Jednodniowy wyjazd w skały.

Tym razem wpis o cyfrze. Jeszcze dwie godziny temu byłam w Baihe – rejonie wspinaczkowym pod Pekinem. Jednodniowy wyjazd w założeniu miał podotykanie najtrudniejszej drogi w rejonie. Linia „YingSheng” („Echo”) pierwszego przejścia doczekała się niecały miesiąc temu a jego sprawcą był Wang Qinghua – jeden z najsilniejszych chińskich wspinaczy i jeden z niewielu mający na koncie przejścia spod znaku 8c. Droga została wstępnie wyceniona na 5.14a (8b+), ale wkrótce przeceniona na 5.13d/14a – miało to na celu utrzymanie wysokiego poziomu trudności względem wycen, którym chlubią się wspinający w okolicy pekińczycy. Droga jest raczej pionowa, momentami lekko przewieszająca się. Zawiera jeden boulder wymuszający skok i bardzo dużo sekwencji po małych odciągach albo krawądkach. Możliwe, że techniczny charakter tej drogi bardzo przypadł mi do gustu, bo już pierwszej próbie udało mi się odczytać wszystkie sekwencje. Drugie, wędkowe starcie pozwoliło mi na przejście całości. Droga puściła w pierwszej próbie z dołem już trzy godziny po przyjeździe. Nie było ani okrzyków walki w najtrudniejszych momentach, ani łez szczęścia po wpięciu się do łańcucha. Droga o tak wysokiej wycenie powinna angażować mnie 100% i wysysać wszystko co udało mi się do tej pory o wspinaniu nauczyć. Mimo, że sukces cieszy, to dzisiaj straciłam jedną z niewielu możliwości na trudne sportowe RP w tej okolicy.

Jeżeli chodzi o numerki, to nie podpiszę się pod więcej niż 5.13c (8a+).

Wspinanie na pustyni

Niespodziewanie i nagle, czyli tak jak lubię, wyskoczył mi całkiem egzotyczny wyjazd pierwszomajowy. Skład i styl ekipy był zdecydowanie chiński a cel mimo że nie taki daleki to do tej pory dla mnie nie osiągalny. Bolongke to nazwa parku/pustyni w wewnętrznej Mongolii na północnych obrzeżach Chin około 500 km od Pekinu. Nie dojeżdżają tam pociągi ani autobusy a droga dojazdowa już 50 kilometrów przed celem świeci całkowitymi pustkami. Jak i kiedy wspinacze odkryli to miejsce pozostaje dla mnie zagadką. Obecnie miejsce odwiedzane jest tylko przez garstkę ludzi rocznie.

Od wyjazdu minęło już trochę czasu a mi ciągle trudno jest zwięźle i jednoznacznie podsumować całą eskapadę. Wynika to z faktu całkiem innego podejścia i klimatu do wspinana w Chinach. Forma często przewyższa tu treść i dochodzi do groteskowych sytuacji kiedy to wysprzętowiona w GoreTexy i buty do wspinaczki wysokogórskiej ekipa wpada do Tesco i kontaktując się przez CB radia i lokalizując GPSem próbuje kupić zupki chińskie… samo wspinanie też niestety ma tę samą atmosferę.

Dojazd zajął nam 1,5 dnia. Każda przydrożna kupa siana czy krowa musiała być dokładnie sfotografowana. Mimo, że patrzyłam na to z dystansem to trzeba przyznać, że każda drobnostka przysparzała wszystkim tyle radości, że ciężko było nie docenić takiego dziecinnego podejścia. Rozradowana ekipa żółwim tempem toczyła się więc do przodu.

Przez większą część drogi z Pekinu Mongolia nie daje się „wyczuć”, nijaki krajobraz przekształca się niesamowicie dopiero na ostatnich kilometrach przed naszym celem. Łąki, pastwiska i okropnie brzydkie miejscowości znikają nagle uciekając przed żółtymi piaskowymi górami zdecydowanie nieprzyjaznymi większości form życia. Całkiem niespodziewanie na pikach wydmowych wzgórz pojawiają się kamienie. Krajobraz niesamowity i niepowtarzalny. Widząc takie cuda ma się ochotę zostać geologiem i dowiedzieć się czegoś więcej o tym skąd i jak…

W drodze... (fot. Ola)

Ekipa z zapałem zabrała się za rozkładanie obozowiska a ja nie mogłam się powstrzymać i wyjmując z samochodu jedynie buty wspinaczkowe i woreczek z magnezją pobiegłam podotykać… Skała była niesamowitej jakości. Dodatkowo na większość boulderów mogłam wspinać całkowicie niezależnie – piasek służył mi za crashpad. Wybierałam tylko piękne, wyjątkowe drogi. Styl bardzo się różnił i wspinanie wciągnęło mnie na dobrych parę godzin. Gdzieś obok przemaszerowała karawana wielbłądów… Jest coś niesamowitego we wspinaniu całkowicie samemu i to do tego w tak ładnym miejscu. Nie lubię górnolotnych słów, ale muszę przyznać, że czuje się wtedy bardzo silny związek z naturą. Kiedy wróciłam do basecampu powoli się ściemniało a ekipa nadal pracowała nad rozstawieniem całego zabranego z sobą sprzętu. Na osiem osób i dwie noce  rozstawionych zostało 11 namiotów. Jeden z nich, największy, posłużył za wieczorne laboratorium testowania mongolskiego 61% alkoholu. Bardzo nieprzychylnie w Chinach patrzy się na mężczyznę, który odmawia picia i kobietę, która pije za dużo. „Mocząc tylko usta” doceniałam więc siłę trunku. Pogodziłam się też niejako z tym, że nie mam co liczyć na towarzystwo i doping podczas wspinania następnego dnia, tym bardziej więc zdziwiłam się, gdy następnego rana jeszcze przed 6 rano ktoś szarpiąc za namiot wybudził mnie ze snu krzycząc „Ola, wstawaj, idziemy się wspinać”.

