dosyć gadania na dzisiejszą noc. Pora spać. Jutro przecież ważny dzień. Dziadek z dolnej półki wciąż chapie jak smok ale mam nadzieje że tym razem zmęczenie wygra i wkrótce zasnę.
 
14.12.2008 godzina 11:30
Festiwal już się zaczął i ja mam już za sobą kilka wspieć. Dzisiejszy dzień to tzw. zawody na punkty. Im więcej trudnych dróg poprowadzę, tym więcej punktów zdobędę. Taktykę obmyśliłam już wcześniej więc po rozpoczęciu od razu udałam się do sektora wspinaczkowego „The Egg”. Znajduje się tu sporo średniej trudności dróg w okolicach 7a. Spodziewałam się tu też mniejszej ilości zawodników niż na „White Mountain” – centrum całych zawodów czy „Wine bottle” z dużą ilością łatwych dróg.
Atmosfera zawodów jest niesamowicie przyjemna. Każdy każdego dopinguje, podpowiada patenty czy poświęca swój czas na asekuracje gdy brakuje ludzi z organizacji. Szczególnie gdy pod ścianą spotyka się międzynarodowa obsada więcej jest śmiechu, czy opowieści o skałach w różnych częściach świata niż rywalizacji. Obok mnie wspina się bardzo sympatyczna grupa z Filipin – wszyscy są członkami kadry narodowej we wspinaczce sportowej. Szczególną uwagę zwraca Miel Pahati. Krępy – może ze 155 cm wzrostu, lekko przy kości zawsze uśmiechnięty z lekkością pokonuje wszystkie drogi w rejonie. Spotykamy się pod najtrudniejszą linią w sektorze wycenioną na 7c. Miel atakuje pierwszy. Chwila niepewności w trudnościach, ale po chwili wpina linę do łańcucha. Moja kolej. Zdecydowanie gorzej mi idzie niż Mielowi. W trudnym miejscu potrzebuje aż dwóch podejść, ale też w końcu się udaje. Jestem tak zmęczona, że nie zauważam nawet że wszyscy już od jakiegoś czasu siedzą na łączce poniżej i zajadają przygotowany przez organizatorów lunch.
Chwila relaksu i ludziom rozwiązują się języki. Niesamowite jak podobne zainteresowania mogą zbliżać ludzi do siebie. Rozmawiamy tak jakbyśmy znali się od dawna.
Opowiadam wszystkim o rejonach w okolicy Pekinu. Zdaję sobie sprawę, że Baihe nie może się równać z Yangshuo. Jest dużo mniejsze, drogi nie są takie długie, powietrzne… Brakuje tu też większej ilości trudnych linii które przyciągnęłyby dobrych wspinaczy. Baihe to moje szczególne miejsce w okolicy w której mieszkam. Te granitowe skałki nie tylko dają mi możliwość wspinania się w każdy weekend, są też odpoczynkiem od Pekińskiego zgiełku i wrzawy. Szczytami wzgórz ciągnie się Wielki Mur a dolinę przecina rzeka Baihe. Wspinacze mają swoje skałki, wędkarze łowią ryby a niezliczona liczba ścieżynek górskich jest rajem dla trampów. Gdyby nie wspinanie pewnie nigdy bym tam nie trafiła. Jest to jedno z tych naturalnych miejsc o których trudno się dowiedzieć ponieważ z pewnego punktu widzenia nie ma tu nic szczególnego co można by rozreklamować. Wspinaczka pozwala na odnajdywanie takich szczególnych miejsc nie tylko w Chinach.
Miasteczko Yangshuo i jego okolica niestety nie zalicza się do tych mistycznych nie odkrytych przez turystów miejsc. Tutejsze wapienne granie są znane na całym świecie, ale nawet tutaj wspinaczka pozwala na zejście z wyznaczonego turystycznego szlaku i znalezienie się np. w takim miejscu jak rejon „The Egg” gdzie miejscowi wieśniacy uprawiają swoje poletka czy wypasają wodne krowy nie dlatego, by stać się atrakcją turystyczną tylko dlatego, że takie jest ich życie. Wspinanie pozwala mi czasami na poznanie świata takiego jaki jest a nie taki jaki został dla nas przez kogoś przygotowany. Jest to jedna z tych rzeczy jakie kocham w tym sporcie.
 
14.12.2009 23:30
Wchodzę do hostelowego pokoju i z miejsca padam na łóżko. W ciągu 5 godzin trwania festiwalu wspięłam się prowadząc na 14 dróg. 6 z nich to 7a lub trudniejsze. Potem jeszcze pokazy slajdów, wspólne grilowanie i to, że ostatniej nocy spałam tylko 4 godziny po 30 godzinach spędzonych w pociągu sprawiają że jestem zadowolona z siebie ale wycieńczona fizycznie. Czuje, że nie będę miała problemów z zaśnięciem. Jutro zawody na trudność…
 
15.12.2009 13:00
 
Rano odbyła się ceremonia zakańczająca główna część festiwalu. W pierwszym dniu zawodów wystartowało ponad 300 zawodników z 14 krajów świata. Ta ilość tylko potwierdza to jak dynamicznie rozwija się wspinanie w Chinach i  jak bardzo wspinacze potrzebują takich imprez.
Gdy tu przyjechałam półtora roku temu w ramach stypendium chińskiego rządu byłam załamana tym co zastałam. Od  pierwszego dnia zaczęłam przeszukiwać Pekin by znaleźć miejsca w których mogłabym trenować. Miesiąc przed przyjazdem udało mi się zdobyć wicemistrzostwo Polski w konkurencji prowadzenie co dało mi pewne miejsce w kadrze narodowej na rok 2008. Kolega – trener ułożył mi profesjonalny trening wspinaczkowy i wszystko to dawało mi niesamowicie dużo energii do pracy. To, jak trudno znaleźć coś o wspinaniu w Chinach osobie która nie potrafi przeczytać nawet jednego chińskiego znaczka to długa historia. Informacji w języku angielskim jest bardzo, ale to bardzo mało. Duża ich część jest nieaktualna a wspomniane miejsca czy ścianki dawno już nie istnieją.
Pierwsze co zrobiłam, to udałam się do sklepów ze sprzętem wspinaczkowym. Ale ku mojemu zdziwieniu to, że sklep ma pełen asortyment wspinaczkowy wcale nie oznaczało że jego sprzedawcy maja jakiekolwiek pojęcie o tym co to jest wspinanie czy o tym gdzie miejsca wspinaczkowe w jego mieście się znajdują. Po kilku dniach udało mi się znaleźć ściankę wspinaczkową w parku Ritan. Miejsce wydawało się ok, prowadzący ją ludzie również. Następnie, z trudem znalazłam ściankę wspinaczkową Uniwersytetu Geologicznego która poraziła mnie swoim pięknem i rozmiarem. Obydwa te miejsca zdecydowanie różniły się od siebie. Ritan to niewielkie miejsce ale za to czuć, w nim pewien ruch. W ciepłe dni przychodzi tu sporo osób, zawsze można poprosić kogoś o asekurację a właściciel dba o to by co pewien czas pojawiły się jakieś nowe drogi. Dida to zupełne przeciwieństwo. To przepiękny obiekt który zawsze świeci pustką. Brakuje wspinających się ludzi i dróg do wspinania…
Każda z tych ścianek dawała mi pewne możliwości treningowe, ale obydwie miały bardzo dużego minusa – znajdowały się na świeżym powietrzu.
Co się dzieje z tym sportem w czasie zimy? Czy wspinanie w Pekinie zapada w sen zimowy? Dla mnie i mojego treningu ważna była regularność. W tej sytuacji  nawet kilka deszczowych dni całkowicie psuło moje plany. Nie dopuszczałam też do siebie 4 zimowych miesięcy spędzonych bez dotykania chwytów. Po około miesiącu poszukiwań znalazłam ściankę znajdującą się w piwnicach wieżowców dzielnicy Pingod. Dzięki tej małej, zawsze pełnej papierosowego dymu bulderowni przetrwałam moją pierwszą zimę w Pekinie. Dojazd do ścianki zajmował mi około 3 godzin w jedną stronę dwa razy w tygodniu. Na co dzień często zdarzało się, że byłam tam jedyną wspinającą się osobą.
 
Od początku mojego pobytu w Pekinie starałam się startować w lokalnych zawodach wspinaczkowych. Pierwszych kilku nie wspominam pozytywnie. Na jednych powiedziano mi, że wspinam się za dobrze i z tego powodu nie jestem mile widziana. W drugich udało mi się wystartować i wygrać ale za to wygrana przeze mnie roczna prenumerata magazynu outdoroweg nigdy do mnie nie dotarła. Niezrozumiałym dla mnie zjawiskiem jest fakt, że w Chinach obcokrajowiec nie może wziąć udziału w zawodach rangi pucharowej. Jeszcze dziwniejsze jest to, że osoba zarejestrowana w Chinach jako zawodnik pucharowy nie może wystartować w większości zawodów niższej rangi.  To wszystko sprawia, że z dobrymi Chińskimi wspinaczami jestem w stanie zmierzyć się jedynie na zawodach takich jak Yangshuo Climbing Festival, gdzie organizatorzy bardziej dbają o popularyzację sportu niż tworzenie barier.
No właśnie, a zawody na trudność zaczynają się już za chwilę a w nich naprawdę silna obsada Kate Rutherford, Cedar Wright, James Pearson, ABong… To wszystko sprawia, że pocą mi się ręce. Zapowiada się mocne wspinanie.

Obsada zawodów na trudność cztery lata temu.

 
15.12.2009
 
Dochodzi już wieczór. Ciśnienie już dawno ze mnie uleciało i teraz w ramach relaksu snuję się po mieście. Wygrałam obydwie konkurencje festiwalu. Jest to dla mnie tak samo ważne jak fakt, że poznałam ludzi naprawdę kochających ten sport. Próbowałam trudnych wspinaczek i choć nie wszystkie drogi udało mi się ukończyć, to jestem z siebie zadowolona. Znowu naładowana jestem tą pozytywną energią by pracować nad swoim poziomem i wspinać się coraz lepiej…       
 
Festiwal roku 2012 też już za mną. Tym razem reprezentacja Polski również spisała się nie najgorzej. Mówię o reprezentacji, bo tym razem na liście startowej pojawiły się aż dwa polskie nazwiska. Yangshuo odwiedzili bowiem Eliza i David z Warszawy.  Eliza, silniejsza niż jej się wydaje, niejedną zawodniczkę przyprawiła o pocenie się rąk i suma sumarum  aż dwa razy stanęła na podium. Dawid spisał się za to jako zawodowy fotograf zawodów i poniżej kilka jego fotek.

Zawody na trudność. (fot. DavidKaszlikowski.com)

Zawody czas zacząć. (fot. DavidKaszlikowski.com )

Krimpy to moja specjalność. (fot. DavidKaszlikowski.com)

(fot. DavidKaszlikowski.com)

 

No i po wyprawie

Ten wyjazd był inny… Pierwszy raz w życiu znalazłam się wokół setek a może nawet tysięcy dróg wspinaczkowych gdzie praktycznie żadna nie miała jeszcze przejścia. Na które wzgórze nie spojrzeć, to w głowie ukazuje się obrazek jak z topo a wyobraźnia rysuje po ścianie czerwoną kreskę, zaznacza potencjalne stanowiska, kluczowe miejsca…

-Tu jutro poprowadzę drogę. Albo tu, ta ściana jest jeszcze piękniejsza. A ta rysa – ona będzie moja. Każdy z naszej czwórki miał takie same myśli. Ciężko było się na coś zdecydować a jeszcze ciężej było przyjąć do wiadomości, że na nie wszystko będzie można się wspiąć…

Jadąc do Parku Narodowego Keketuohai nie mieliśmy pojęcia co tam zastaniemy. Teraz, gdy jest po wszystkim, stwierdzić muszę, że nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. Szczerze zachwycona jestem nowo odkrytym miejscem a może i jeszcze bardziej pięknem tradycyjnego wspinania i robienia w tym stylu pierwszych przejść. Sport zamienił się w przygodę a ja w eksploratora i odkrywcę (mów mi Indiana Jones).

Turtle Hill – każda droga to klasyk. (fot. Ola)

Nawet ci wspinacze, co to nigdy mechanika czy kości w ręku nie mieli dobrze wiedzą o ogólnej zasadzie wspinania się na własnej asekuracji: nie ma boltów a o tym, czy wspin jest bezpieczny decyduje fakt wciśnięcia czegoś tam w szczeliny czy inne formacje napotkane na drodze. Proste. Ja też tak zakładałam gdy to jadąc na wyprawę eksploracyjną lekko zataiłam fakt praktycznie zerowego doświadczeniem we wspinaniu tradycyjnym w granicie (tu cicho sza, bo chłopaki z teamu dalej nie wiedzą). Podczas pierwszych dwóch dni wyskakujące z rys camaloty trzy razy trafiły mnie w brodę za każdym razem tworząc na nowo krwawiącą szramę. Zaliczyłam też lot z wyrwaniem dwóch przelotów, niestety jedynych dwóch jakie miałam i po 3 metrowym locie zatrzymanie na półce poniżej. Półka to nie ziemia ale ja zapisuję to jako moją pierwszą „glebę”. Wcale nie łatwy wyciąg poprowadziłam chwilę później niestety w stylu nie najlepszym bo coś tam w rysie zostało i trzeba to podpisać jako przejście z założonymi przelotami. Powstała za to jedna z najpiękniejszych i najtrudniejszych dróg jakie dane mi było poprowadzić na wyjeździe (Turtle Power, 160m ,max 5.12).

Garrett na trzecim wyciągu „Turtle Power”. (fot. Ola)

Każdy nowy dzień i każde wspięcie w Keketuohai przynosiły nowe doznania. Nabieraliśmy pewności do sprzętu i do siebie nawzajem. Mi powoli też szło coraz lepiej i tylko kilka razy podmuchy wiatru sprawił, że właśnie założony przelot odleciał gdzieś w nicość pode mną (i tylko raz był to łańcuch). Niektóre drogi były idealnie czyste i logiczne a niektóre bardziej spod znaku ogrodnictwa niż wspinania. Kilka dni po przyjeździe zamieszkaliśmy w jurcie u kazachskiej rodziny, resty mijały więc też całkiem towarzysko i nierzadko procentowo. Niewidomy grajek umilał nam wieczory brzdąkaniem na mandolinie czy gitarze.

Wrzesień to ostatni ciepły miesiąc w dolinie. W okolicach początku października temperatura drastycznie spada i aż do maja utrzymuje się w okolicach -20/-30 stopni. Wymusza to nomadyczny tryb życia lokalnych mniejszości. Lato spędzają oni w górach północnego Xinjiangu lub południowej Mongolii a zimę w dolinach. Podczas naszego pobytu po parku nieustannie kroczą karawany dumnie wyglądających wielbłądów – głównego tutaj środka transportu. Na grzbietach poprzywiązywane mają drewniane szkielety jurt, piecyki, plandeki… Cały dobytek nomadzkich rodzin. Za wielbłądami dreptają niezliczone ilości kóz, baranów albo krów. Paraliżuje to całkowicie ruch wszystkich innych pojazdów w parku. Koty, niesforne psy i oseski kóz przywiązuje się na szczycie przeładowanych wielbłądów. Ujadający pies na wielbłądzie to bardzo komiczny obrazek. Z rzadka po drodze przebiegną stada koni. W ten zwierzęcy bałagan wplątują się meleksiki z turystami. Siedząc w takich pojazdach słyszę często te same „powalające” komentarze. Chińczycy pokazują palcami kolejne zwierzęta wołając „to jest smaczne”.

Gdy chińczyk który właśnie przyjechał do parku wychodzi z autobusu, to pierwsze co robi, to sprawdza czy rosnące na trawniku kwiaty nie są sztuczne. Obserwuję to samo z każdym nowym autobusem. Nie docenia się siły przyrody w tym kraju…

Wieczory w naszej jurcie. (fot. Ola)

 

Sąsiad. (fot. Ola)

Powracając do wspinania, cichym celem naszej grupy było stworzenie nowego tradycyjnego rejonu wspinaczkowego w Chinach. Często otwieraliśmy więc drogi łatwe zawsze kończąc taki wspin stwierdzeniem „ludzie pokochają tą drogę” albo „to jest to czego to miejsce potrzebuje”. Mike i Andrew praktycznie skupili się na takich liniach. Obydwoje mają dużą potrzebę społecznej pracy w służbie ludowi (wspinaczom). Otwartych dróg często nawet nie próbowali przechodzić. W tym zespole grałam rolę samoluba, bo nie odpuszczałam żadnemu wyciągowi i za każdym razem wracałam na drogę by w końcu wymazać znak zapytania przy wycenie moich długości liny. Całe szczęście miałam pewne poparcie w Garrecie i Torstenie i to z nimi próbowałam trudniejszych rzeczy.

Niezapomnianą przygodę przeżyłam podczas trzech dni wyznaczania nowej, prawdopodobnie ostatniej możliwej drogi na wzgórzu Divine Bell (Ji Rou Ban Mian, około 200m, max 5.12d). Oprócz pierwszego, lekko łatwiejszego wyciągu z bardzo dobrą asekuracją cała reszta była fizyczną i mentalną walką. Drugi wyciąg, mimo że była to kolej Torstena bardzo przypadł mi do gustu i po kilku próbach na wędkę został mi podarowany w prezencie (choć pewnie Torsten myślał, że to ja robię mu prezent). Dwa boulderowe miejsca z czego tylko pierwszy ze lekko stresującą asekuracją sprawiły, że poczułam się na tym wyciągu jak na drodze sportowej. To jedyna moja droga na własnej gdzie występowały długie ruchy, przez chwilę nawet wspinanie czysto płytowe i ruch z wrzuceniem pięty do ręki. Trzeci wyciąg to klasyczne wspinanie w zacięciu które na pierwszy żut oka wyglądał niegroźnie. Nawet przeklęłam pod nosem kiedy Torsten poprosił o blok i górną część drogi zaczął permanentnie haczyć. Dopiero jak szłam na drugiego zdałam sobie sprawę z trudności. Rysa w zacięciu nie tylko się „otwierała” ale do tego w dużej części drogi była za mała żeby wepchnąć w nią nawet najmniejszego z palców. Stopni brak. Dodatkowo po dwóch dniach opadów śniegu była całkowicie mokra. Nie mieliśmy szans na jej przejście w takim stanie. Torsten podczas swojej hakówki zaliczył kilka bardzo pokazowych lecz całkowicie bezpiecznych lotów z wyrwaniem nawet do 4 przelotów. Na drogę wróciliśmy po trzech dniach ale rysa była ciągle mokra. Wbiliśmy 4 bolty na ostatnim, bardzo angażującym mentalnie połogu za 5.11 i pozostawiliśmy linię do pierwszego czystego przejścia na następny sezon. Ji Rou Ban Mian to najtrudniejsza droga jaką otworzyliśmy podczas całego wyjazdu i jednocześnie najtrudniejsza istniejąca w tej chwili w Xinjiangu.

Torsten kończąc drogę Ji Rou Ban Mien (fot. Ola)

Ściana Divine Bell trochę inaczej. (fot. Ola)

Ciężko opowiadać o każdej drodze jaka powstała podczas miesiąca prac. Razem otworzyliśmy 29 nowych linii (87 wyciągów)! Co biorąc pod uwagę, że w rejonie istniało do tej pory nie więcej niż 10 pozostawionych przez trzy poprzednie ekspedycje jest całkiem imponującym wynikiem. Wszystkie linie wyczyściliśmy z p… różyczek i innych roślinek, kruszyzny i zalegającej w rysach ziemi a w niebezpiecznych, nieasekurowalnych miejscach czy na zjazdach dobiliśmy bolty (w sumie 25). Choć pewnie nie byliśmy pierwszymi ludźmi na szczytach, bo na większość wzgórz da się wejść „od tyłu” i wszędzie kręcą się przyjaźni pasterze to wspinaczkowo wejścia na Crocodile Hill, Little Turtle, Snowy Day Slab, The Knife Crag, Shepard Rock i Hontaj Re były pierwszymi w historii. Tym co odwiedzą Keketuohai w przyszłości polecam drogi:

drogę bez nazwy na Nipple Hill (jedyna droga nasza droga która była powtórzeniem), Sky Rim na The Knife Butters, wszystkie drogi na Turtle Hill, Ji Rou Ban Mian na Divine Bell, Freshly Squeezed i Eternal na Shepard Rock, Bundy Route na Waterfall Fossil, Fishy Flip-Flops (to chyba moja ulubiona) i Plumber’s Crack na Waterfall Rock.

Dużo bardziej jednak polecam wycieczkę w głąb parku, bo potenciał wspinaczkowy doliny został przez nas jedynie delikatnie naruszony a im bliżej Mongolii tym ściany większe i więcej na nich rys. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to tutaj umieszczam bardziej szczegółowy raport z wszystkimi drogami jakie udało nam się otworzyć. Raport, to nie to samo co przewodnik (który jest w trakcie przygotowania) proszę więc przymknąć oko na dość oszczędne opisy i całkowity brak generalnych informacji o rejonie i dróg jakie zostały otwarte przez inne zespoły.

Wspinanie, to ta przyjemna część ekspedycji. Wspinaliśmy się więc chętnie. W Keketuohaj wykonywaliśmy jednak również prace bardziej „niemiłe” ale niestety niezbędne dla rozwoju wspinania w tym rejonie. Czyszczenie dróg było czasami ciężkie, pisanie raportów i zbieranie informacji do przewodnika nieraz przyprawia mnie o ból głowy, ale najgorsze z tego wszystkiego były spotkania z oficjelami z parku i przedstawicielami straży granicznej na których próbowaliśmy najpierw przekonać, że wprowadzenie wspinania w okolicy to bardzo pozytywny fakt a później wywalczyć jak najlepsze warunki dostępu do skał dla wspinaczy. Najważniejszą z nowin jakie udało nam się usłyszeć na ostatnim ze spotkań, to że od sezonu 2013 wspinanie w Parku Narodowym Keketuohai będzie oficjalnie dozwolone! Na szczegółowe warunki nadal czekam i nie omieszkam się podzielić.

Ruszyła wyprawa eksploracyjna

Czuję że powstaje nowy, polsko-amerykański przebój w Chinach. I nie chodzi to o disco polo śpiewane przez Back Street Boysów – choć to pewnie przyjęło by się nawet lepiej w tym kraju. Tym razem atrakcja ma zaciekawić jedynie wspinaczy i niesamowicie się cieszę, że mogę wziąć udział w jej tworzeniu, albowiem w końcu, po 8 miesiącach przygotowań, ruszyła wyprawa eksploracyjna do parku narodowego Keketuohai na północy prowincji Xinjiang w Chinach.
Oficjalnie zamknięty dla wspinaczy park to siedziba 118 granitowych wieży o wysokosci 150-380 metrow o niesamowitej jakości skale, proszącej się o pierwsze przejścia, i równie niesamowitej mniejszości chińskich Kazachów zamieszkujących ich podnóża. Mimo wielomiesięcznych pertraktacji z władzami parku, lokalną policją i wojskiem, po przyjeździe na miejsce czekały nas dwa dni rozmów, spotkań, załatwiania papierkowej roboty i w końcu wycieczka do doliny z przedstawicielami parku i biura bezpieczeństwa w celu szczegółowego wybrania celów wspinaczkowych. Wspinając się w Keketuohai nie ma bowiem szans na szaleństwo. Każde wspięcie musi być wcześniej zgłoszone i zaakceptowane. Przez kogo? Sama nie wiem. Ciężko się w tym połapać. My po dwóch dniach ściskamy rękę pani Hu i odbieramy darmowy bilet wstepu  na 15 dni i pozwolenie na eksplorację większości ścian. Już nie mogę doczekać się pierwszych wspięć…
Fototgraficzne wyniki z pierwszej, kierowanej przez wesołego, kazachskiego policjanta wycieczki do wnętrza parku przedstawiam na dole wpisu, a pozwolę sobie jeszcze na kilka linijek tekstu o tym co my tu właściwie robić będziemy i jak do tego wszystkiego doszło:
Pomysł wyjazdu do Xinjiangu zrodził się w mojej głowie pierwszy raz po tym jak nowy kolega w pracy pokazał mi swoje własne zdjęcie na tle ogromnej granitowej sciany Divine Bell – głównej atrakcji parku Keketuohai. Wystarczyło wpisać w google „climbing in Keketuohai” żeby natrafić na film Corey Richa opowiadający historię zorganizowanej dwa lata temu, pierwszej wyprawy eksploracyjnej prowadzonej przez Tommy Caldwella.

Od tego zdjecia wszystko sie zaczelo

Na filmie rozpoznałam swojego kolegę Jacka – wspinającego się Chińczyka i tak dowiedziałam się szczegółow o potencjale wspinaczkowym parku Keketuohai. W tym też momencie powstał zarys planu.
Caldwell team otworzył w parku cztery linie. Podobno już w 2007 i w 2005 działały w tym rejonie  grupy wspinaczy w wyniku czego powstały cztery inne drogi. Razem naliczyłam tego osiem sztuk. Jest co eksplorować.
Do Keketuohai wybierałam się z zamiarem wspinania głównie na własnej asekuracji i używania wiertarki tylko przy bardzo nebezpiecznych run-outach i ewentualnie  na stanowiskach. Tak więc, żeby wyprawa miała „ręce i nogi” trzeba było znaleźć w Chinach grupę wspinaczy z zacięciem eksploracyjnym z doświadczeniem we wspinaniu tradycyjnym. Zadanie to nie było łatwe ale udało się i w tej chwili w skład KKTH team wchodzą:
Mike Dobie, USA (The North Face, Black Diamond) – kustosz rejonu Liming w prowincji Yunnan. Człowiek który aktualnie swoje życie poświęca wspinaniu w rysach i odkrywaniu nowych rejonów wspinaczkowych w Chinach.
Andrew Hedesh, USA – na codzień raczej związany bardziej z wiertarką niż z mechanikami. Autor dużej części dróg w znanym Yangshuo.
Garrett Bradley, USA – wspinający sie fotograf.
XiaoLi, Chiny – nasza sekretarka i osoba odpowiedzialna  za kontakty z władzami i picie z tym z kim należy wypić żeby pozwolenie na wspinanie zostało w końcu podpisane.
W połowie miesiąca ma do nas jeszcze dołączyć Torsten Teufeld z Niemiec. No i grupę zamyka moja skromna osoba.
Mamy też sponsorów. Sprzęt został ofiarowany nam przez firmę Black Diamond, The North Face  i Pekiński Związek Wspinaczkowy. Bilety przelotu do Wulumuqi zrefundowała Chińska Organizacja Wspinaczkowa a wsparcie mojej ososby przyszło również ze stony Polskiego Zwiazku Alpinizmu. Wsystkim bardzo dziekuję za zaufanie i wsparcie.

Z Getu o Getu

Od kiedy Pekin przestał być „moim miejscem” trzeba było poszukać rejonu innego niż Baihe w którym mogłabym poczuć się jak w domu. Los chciał, że w momencie kiedy najbardziej tego potrzebowałam, wioska Getu przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Ja odwzajemniłam uczucia i ostatnio przyległam do tej małej wioski powoli stając się jej częścią.

Getu to bardzo niewielkie miejsce. Kilka domów umieszczonych wzdłuż jedynej ulicy prowadzącej do parku. Nie ma tu barów, dyskotek ani nawet porządnego sklepu gdzie można by kupić jabłko czy banana. Choć „Great Arch” zachwyca, to jednak wspinanie w nim jest „wymagające” i może zniechęcić. Tym razem, chciałabym właśnie opowiedzieć o tym jak to Getu „skopało mi d…” i jak to pierwszy raz w życiu po ponad dwutygodniowym tripie wracam do domu z całkowicie pustymi rękami.

Zaczęło się od tego, że znalazłam partnera który zdecydował się na wyjazd do Getu tylko po to, żeby w temperaturze 30+ stopni związać się ze mną liną na wielowyciągowej drodze na której nie byłby w stanie wykonać 90% ruchów. Mówiąc jaśniej kolega Aaron zdecydował się na podążanie za mną 200m na drodze „Lost in Translation” (max 8a+). To nie zdarza się często.

Widok na Losta okiem profesjonalnego fotografa (fot. Sam Bie, ze strony petzl.com)

Widok na Losta okiem profesjonalnego fotografa (fot. Sam Bie, ze strony petzl.com)

Pierwszego dnia, który traktowaliśmy lekko rozgrzewkowo, zjawiliśmy się pod drogą z tylko jedną liną. Mieliśmy wspiąć się na pierwsze dwa wyciągi (7b+, 7c+) i zobaczyć jak to wygląda z bliska. „Lost” to nie tylko wyzwanie wspinaczkowe. Przejście trzeba dobrze zaplanować, bo duża część drogi to dach. Co zrobić, gdy okaże się, że utknęło się na trzecim wyciągu i ma się tylko jedną linę? W górę ani rusz a w dół nie starcza liny… Można by zastosować wycof typu „wypiąć ekspresa i skakać”, ale odległości między wpinkami na tej drodze są bardzo niesportowe i lata się pomiędzy stalaktytami. W każdym razie zaczęliśmy żwawo. Pierwszy wyciąg był dosyć soft i padł w os na dużym luzie. To cieszy. Po dojściu do pierwszego stanowiska miałam sporo czasu na przeglądnięcie przebiegu drugiego wyciągu za 7c+ bo Aaron dość powoli nabierał wprawy w używaniu sprzętu do pałowania. Poraziła mnie odległość do wiszącego w dachu bambusowego siedzenia służącego za stanowisko asekuracyjne. Na oko było tego z 50 metrów a my tak na pierwszy dzień wzięliśmy ze sobą tylko jedną 60 metrową linę. Trzeba było się wycofać i wrócić z większą ilością sprzętu. Pierwszy dzień = pierwszy wyciąg.

W drodze do hostelu strasznie się rozpadało. Padało cały wieczór, całą noc i padało jak wstaliśmy rano. Podobno padało w całej prowincji. Nie widzieliśmy w tym większego problemu bo przecież wspinamy się w jaskini. Problem jednak się pojawił i to cięższy do przeskoczenia niż lekko zamoknięte chwyty. Przez rzekę którą trzeba było się przeprawić na druga stronę żeby dojść do łuku przestały kursować łodzie. Przez kilka dni wspinaliśmy się więc po sportowych drogach najbardziej przewieszonego i chyba najmniej zachwycającego Olivier Crag i trenowaliśmy lokalne, bardzo napalone na wspinanie dzieci. Po kilku dniach pogoda dalej się nie poprawiała a ja dla ćwiczenia psychy zaczęłam wpinać jedynie co czwarty ekspres na znanych mi do obrzydzenia drogach. Aaron chciał zbudować tratwę ale kilka splecionych ze sobą bambusów zostało porwane przez prąd rzeki z taką siłą że zrezygnowaliśmy z tej opcji. Oczekiwanie na warunki prawie jak pod Cerro Torre.

Po tygodniu rzeka jakby zwolniła i poziom wody powoli się obniżał. Pierwsze łodzie które zaczęły kursować miały jednak mocno zawężony czas pracy. Pierwszy kurs był o 11 a ostatni o 16. Dodając 30-minutowy spacer po schodach żeby dostać się pod drogę, na wspinanie zostawało mniej niż 4 godziny. Nie możliwe, żeby skończyć drogę w tak ekspresowym tempie. Druga nasza próba miała więc za zadanie „podotykanie” a nie konkretny atak. Szybka wspinka na pierwszy, znany wyciąg i czas było na zaczęcie prawdziwej przygody. I tu zaskoczenie. Ten 50m wyciąg który przeraził nas tydzień wcześniej okazał się lekko oszukany. Po jakichś 18m wspinu (głównie trawers) po terenie za około 7a+/7b doszłam bowiem do stanowiska. W przewodniku był błąd. Lost in translation to nie 4 wyciągi ale 5. Gdyby nie ta „niedociągłość”, na pewno kontynuowalibyśmy wspinanie już pierwszego dnia… Psychicznie czułam się jednak lepiej. Odległość do bambusowej platformy znacznie się zmniejszyła. Porażała jednak teraz odległość między wpinkami na wyciągu za 7c+. Z nowego stanowiska wszystko było widać jak na dłoni i nie wyglądało to ani łatwo ani komfortowo psychicznie. Tak też było. Tragicznie brudna skała, taśmy poprzewieszane przez tufy które nie znajdowały się nawet w linii drogi i ponad 6 metrowe odległości między boltami. Po kilkunastu metrach wspinania doszłam do zacięcio-komina. Ostatnia wpinka 5 metrów pode mną. 4 metry po prawej jakaś taśma do której nie jestem w stanie dojść. Troszeczkę wyżej nade mną widać niezła przelotkę w tufie. Może uda się przewiesić taśmę? Przynajmniej z godzinę próbowałam przerzucić tasiemkę przez tą cholerną przelotę. Bez rezultatów. Trzeba było poklnąć, rozstawić się na brudnych, obłych stopniach i zrobić kilka kroków w górę. Nigdy w życiu się tak nie bałam. Widziałam w myślach jak spadam pierwsze pięć metrów obijając się o ściany komina a na koniec lądując na jednym ze stalaktytów. Na szczęście obyło się bez tragedii. Przeszłam jeszcze 2 wpinki i doszłam do następnego trawersu z mega run-outem. Tym razem poleciałam. Bliskie spotkanie z jedną tufą i jednym stalaktytem. Czemu ja k…. się wspinam! Chwila dla czarnych myśli ale trzeba było wrócić na drogę. Z „Losta” nie ma prostego odwrotu. Kilka nieudanych prób i ku mojej uciesze znajomi wspinający się na dole zaczęli krzyczeć, że to już czas żeby się zwijać do domu.

Następnego dnia łódka znowu nie pływała. Robimy resta.

Trzeci dzień na drodze: omijamy pierwszy i drugi wyciąg, bo zjeżdżając ostatnim razem zostawiamy sobie zafiksowana linę. Atakuję więc bezpośrednio na 7c+. Wyczyszczone dwa dni temu chwyty działają znacznie lepiej. Mam też już taśmę na przelotce więc dochodzę do miejsca gdzie ostatnio skończyłam bez żadnych problemów. Teraz muszę przyznać, że wyciąg nawet mi się podoba. Przede mną jednak run-out trawers. Wspinam się w górę i w dół, i jeszcze raz w górę i w dół i tak jeszcze kilka razy. Ciężko zaufać brudnym chwytom a nie ma szans żebym wyczyściła je podczas wspinania. W końcu się decyduję. Z „pełnymi spodniami” wpinam następny ekspres. Wygląda na to, że do bambusa teren znacznie się przewiesza wchodząc w dach, ale odległości między wpinkami do samego końca wyglądają już bardziej logicznie. Gdy siadam wygodnie na platformie w niesamowitej ekspozycji i pomiędzy otaczającymi mnie tufami, czuję się niesamowicie. Jest przecudnie. To jest mój świat. Trudno dostępny raj.

Aaronowi dojście do bambusa korzystając z ascenderów zajmuje więcej czasu niż mi wspinając się. Widzę, że ma problemy z wypinaniem ekspresów w tak dużym przewieszeniu. Coś jest nie tak. Na wszelki wypadek zostawiliśmy jednak zafiksowana na dole linę. To zapewnia nam drogę powrotną. Wszystko wyjaśnia się gdy spotykamy się na stanowisku. Ja z uśmiechem mówię:

– Niesamowicie tu, co? A Aaron, całkowicie nie zwracając uwagi na to co mówię, łapie mnie za rękę i szczerze wyznaje:

– Przepraszam cię Ola, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Boję się.

Na bambusowej platformie (fot. Aaron)

Na bambusowej platformie (fot. Aaron)

Aaron, mimo że do wymiataczy nie należy, to wspinał się dużo w Yosemite. Wspinaliśmy się też razem na wielowyciągach w Baihe. Zawsze walczył jak dzik i nierzadko latał. To, co go przeraziło na naszym projekcie, to brak kontaktu ze skałą i wiszenie w powietrzu na tylko jednej żyle. Akcja „wypiąć ekspresa i polecieć” okazała się nie do przeskoczenia. Po chwili rozmowy decydujemy się na zjazd do ostatniego stanowiska i definitywnie zakończenie przygody z „Lostem”. Ja próbuję jeszcze wyciąg na wędkę i czyszczę chwyty (może w przyszłości uda mi się wrócić).

Wycofanie planujemy tak: w dół na linie na której się wspinałam a następnie przyciągnięcie się do stanowiska przywiązaną do niego na stałe liną. Wyglądało na to, że 70m na zjazd będzie „w sam raz”. Pierwszy poszedł Aaron. Gdy dojeżdżał do końca liny poczuł się niepewnie i zawiązał sobie na niej dodatkowy węzełek w momencie kiedy wydawało mu się że jest na wysokości na której zamiast zjeżdżając w dół powinien zacząć się przyciągać w kierunku skały. Zresztą do końca liny został jedynie metr. Jak się wkrótce okazało był to metr decydujący, bo utknął on na wyciągnięcie nogi od łańcucha stanowiska. Węzełek na dobre zaklinował się w przyrządzie, a po jakimś czasie prób zaklinował się jeszcze ascender na linie do przyciągania. Jedna lina ciągnęła Aarona w górę i w tył a druga w dół i do przodu. Miałam nadzieję, że sytuacja jakoś sama się rozwiąże bo dopadło mnie przygnębienie z powodu rezygnacji z projektu i zmęczenie po wymagającym psychicznie i fizycznie wspinaniu. Tak się nie stało. Po ponad godzinie zjechałam i najpierw próbowaliśmy wspólnymi siłami pokonać działające przeciwstawnie siły napięcia lin, a gdy to nie pomogło, solując (nie do końca, bo cały czas byłam zawieszona na linie na której po odpadnięciu zawisłabym dokładnie po środku łuku) pokonałam 5 pierwszych metrów drogi i założyłam stanowisko trochę wyżej. Było lekkie zamieszanie z linami ale ten patent zadziałał. I całe szczęście, bo Aaron stracił już całkiem czucie w nogach. Zostało jeszcze tylko wypałowanie do góry i wyczyszczenie górnego stanowiska by zacząć normalne zjazdy do podstawy ściany. Ziemi dotknęłam o 7:30 wieczorem. Dokładnie 2,5 godziny po tym jak odpłynęła nam ostatnia łódka. Ja miałam dość wrażeń, Aaron zresztą też. Sięgnęliśmy więc do portfeli i wybraliśmy opcję sprowadzenia z wioski łódki nad opcją przepłynięcia zamulonej i spiętrzonej rzeki.

Po dniu restu wybieramy się na łatwą wielowyciągówkę na której dla odmiany obydwoje możemy się powspinać. Gdy dochodzę do pierwszego stanowiska, Aaron traci na chwilę przytomność. Przez następne 3 dni majaczy w łóżku z bardzo wysoką gorączką, a ja robię za pielęgniarkę… Kilka dni później wsadzam ciągle jeszcze osłabionego partnera w samolot do Bangkoku. Projekt „Lost in Translation” oficjalnie został więc uznany za zakończony i oznaczony plakietką „TOTALNA PORAŻKA”.

Ja wracam jeszcze na kilka dni do Getu i całe szczęście, bo te kilka dni ratują nieco cały trip. Wszystko dzięki odwiedzinom Słowian z, jak sami mówią, najlepszego Klubu Wysokogórskiego w Polsce. Mowa o dwóch łodzianach, Marcinie i Piotrku. Nowa energia nieco pomogła, ale dalej nie zmuszam się do niczego trudniejszego niż 8a. W wolnych chwilach i podczas długich kolacji dowiaduję się ważnego „kto z kim, kiedy i dlaczego” w polskim światku wspinaczkowym. Fajnie. Pozdrawiam chłopaków i zapraszam na blog Marcina, który jest w trakcie wspinaczkowego tripu dookoła świata (http://wspindookola.wordpress.com/).

To wszystko wydarzyło się dwa tygodnie temu. Na chwile musiałam opuścić „moja wioskę” ale w tej chwili jestem z powrotem w Getu. Tym razem zostałam zaproszona na festiwal wspinaczkowy organizowany przez Chińska Organizację Wspinaczkową oraz firmy Petzl i Ozark. Miały odbyć się tu zawody wspinaczkowe z całkiem sporą gotówką do wygrania. Organizatorzy zmienili jednak decyzję w ostatniej chwili i zdecydowali się na działanie bardziej „komunistyczne” – znaczy każdemu po równo – i z zawodów zrezygnowano. W zamian za to, każdy obcokrajowiec który zjawił się w wiosce Getu otrzymał od organizatorów darmowe noclegi, wyżywienie i kieszonkowe w postaci 2000 yuanów (ponad 1000 zł). Mi całe to zamieszanie całkiem się spodobało, szczególnie dlatego, że gdy przybyłam na miejsce dwa dni przed wspinaczkowym tłumem, spotkałam samotną wspinaczkę szukającą partnera. Była nią Charlotte Durif. Trzy dni wspinania z kimś tak silnym zaowocowało przejściem najtrudniejszej 8b w Getu o okropnej nazwie „Treblinka pour Diego” i powtórzeniem kilku 8a znanych mi z poprzednich pobytów. Tak zwana Charlotka w tym samym czasie pokonała 3 x 8a w tym jedną os i dwie 8b w ekspresowym tempie. Wspinanie z kimś takim naprawdę napędza.

"Treblinka pour Diego"

"Treblinka pour Diego"

Lipiec na bezrobociu

 

Mija już jakiś miesiąc jak na pytanie nowo poznanych osób „czym się zajmujesz Ola?” najpierw jakby odruchowo wzruszam ramionami a następnie trochę nieśmiale odpowiadam „wspinam się”… Jak wiadomo, szczególnie przy moim ADHD, taki stan rzeczy zachęca do planowania wypraw, wymyślania projektów i wszelkiego typu aktywności. No więc miesiąc zaczął się intensywnie, od przeprowadzki z wielkiego miasta Pekin do jeszcze większego miasta Shanghai. Przygodę z tą metropolią zaczęłam od lokalnych zawodów wspinaczkowych i wyprawy do granitowego rejonu bouderowego w okolicach miasta Suzhou. A potem już było tylko więcej, szybciej i intensywniej…

 

Zawody jak zawody. Nie powiem, żeby w Chinach w czymś przypominały one te znane mi z Polski. Ludzi jest tu zazwyczaj straszna ilość i to większość tzw. początkująca więc przystawek jest mało i są porażająco łatwe do tego całkowicie brakuje w tych imprezach atmosfery zabawy i chociażby tak ważnego elementu jak np. muzyka. Są za to strefy, dużo sędziów i przepisów. Wszystko zgodnie z najnowszymi zasadami ustalonymi przez IFSC. Nic czego bym się nie spodziewała. A może jednak: na zawodach tych poraziła mnie jedna rzecz która ma znaczny wpływ na całe moje wspinaczkowe życie w Shanghaju. Tu jest strasznie gorąco!!! Gorąco i wilgotno!!! Magnezja grudkuje się w woreczku bo pot spływa po plecach i do niego skapuje. Biorę prysznic i po pół godzinie zastanawiam się, czy głowę mam jeszcze mokrą po kompieli czy to już pot… Widać jest to cena za to, że na skwerku przed blokiem rośnie nie jabłon ale bananowiec.

Na zawodach organizatorzy przygotowali niespodziankę i dla najsilniejszych grup włączyli klmatyzację. Taki lokalny środek motywujący do treningów.

Reprezentacja Pekinu w natarciu (fot. Ola)

Reprezentacja Pekinu w natarciu (fot. Ola)

 

Tak, jak o zawodach nie ma się rozpisywać, to jednak warto wspomnieć o boulderach w okolicach Suzhou. Niewiele z nich spróbowałam bo po kilku próbach padłam z jakiegoś typu udarem termicznym i bólem głowy ale część z nich naprawdę wygląda ciekawie i w zimie, kiedy to temperatura potrafi spaść nawet do 15C może to być całkiem fajna miejscówka. Całość umieszczona jest w parku „Tianping Hill”, toteż za wejście trzeba uiścić opłatę (25 yuanów). Bardzo prawdopodobne, że lokalne wzgórza poza ogrodzeniem parku kryją jeszcze więcej interesujących kamieni które czekają na odkrycie ale tą wyprawę odkładam na jakiś pózniejszy czas. To co udało mi się zobaczyć, to kilkadziesiąt kamieni granitowych o bardzo różnorodnym użezbieniu. Dużo jest przewieszeń i małych krawądek ale zdarzają się też bardzo nietypowe dachy o bardzo „wymytych” kształtach co raczej rzadko spotkane dla rejonu granitowego. Na bardziej „klamiastych”, pionowych kamieniach trzeba uważać na jakość skały bo jak to bywa w nowych rejonach, ciągle jeszcze coś potrafi odpaść. Ci, co nie robią więcej niż V3 raczej nie mają w Tianping za wielu opcji ale za to sporo jest logicznych i naprawdę ładnych trudnych linii. Zanim pot zupełnie zalał mi oczy udało się pokonać kilka boulderow o wycenie V6-V7. Wstawiłam się też do rzekomego V12 tylko po to żeby sprawdzić co w stanie jest przejść ten kurdupel ze stanów zwany Ashima. Pełen respekt!

Poniżej zamieszczam kilka fotek, bo pewnie one oddadzą rzetelniej klimat miejsca.

Suzhou (fot. Ola)

Suzhou (fot. Ola)

Suzhou (fot. Ola)

Suzhou (Ola)

 

Techniczne informacje:

Nie będzie trudno. Suzhou znajduje się pół godziny jazdy pociągiem od Shanghaju. Super szybkie pociągi (300km/h) odjeżdżają z dworca Shanghai lub Shanghai Hongqiao praktycznie co 15 minut. Jakiś kilometr od bramy głównej parku znajduje się zachodni końcowy przystanek lini pierwszej Suzhouskiego metra (Mudu zhang). Z tamtąd, jak kto woli, można piechotką albo autobusem albo taksówką do samej bramy parku. Po przejściu bramy, gdziekolwiek się nie pójdzie to natrafimy na bouldery. W tej chwili nie ma po rejonie żadnego przewodnika ani nawet strony informującej o tym jak się do miejscówki dostać.

 

 

Wielkie plany i totalna porażka

Na ten rok miałam w głowie dwa bardziej ambitne cele. Jeden wielowyciągowy i jeden eksploracyjny. Ten pierwszy, to linia „Lost in Translation” Arnauda Petita prowadząca dachem Great Arch w Getu (200m, 5 wyciągów, 7b+, 7b, 7c+, 8a/a+, 8a+). Już kilka razy wybierałam się samotnie do prowincji Guizhou z nadzieją, że może akurat spotkam pod skałami jakiegoś wspinacza który zgodzi się na poasekurowanie na wcale nie niełatwej wielowyciągówce w dachu. Prawdopodobieństwo takie było oczywiście bliskie prawdopodobieństwu wygrania w totka, ale biorąc pod uwagę, że w okolicy dużo jest też innego wspinania, to tak naprawdę nie ryzykowałam wiele.

Tak więc po 3 dniach spędzonych w Shanghaju znowu wybrałam się do Getu. Tym razem jednak znalazłam wcześniej partnera więc i nastawienie było: przyjechać, wspiąć się, wyjechać! Nawet nie myślałam o możliwości porażki…

To, co działo się przez następne dwa tygodnie, to ile wydarzeń i zbiegów okoliczności może działać przeciwko wcześniej ustalonemu scenarjuszowi jest na pewno tematem na następnego wpisa. Ja dalej nie mogę się otrząsnąć i na razie wolę o tym zapomnieć.

 

Visa Run

Z Getu wyciągnęła mnie prozaiczna sprawa. W momencie w którym zdecydowałam się na wpisanie na listę bezrobotnych straciłam też prawo do przebywania w Chinach na wizie pracowniczej. W tym miesiącu nękała mnie więc też wizja przymusowego opuszczenia kraju i wyrobienia poza jego granicami wizy turystycznej. Udało się jednak inaczej, bo w Chinach niemożliwe często okazuje się możliwe gdy tylko wiadomo do kogo się zwrócić. Z pomocą przyszli zaprzyjaznieni biznesmeni inwestujacy w stoki narciarskie w prowincji Hebei na północy kraju. Przyjęli mnie oni do swojego elitarnego grona i pomogli w wyrobieniu wizy biznesowej przekonując lokalną policję że mam w planach inwestycje sporej gotówki w rozwój sportów zimowych w Chinach. Zeby się troszeczkę bardziej uwiarygodnić, dwa dni poprzedzające wizytę w lokalnym biurze policji musiałam przemieszkać w lokalnym, drogim (z akcentem na „drogim”) hotelu. Wizyta na północy nie obyła się też bez niespodzianek, bo przez prozaiczny bład językowy (zaskakujące, że nie mój tylko kierowcy. Lokalnie nie mówi się tu po chińsku) zostałam wywieziona do wioski Chongyi zamiast do miasteczka Chongli 300 kilometrow od celu. W Chongyi przywitały mnie 4 lepianki z gliny i stado krów. Od razu wydawało mi się podejrzane, że to właśnie w takim miejscu wyrabia się wizy biznesowe… Zwiedziłam więc troszkę prowincję Hebei której pola z uprawami ziemniaków i pszenicy oraz stada krów i owiec zaskakująco przypominają okolice rodzinnego Zgorzelca. Jak dla mnie, oryginalnie. Spedziłam więc dwa dni biegając treningowo po lokalnych wzgórzach choć może powinnam powiedzieć: testując potencjał inwestycyjny okolicy.

 

Projekt Rock Serching

Z północy trzeba było niestety szybko uciekać, bo na następny weekend, w odległości jedynych 1800 km w Quzhou w prowincji Zhejiang odbywała się impreza w której na pewno warto było wziąść udział. Mowa tu o festiwalu wspinaczkowym „Rock Serching”. Wszystko zorganizowane i sponsorowane przez firme Kailash – lidera na chińskim rynku outdoorowym.

Ideą Rock Sherching było zebranie grupy doświadczonych wspinaczy/ekipierów i zafundowanie im 100 dni poszukiwania skał w państwie środka. No bo Chiny do płaskich krajów przecież nie należa. Tak więc team dziewięciu niecale 3 miesiace temu startując w Yangshuo odkrył i obił 5 nowych miejscówek w Chinach (Yangshuo- nowa skala, Leye, Huangshan, Quzhou, Yingxi). Ponieważ podąża za mna fatum złej pogody to i tym razem w Quzhou, w noc poprzedzającą wydarzenie, przygotowane drogi zostały sowicie zlane deszczem, ba niektóre, te w niższych jaskiniach całkowicie znalazły się pod wodą i o wspinaniu raczej nie było mowy. Festiwal wspinaczkowy przeobraził się w festiwal przygodowy z głównym punktem programu – przeprawą przez górski potok (nieistniejący dnia poprzedniego) 150 amatorów wspinaczki którzy chcieliby chociaż żucić okiem na to co firma Kailash dla nich przygotowała. A przygotowała ona ponad 40 dróg znajdujących się w większości w wielkiej, 50 metrów wysokiej jaskini o kilku wyjściach. Jak to bywa w jaskiniach, cały rejon jest bardzo brudny i wilgotny. Wspinając się łapiemy za zielone mchy a zmaokły pył przywiera do rąk, butów i ubrania. Skała też pozostawia dużo do życzenia. Szczgólnie po tak obfitym opadzie, każda próba wspięcia się na którąś z dróg kończyła się obrywem. Rejon wymaga więc jeszcze sporo pracy szczególnie młotkiem i szczotką. Do Quzhou warto się jednak wybrać jeżeli mamy moc. Najlepszej jakości skała znajduje się bowiem na drogach w przedziale 8a-9a. Nie wstawiałam się, ale zaproszeni mocarze z Hiszpani wypowiadali się o tych drogach w samych superlatywach. Podobno równie piękne, lekko łatwiejsze drogi znajdują się przy jednym w niższych wyjść z jaskini. Tu trzeba uwierzyć na słowo, bo te linie od samej podstawy do łancucha znalazły się pod wodą. Rejon ten został wybrany głównie ze względu na bliską odległość od miast Hangzhou i Suzhou gdzie dość prężnie działają wspinacze. To zapewni miejscówce opiekę i stałych bywalców, a przecież o to chodzi, żeby nie tylko poobijać drogi ale też żeby koś się po tych drogach wspinał.

Przeprawa (fot. Ola)

Przeprawa (fot. Ola)

Lekki tlok (fot. Ola)

Lekki tlok (fot. Ola)

Kailash postarał się też o nowinki technologiczne i już niedługo w inrenecie pojawi się przewodnik po wszystkich nowych rejonach w wersji na smartfona. Przewodniki takie staja się w Azji coraz bardziej popularne a wspinacza z plikiem kartek w ręnce analizujacych przebiegi dróg cieżko jest już znalezć. Na pewno jest to fajny, i bardzo przydatny bajer, a jak reklamował szef Kailasha dodatkowo chronimy środowisko nie drukując przewodnika za każdym razem wyjeżdżajac w skały.

 

Dla tych, co lubią odkrywać rejony i podróżować z liną i ekspresami w plecaku zdradzę tylko, że według wszystkich ekipierów biorących udział w projekcie, rejon …. to perełka piękniejsza i z ładniejszymi drogami niż Getu.

 

Zebrana Galeria: