Coś się kończy, coś zaczyna…

Zaraz po przekroczeniu granicy z Tajlandią czas zaczął odmierzać się nieco inaczej. Sentencja „z Pekinu wyjechałam 3 tygodnie temu” zamieniła się na „za trzy tygodnie będę już z powrotem w Chinach”. Co dziwne, wydaje mi się, że przyczyną nie było to, że wakacyjny czas dobiegł półmetka. Ważniejsze wydawało mi się to, że Tajlandia, w porównaniu z większością azjatyckich państw sprawia wrażenie jakby obranej z tajemniczości. Turystyczna infrastruktura sprowadza nas z wydeptanych w buszu ścieżek na wygodne, szerokie, asfaltowe alejki… Wspinanie też nie odbiega od tego schematu. Znaczy to nie tyle więcej jak to, że w internecie można znaleźć wszystkie potrzebne informacje, mapy, przestrogi i rozkłady. Nie trzeba się bawić w zbytnie organizowanie trasy, bo pani z agencji turystycznej załatwi wszystko za nas i jeszcze wyjdzie taniej i sprawniej niż sami sobie wyobrażaliśmy. Typowy dla Azji uliczny harmider to tylko przykrywka dla doskonale zorientowanej na turystów perfekcyjnej machiny. Od momentu wjazdu do Tajlandii miałam więc wrażenie, że jeżeli podczas tych wakacji miały się wydarzyć jakieś ciekawe przygody, to na pewno już by się wydarzyły. Na ostatnie tygodnie przewidziane było „tylko” ostre wspinanie i ta myśl nie wiem czy bardziej mnie cieszyła czy dołowała. Żeby tak całkiem nie ograniczać wrażeń, zanim wyruszyłam w drogę do kolebki wspinania w Azji, czyli plaży Tonsai niedaleko miasteczka Krabi, wybrałam się na północ, gdzie w okolicach Chiang Mai znajduje się skała „Crazy Horse Butter” z około 130 drogami.

Crazy Horse Butter

Niesamowite jest, co można „wyciągnąć” z rejonu który oferuje 130 dróg głównie w przedziale 5c do 6c. Dobrze pamiętam jak wspinając się jakiś czas temu w Ospie razem ze znajomymi zastanawialiśmy się, czy kiedyś ktoś wyleje pod skałą równy asfalt i zadaszy cały terenu tak, żeby wspinanie było przyjemniejsze i dostępne dla większej ilości „klientów”. Oczywiście w rozmyślaniach posunęliśmy się dalej, a w wyobraźni pojawiły się windy czy ruchome schody zamiast podejść, podświetlane chwyty, tak żeby nie pomylić żadnych ruchów i głośniki wołające „dajesz!!” albo „trzymasz!!” w odpowiednich, wymagających tego momentach… Kiedy pojawiłam się pod ścianą „Szalonego Konia” miałam wrażenie, że wypowiadane przez nas kilka lat wcześniej przepowiednie powoli zaczynają się tu iścić. Toalety zawsze wyposażone w papier toaletowy, wyrównany teren zasypany drobnymi kamyczkami, bambusowe domki, w których można się skryć przed słońcem, kierunkowskazy do każdego z rejonów, wielojęzyczne tablice informujące o historii, roślinach, zwierzątkach, zwyczajach… tworzą idealne warunki do wspinania i każdego roku sprowadzają tam setki odwiedzających z całego świata. Całość zrobiona z wrodzonym dla Tajów gustem i pewnego rodzaju stylem „cool”. Okolice Chiang Mai to idealne miejsce na wspinanie z dziećmi czy organizowanie wycieczek i kursów (z czego oczywiście lokalne firmy korzystają). Dla mnie, mimo że jestem pod dużym wrażeniem nakładu pracy miejscowych, wszystko to wydawało się lekką przesadą. A już tym bardziej wpadłam w lekką, jakby to powiedzieć zadumę, kiedy po dwóch dniach wspinania okazało się, że żadna z dróg tak naprawdę mnie nie zachwyciła a trudniejsze drogi (7b) były po prostu brzydkie.

Crazy Horse (fot. Ola Przybysz)

W Chiang Mai można zakosztować odrobiny wspinaczki wielowyciągowej (3 wyciągowe drogi do 60 m) i sportowego wspinania w jaskiniach, co troszkę podratowało tą miejscówkę w moich oczach. Szczególnie naturalnie oświetlone jaskinie (nie mylić z grotami) z logicznymi sportowymi liniami to raczej rzadkość.

Chiang Mai (fot. Ola Przybysz)

W okolicy zostałam jeszcze jeden dzień zwiedzając waty i świątynie. Miasto i jego okolice oferuje wiele atrakcji a ja potrzebowałam chwili odpoczynku przed długą drogą z samej północy na południe kraju.

Plaża Ton Sai – „Paradise place…getting more exploited…in-expensive” jak pisze wyrocznia popularnie zwana 8a.nu- to miejsce które ponownie pozwoliło mi się odkryć. Wspinałam się w rejonie już dwa lata wcześniej i nie spodziewałam się, że tak dobrze znane mi miejsca i ludzie mogą mnie tak bardzo oczarować. Ton Sai nie jest ideałem. Drogi są często wyślizgane, plaża podczas odpływu wygląda jak miasto po trzęsieniu ziemi, w nocy warkot generatorów nie daje zasnąć a do tego w tym roku pojawiło się sporo jadowitego robactwa i kradnących wszystko co się da małp. W moim przypadku od momentu kiedy wyskoczyłam z łodzi (mimo, że to nie wyspa, to na plażę nie ma drogi lądowej) na mojej twarzy zapanował uśmiech, który ustępował jedynie wtedy, gdy trzeba było zacisnąć zęby przy trudniejszych przechwytach. Skończyły się problemy z szukaniem partnera (nawet tłok pod skałą ma czasami swoje pozytywne strony), dojazdem do rejonów itp. Dodatkowo otaczała mnie taka liczba dróg na moim limesie, że pierwszy raz od dłuższego czasu mogłam powybrzydzać. Co tu się rozpisywać, ja po prostu uwielbiam to miejsce. Przyrodę, ocean pełen raf koralowych, nieustannie uśmiechniętych ludzi, Freedom bar, Chicken Mamę, doskonałe jedzenie… wszystko, po prostu wszystko…

Plaża Tonsai i Railay w całej okazałości (fot. Ola Przybysz)

Na jednym z głównych rejonów, położonych przy samej plaży znajduje się linia zwana Jai Dum (Czarne serce). Zaczyna się pionem pozwalającym na rozgrzanie buły, bo słabe stopnie często wymuszają przybloki i długie pociągnięcia, następnie, gdy wchodzi w przewieszenie, chwyty drastycznie się zmniejszają do tego stopnia, że z ziemi praktycznie nie można ich dostrzec. Zwieńczeniem palczastej sekwencji jest dynamiczny ruch do dalekiej dwójki. Następnie droga prowadzi przez serie dużych chwytów, ale dość daleko od siebie oddalonych aż do siłowego i palczastego przejścia przez mały dach który kończy drogę. Całość wyceniona na 8b. Piękna i dość długa linia robiąca wrażenie nie tylko kiedy ktoś się po niej wspina. Na samą myśl, że można znaleźć się gdzieś w pomiędzy tymi przechwytami i walczyć, ręce zaczynały się pocić i wołało mnie do toalety. Dodatkowo, większość ściany, a przede wszystkim najbliższe otoczenie Ja Dum to wspinaczki nie prostsze niż 8b.

Jai Dum i okoliczne drogi (fot. Dragos Nedelcu)

To, że przystawię się do tej drogi, wiedziałam już od momentu, kiedy zdecydowałam, że w tym roku pojawię się w okolicy. Dwa lata temu dopingowałam na niej bardzo silną Rosjankę Anije więc wiedziałam, że styl mi bardzo odpowiada. Poza tym, wspięcie się na 8b było moim sylwestrowym postanowieniem na 2011 rok. Przez to, że nie bardzo miałam w głowie nazwy innych 8b, to jakoś tak wyszło, że gdy wybiła godzina 00:00 pierwszego stycznia to właśnie Jai Dum został głośno wypowiedziany.

Słowo się rzekło.

Na początku przeżyłam kilka rozterek. W przygotowaniu do projektu postanowiłam przejść przynajmniej jedną drogę o stopień łatwiejszą. Tym samym, pięć dni spędziłam na próbowaniu Arts and Sport – jednej z ładniejszych dróg w tym stopniu, która przez jej boulderowy, a więc nie do końca odpowiadający mojemu stylowi charakter spowodowała, że zaczęłam wątpić w swoje umiejętności i rozglądać się za czymś łatwiejszym. Do tego mijał właśnie miesiąc od momentu, kiedy wyjechałam. Przez te dni wspinałam się naprawdę sporo i wcale nie po łatwych drogach.

W Tha Khek w Laosie straciłam zęba (byłaby historia gdyby stała się to podczas wspinania, ale niestety kontuzja prozaicznie powstała przy otwieraniu kartonu z mlekiem sojowym – nie próbujcie tego w domu) i przez chwilę borykałam się z silnym zapaleniem dziąsła. W Chiang Mai w Tajlandii naciągnęłam sobie ramię i fakera. Małe zadrapanie na nodze podczas nurkowania w Tajlandii rozwinęło się w infekcje… Podczas podróży pięć razy zmieniałam całkowicie sposób żywienia, tylko jeden z restowych dni spędziłam nie przemieszczając się z rejonu w rejon. Sporą część nocy spędziłam w autobusach, złapanych na stopa samochodach, albo po prostu śpiąc samotnie w namiocie gdzieś w dżungli czy pod skałą, co zawsze owocowało wzmożoną czujnością, a następnego dnia niewyspaniem. Pierwszy raz w życiu sięgnęłam po odżywki białkowe, ale już drugiego dnia w Ton Sai straciłam je w wyniku rabunkowego napadu stada małp na mój bungalow… Przyszedł więc czas na zmęczenie.

Arts and Sport (fot. Phil Chistholm)

Następnie spotkałam Anije. W tym roku nic się nie zmieniło, Jai Dum dalej figurował jako jej projekt a w tabelce „ilość prób” były już setki (od trzech lat spędzała około trzech miesięcy praktycznie dzień w dzień dochodząc do kruksa przy czwartej wpince). Wpięła się ona za to w łańcuch innych 8b i wszystkich możliwych 8a+ w okolicy i to bez większych problemów. Anija była zdecydowanie silniejsza i bardziej ode mnie doświadczona. Otucha przychodząca z myśli, że to przecież łatwe 8b gdzieś się nagle rozwiała.

Przez następne trzy dni więcej o drodze rozmyślałam niż tak naprawdę się po niej wspinałam. Praktycznie przestały interesować mnie inne drogi. Tłumaczyłam sobie, że muszę restować przed finałowym starciem. Wymyślałam nagrody jakie sobie przyznam jeżeli tylko mi się uda. To ile spałam, co i kiedy jadłam, wszystko miało na celu doprowadzenie mnie do jak najlepszej formy. Czwartego dnia przyszła radykalna zmiana. Gdy wstałam rano zauważyłam, że silny ból w ramieniu nie pozwala mi umyć zębów. Wymuszony jednodniowy rest i dwa masaże ziołowe nie pomogły. Fizjoterapeutka i masażystka z Włoch po ponadgodzinnym badaniu i zabiegu stwierdziła, że pewnie jej nie posłucham, ale dalsze wspinanie skończyć się może dla mnie, a raczej mojego ramienia bardzo źle a jedynym lekarstwem na tego typu schorzenia jest leżenie na plaży i nawet nie patrzenie w stronę skał. W pewnym sensie posłuchałam, bo wytrzymałam jeden dzień stawiając babki z piasku, ale gdy tylko możliwe stało się podnoszenie ręki do góry stawiłam się z powrotem na stanowisku. Wspinanie na drodze zaczynało się około 7 a kończyło się o 11. Po tej godzinie nawet przechodzenie obok było bardzo trudne, bo słońce tak nagrzewało i skałę i piasek, że temperatura utrzymywała się powyżej 40 stopni. Próby pierwszego dnia nastrajały optymistycznie, ale po dwóch dniach restu straciłam gdzieś całą dynamikę. Udało mi się za to bardzo szybko wspiąć na Asia Shadow Play (8a+) – zabójcę palców i króla techniki (to mój styl). Następnego dnia w drugiej próbie dnia Jai Dum pozwolił się okiełznać. Po zjechaniu z drogi zaczęłam skakać w miejscu, bo nie wiedziałam co innego mogę zrobić by wyrazić jak bardzo się cieszę, a następnie na jakieś 20 minut dosłownie straciłam panowanie nad mięśniami twarzy. Z wykrzywioną buzia i nie będąc w stanie otworzyć ust przyjęłam gratulacje od całej plaży i w pewien sposób poczułam się wolna. Nagle dookoła czekało na mnie tyle pięknych, łatwiejszych dróg do spróbowania.

Jai Dum (fot. Steve Townshend)

Cztery dni później byłam już w Pekinie gdzie przywitał mnie śnieg i –10 stopni.

Fotki:


Laos, wspinanie w krainie ludzi ognia

Ciężko mi jednym zdaniem określić Laos. Wiele wydarzeń i miejsc w tym kraju negatywnie mnie zaskoczyło. Na szczęście kilka często przypadkowych zwrotów akcji pozwoliło mi na poznanie piękna jakie jeszcze pewnie w wielu miejscach Laosu czeka na odkrycie…

Północny Laos (fot. Ola Przybysz)

Głównym wspinaczkowym celem była dla mnie miejscowość Vang Vieng. Zatrzymując się na noclegi w przydrożnych wioskach, podążyliśmy więc na południe. Północny Laos jest zaskakująco biedny i zacofany. Nie ma prądu, kanalizacji czy gazu. Nie ma dróg i domów w pełnym jego słowa znaczeniu. Mieszka się w skleconych z bambusa chatkach, żywiąc się głównie tym, co uda się upolować, wyhodować czy złowić. Wieczorami wioski rozbłyskują tysiącem ognisk – jedynym tu źródłem ciepła i światła.

Wygrzewanie się przy ognisku... (fot. Ola Przybysz)

Życie zgodnie z naturą (fot. Ola Przybysz)

Od początku staramy się przyzwyczaić do lokalnych zwyczajów. Jeden z nich nakazuje nam zdejmowanie butów przed wejściem do każdego pomieszczenia. W ten sposób już pierwszego dnia ktoś podmienia górskie buty Mateusza na wyjściowe lakierki. Straty nie udaje się odzyskać a Mateusz tydzień później wyrusza do Tybetu w trzewikach jak do ślubu.

Do VangVieng docieram z lekkim opóźnieniem. Po drodze, na dwa dni porywa mnie miasto Luang Prabang. Niesamowita i wydająca się wręcz magiczna była stolica kraju sprawia, że na moment zapominam o tym, po co przyjechałam. Zwalniam tempo aż do czasu, kiedy skóra na dłoniach zaczyna domagać się skały.

Mnisi w Luang Prabang (fot. Ola Przybysz)

Młody mnich podczas porannej ceremoni (fot. Ola Przybysz)

Luang Prabang (fot. Ola Przybysz)

(fot. Ola Przybysz)

Święte słowa (fot. Ola Przybysz)

Kiedy teraz myślę o Vang Vieng, to najbardziej trafnym określeniem wydają mi się być słowa spotkanego pod skałą Franka: „piekło, które mogłoby być rajem”. Położone w przepięknej, pełnej wapiennych turni scenerii miasto kilka lat temu stało się azjatyckim centrum pijaństwa białego człowieka. Alkohol rozlewa się tu nie na kufle czy szklanki, ale na plastikowe wiaderka (jak do piaskownicy). Po przepływającym przez miasto Mekongu, siedząc w nadmuchanych dętkach samochodowych, dryfują grupy podchmielonych nastolatków. Tzw. tubing to dla niewspinających się główna tutaj atrakcja. Vang Vieng jest jednak najbardziej popularnym miejscem wspinaczkowym w Laosie.

"Piekło które mogłoby być rajem" (fot. Ola Przybysz)

Tubing (fot. Ola Przybysz)

Spędzam w okolicy ponad tydzień, odwiedzając pięć sektorów.  Polecić mogę najbardziej oddaloną od miasta skałę „Pha Tang”. Drogi „Dream Catcher” 7c, „Papaya Tree” 7b+ czy „Happy End” 8a to prawdziwe klasyki Laosu. Niestety wspinam się tu tylko przez dwa dni, po czym z braku partnera wspinaczkowego zmuszona jestem wrócić do sektorów położonych bliżej miasta. Najbardziej popularny to „Sleeping Wall” – niesamowicie urzeźbiony dach, wyrastający z płaskiej ziemi. Piękny, tylko że krótki. Drogi nie przekraczają 12 metrów, nawet jeżeli zabłądzi się między stalaktytami. Udaje mi się wyczyścić wszystko w stylu OS (najtrudniejsze drogi to 7b+). Równie popularny „Pha Deng” to całkiem przyjemne wspinanie w lekkim przewieszeniu.

Dream Catcher (fot. Suzi)

Sleeping Wall (fot. Ola Przybysz)

Dzięki przebywaniu na popularnych ścianach udaje mi się zaprzyjaźnić z miejscowymi wspinaczami. Wszyscy oni pracują w lokalnych agencjach organizujących kursy wspinaczkowe. Są niesamowicie pozytywni i mają ciekawie skrzywiony pogląd o stylach wspinaczkowych (RP to dotknięcie łańcucha wszystko jedno czy idzie się na wędkę czy ciągnie z ekspresa). Czasami dołączam się do nich, pomagając w kursach, a za to oni uczą mnie jak polować na ptaki za pomocą małego pistolecika na strzałki. Od nich dowiaduję się też o niedawno otwartym rejonie na południu kraju. Szybka zmiana planów i zamiast atrakcji w postaci spłynięcia łodzią do Tajlandii pojawiam się w Tha Khek.  Półtora dnia wspinania wystarczyło mi na pokochanie tego miejsca. Jest pięknie, cicho, a wspinanie po prostu cudowne. Pogoda idealna, ludzie uśmiechnięci i nie pytają o kasę. Wapienny mur oferuje zarówno długie na 30 metrów wspinanie w dachu, jaki pionowe linie między tufami. Razem to tylko 70 dróg, ale w okolicy jest miejsce na tysiące. Dowiaduję się też, że na przełomie marca i kwietnia grupa z Niemiec pod dowództwem ojca wspinania w Laosie, Volker Schoefflera przybywa otwierać nowe ściany. W głowie pojawia się plan dołączenia z dodatkową wiertarką – w końcu z Chin to tylko rzut beretem.

Tha Khek (fot. Ola Przybysz)

Wspinanie w Tha Khek (fot. Ola Przybysz)

W okolicach znajduje się wiele jaskiń uważanych przez Laotańczyków za święte. Praktycznie w każdej znaleźć można statuetki Buddy i flagi modlitewne. Niektóre z nich są mocno uczęszczane i każdego ranka można spotkać modlących się w nich wieśniaków albo mnichów. Większość jednak jest opustoszała i zwiedzając je jestem całkowicie sama. Gdy za plecami nie widać już światła z wyjścia, albo gdy droga biegnie stromo w dół przypominają mi się obrazy z „Freddie Kruegera”. W jednym z takich momentów słyszę jak kilka metrów ode mnie coś całkiem dużego zeskakuje ze skały i robi trochę hałasu w zalanym tunelu. Wybiegając na światło prawie czuję jak ręka Goluma łapie mnie za nogawkę spodni… Na tym kończy się moja eksploracja jaskiń… Chętnie zostałabym w Tha Khek na dłużej. Niestety we wspinaniu potrzebuję partnera, którego tutaj znaleźć jest bardzo trudno. Następny przystanek – Tajlandia.

Aktualne, darmowe topo wraz ze szczegółowym opisem dotarcia do rejonów: www.climbinglaos.com

(fot. Ola Przybysz)

Statystyki:

Vang Vieng:

Champa Nakon 7c+/8a (RP)

Dream Catcher 7c (RP)

Oscar 7b+ (OS)

Si Pou 7b+ (OS)

Tha Khek:

Dr. Isa  8a (RP)

Na południe…

Blogowanie zacznę od cofnięcia się w czasie o dwa miesiące, kiedy to jednego wieczora świętowałam rozpoczęcie nowego roku i rozpoczęcie sezonu wspinaczkowego. Że w Azji troszkę inne panują obyczaje, to wakacje zaczynają się tu w styczniu a najlepszym okresem na wspinanie jest środek zimy, kiedy to na południu panuje pora sucha. Wszystko więc doskonale się składa i wyruszam w drogę przez Yunnan i Laos do Tajlandii z nadzieją na dobry wspin, przygodę no i może na lekką opaleniznę…

Miasteczko Fumin. (fot. Aleksandra Przybysz)

Yunnan – na południe od chmur, bo tak właśnie przetłumaczyć można na polski nazwę tej prowincji wita mnie idealnymi warunkami. Sucho i temperatura około 20 stopni to miła odmiana od pekińskiego –18. Miasto Kunming, stolica tej prowincji w okolicy którego można znaleźć skały zawsze była dla mnie (jak na Chiny) idealnym miejscem dla zmotywowanego wspinacza. Do rejonów dojeżdża się miejskim autobusem, w zimie temperatura nie spada poniżej 10 a w lecie standard to 25 celcjuszow.  W Chińskiej i części Laotańskiej podróży towarzyszy mi Mateusz – niewspinający się, ale całkiem dobrze asekurujący (nie śmiem napisać nic innego) tak jak ja, polski zesłaniec do Pekinu. Nie marnując czasu wsiadam w autobus do miasteczka Fumin skąd wozem/karetą zaprzęgniętą w konika dojeżdżam pod upatrzony sobie przeze mnie rejon „Eye cave”.Cel jest bardzo dobrze sprecyzowany. „Bear and Penguin” 8a to droga, która dwa lata temu, kiedy to pierwszy raz wspinałam się w okolicy, całkiem przypadkowo stała się moim obsesyjnym projektem. Tym razem Mateusz daje mi dwa dni i ani godziny dłużej na poskładanie przechwytów w całość, co wprowadza trochę nerwów w mój wakacyjny nastrój. Droga zaczyna się prawie pięciometrowym dachem z bulderem na wyjściu i bardziej technicznej pionowej końcówki. Razem prawie 30 metrów. Po pierwszej próbie okazuje się, że wszystkie ruchy całkiem dobrze pamiętam. Zdaje się tylko, że chwyty są lekko większe a odległości jakby trochę mniejsze niż dwa lata temu. Gdzie podział się ten cool strzał z przerzutem nóg…?

Kontemplacja pod drogą "Bear and Penguin" (fot. Mateusz Krzyżosiak)

Droga pada w drugiej próbie, pierwszego dnia. Mateusz patrzy na z miną człowieka który wykonał swoją część pracy i więcej robił nie będzie. Czas ruszać dalej na południe w kierunku granicy z Laosem.

O wspinaniu w okolicach Kunmingu.
Istnieją tu cztery wapienne rejony wspinaczkowe: Fumin, jaskinia Xiaomoyu, Western Hills i Kamienny las.

Fumin to miejscowość oddalona od Kunmingu o godzinę jazdy autobusem na północ. Małe miasteczko z całkiem okazałym targiem oferującym prawie wszystko (włącznie ze świeżym mięsem z psa czy szczura), jest dobrą bazą wypadową. Stąd w skały dojeżdża się wozem zaprzęgniętym w małego konika (taniej niż za przejazd tramwajem we Wrocławiu) albo busikiem. Do wyboru jest kilka małych rejonów przy rzece z raczej krótkimi drogami albo górujący nad kanionem mór skalny zwany „Old Red Rock” z lekko dłuższymi, ale za to bardziej pionowymi liniami. Razem to około 100 dróg od 5.7 do 3.13b.

Yunnańska taksówka. (fot. Aleksandra Przybysz)

Widok z Eye cave. (fot. Aleksndra Przybysz)

Xiaomoyu (36 dróg), mój ulubiony, położony jest 15 km na północ za miastem. W okolicy mieszka mniejszość narodowa której nazwy nie pamiętam, ale za to doskonale pamiętam ich życzliwość i otwartość. Dochodząc do skały łatwo zabłądzić między ścieżkami prowadzącymi przez pola kukurydzy.
Spora część rejonu to jaskinia gdzie wspina się w dużym przewieszeniu po dobrych chwytach. Znajduje się tu też najtrudniejsza Yunańska droga „Endless Waiting” (5.13d). Miejsce jest też idealna na krzonowanie.

Krzonik w jaskini Xiaomoyu. (fot. Aleksandra Przybysz)

Kamienny las (Shilin) – do tego rejonu nie przyjeżdża się żeby się wspinać. Istnieją tu tylko dwie drogi i kilka kamieni nadających się na buldery. Do kamiennego lasu przyjeżdża się dlatego, że można poudawać że się wspina w najpiękniejszych okolicznościach przyrody jakie można sobie wyobrazić. Wystające z łąki kamienne igły same w sobie są niesamowite, a dodatkowo stały się domem dla niezliczonej ilości motyli, modliszek, pająków, ptaszków i kwiatków. W okolicy „wspinaczkowego” kamiennego lasu znajduje się znacznie bardziej okazały komercyjny kamienny las gdzie ta niesamowita sielskość ustąpiła wybetonowanym ścieżkom i kolorowo przebranym kobietom pozującym do zdjęć jako przedstawicielki lokalnych mniejszości narodowych.

Kamienny las - raj ukryty pomiędzy autostradami.

Ostro!! (fot. Aleksandra Przybysz)

(fot.Aleksandra Przybysz)

Obecnie najbardziej popularnym, i jedynym w którym się nie wspinałam, jest rejon Western Hills. Znajduje się on w parku w granicach miasta i w przewodniku sprzed kilku lat wylistowanych jest około 50 dróg. Niestety po części przez nieszczęśliwy wypadek, ale bardziej z powodu nieracjonalnego myślenia w tym kraju rejon ten był przez wiele lat zamknięty dla wspinaczy. Historia w dużym skrócie wygląda tak, że pewnego dnia pod ścianą gdzie wspinali się miejscowy pojawił się fotograf. Gdy kręcił się po okolicy robiąc zdjęcia, ze wzgórza spadł kamień (nie był to obryw wspinaczkowy), który niefortunnie trafił fotografa w głowę. Skończyło się najgorzej jak mogło. Zginął człowiek a park zabronił na wspinanie się w okolicy…
W zeszłym roku rejon został ponownie otwarty.

Od 2008 istnieje przewodnik po okolicy. W mieście jest ścianka bulderowa, w której działa klub („Red Point Rock Climbing”) w którym można kupić co nieco ze sprzętu wspinaczkowego (na pełną rozmiarówkę La Sportivy raczej bym nie liczyła).