(fot. Beal)

Gdy wyszłam z namiotu, rzeczywiście cała brygada była już po śniadaniu. Zapowiadał się naprawdę długi dzień. Pierwszych wspinaczy spotkałam już przy samym obozowisku. Na statywach stały trzy aparaty, a na ziemi blendy odbijające światło i wielkie lampy błyskowe. Pomiędzy boulderami po kolei siadał każdy z obecnych, ubierał przygotowane wcześniej firmowe ciuszki, mazał ręce i twarz magnezją a reszta pstrykała portrety „prawdziwego wspinacza”. Akcja powtórzyła się przy próbach wspinania. Nie mogę zrozumieć, jak można przewspinać większą część boulderu, przejść przez trudności jednocześnie wykrzywiając się do zdjęć i rezygnować ukończenia go ponieważ ostatnie ruchy są nie fotogeniczne. Przeczy to całkowicie jakiejś naturalnej ludzkiej potrzebie żeby dotrzeć na szczyt. Historia z poprzedniego dnia zaczęła się więc powtarzać. Znowu sama, zaczęłam penetrować okolicę. Tym razem wspięłam się znacznie wyżej. Z dołu słyszałam tylko krzyki , że to co robię jest strasznie niebezpieczne i że powinnam zejść na dół. Strach w ich głosach upewnił mnie w tym, że wchodzę na teren praktycznie dziewiczy. Mimo, że dało się całość przewspinać bardzo łatwym terenem, to jednak wydaje mi się, że nikt nigdy wcześniej tam nie dotarł. Im wyżej, tym kamienienie były bardziej okazałe. Niestety naturalny crashpad został w dole i niewiele udało mi się zdziałać. Gdy dotarłam na szczyt najwyższego kamienia odkryłam inną zabawę. Wszystkie kamole były bardzo ciasno upakowane. Zaczęłam więc poruszać się w terenie skacząc pomiędzy nimi. Nie żebym nigdy nie skakała po kamieniach, ale te były naprawdę wysokie i gdy podczas skoku spoglądałam w dół dostawałam całkiem przyjemnego zawrotu głowy.

(fot. Zangrui)

Około południa wróciłam na dół. Trochę się już poruszałam i skóra na palcach zaczynała boleć. Ciężko się wspinać cały dzień w granicie szczególnie jeżeli ten dzień zaczął się już przed szóstą rano. Nie spodziewałam się, że ekipa wymyśliła rozrywkę która pozwoliła mi na ciekawe spędzenie chwili czasu bez wspinania. W grupie, oprócz mnie były jeszcze dwie dziewczyny. Ich odpowiedzią na męskie pozowanie z umazaną magnezją twarzą było pozowanie przy boulderach i na wydmach w sukniach wieczorowych!!!

Po południu zostałam poinformowana, że karty w aparatach są już praktycznie pełne, więc nie ma co tu dalej siedzieć na tej pustyni i czas wracać do cywilizacji. Wiedziałam, że mój głos sprzeciwu nic tu nie da. Przecież mamy demokrację (!?), a nikt z obecnych nie odbierał tego miejsca z takim entuzjazmem jak ja. Zabrałam się więc za poważne projekty. Praktycznie przy samym obozowisku znajdował się wysoki, przewieszony kamień, na wszystkich robiący niesamowite wrażenie. Na szczęście, mimo wielu prób, nikomu nie udało się skutecznie na nim zapozować, bo już oderwanie nóg od ziemi i przytrzymanie chwytów startowych groziło odpadnięciem na sąsiadujący kamień. Na szczęście dla mnie. Gdy stwierdziłam, że mam zamiar spróbować swoich sił, wszyscy zgodnie chwycili za swoje aparaty i wyruszyli za mną. Szybki podział ról na tych co robią zdjęcia i na tych co asekurują (czyli na tych co będą na zdjęciach) i byłam gotowa. Trudności kumulowały się na pierwszych dwóch metrach. Końcówka zdecydowanie odpuszczała, ale wysokość nie pozwalała na chwilę rozluźnienia. Próby pierwszych dwóch ruchów zajęły mi około godziny, a w momencie gdy w dotarłam do pierwszego dużego chwytu niewiadomo skąd zerwała się potężna burza piaskowa, porywając ułożone w dole crashpady i praktycznie powalając na ziemię asekurantów. Może to miejsce jest tak magiczne na jakie wygląda i działają tam jakieś wyjątkowe siły. Wyglądało to tak, jakby moje wspięcie na szczyt porządnie kogoś wkurzyło.

Najbardziej okazały bald w okolicy. (fot. Zhangrui)

Zapraszam do galerii: