W drodze do domu

Właśnie zaczęła się ostatnia część mojej powrotnej podróży z Madagaskaru do Pekinu. Tylko 31 godzin w pociągu i będę w domu. Czas więc na małe podsumowania, ale jeszcze zanim zacznę, mała anegdotka o podróżowaniu koleją po Państwie Środka.

Odległości pokonywane przez pociągi w Chinach są często ogromne (bo ogromny jest ten kraj). Pozytywną stroną podróżowania po kilka dni (najdłuższy mój przejazd trwał 72 godziny) jest to, że chiński PKP nie przypomina w niczym polskiego. Pociągi w większości to nowe, bardzo wygodne, klimatyzowane wagony. Cały czas dostępny jest wrzątek a o porach obiadowych, naprawdę niedrogo można kupić coś ciepłego do przegryzienia. Dostępne są 4 klasy: twarda-siedząca, mięka-siedząca, twarda-leżąca i mięka-leżąca. Bilety sprzedawane są z miejscówkami i dopiero jak te się skończą to można wykupić bilet stojący do wagonu najniższej klasy (za tą samą cenę co z miejscówką). Wszystko to wygląda pięknie i pewnie było by piękne gdyby nie przerażająca ilość ludzi mieszkająca w Chinach. Prawda wygląda tak, że bilety z miejscówkami na praktycznie wszystkie przejazdy są wykupione już godzinę  po tym jak zostaną dopuszczone do obrotu. W okresach chińskich świąt kupienie biletu, nawet bez miejscówki, graniczy z cudem. To, jak to często naprawdę  wszystko wygląda dobrze ilustruje zdjęcie które zrobiłam w okresie poprzedzającym ostatnie święta chińskiego nowego roku jadąc dokładnie tą samą trasą Shenzhen – Pekin tylko, że w przeciwnym kierunku.

Mimo, że od pewnego czasu próbuje się nauczyć Chińczyków wschodnich zasad zachowania się w miejscach publicznych, to jednak wszystko to bierze w łeb, gdy przychodzi zmęczenie. Po kilku godzinach zaczyna się rzucanie śmieci i resztek jedzenia pod nogi zamiast do metalowej tacki na stoiku. Chwile później przychodzi plucie (a raczej charkanie, bo zawsze wychodzi z głębi gardła) na podłogę i palenie. Ponieważ przejście do ubikacji może trwać nawet pół godziny, zdarza się, że dzieci wysadzane są na podłogę (to zaobserwowałam tylko trzy razy, więc to raczej rzadkość). Ludzie są wszędzie i wszystko śmierdzi.

Ok, po takim przedstawieniu czas na anegdotkę (prawdziwą):

Po pół godzinie wykonania serii najdziwniejszych w życiu kroków przechodząc nad ciałkami śpiących na podłodze dzieci, tysięcznym powiedzeniu „przepraszam”  po potrąceniu, kopnięciu czy szarpnięciu współmenczenników podróży Xiaoli dostał się w końcu do drzwi ubikacji. Chce mu się kupę. Droga zajęła mu więcej niż się spodziewał, więc raczej go „ciśnie”. Akurat nastało południe – godzina obiadu. Zatyka nos i wchodzi do ubikacji. Drzwi są otwarte, ale ktoś w środku jest. Na umywalce siedzi człowiek i nie zwracając uwagi na Xiaoli spokojnie zabiera się do jedzenia świeżo zalanej zupki chińskiej. Raczej nieśmiało Xiaoli zagaduje:

– przepraszam, ale czy mógłby Pan na chwilę wyjść? Strasznie chce mi się kupę.

– niech się Pan nie krępuje, przecież wszyscy mamy to samo.

*****************************

Nie wiem jakim cudem, ale tym razem udało mi się kupić bilet z miejscem leżącym. Sąsiadowi obok strasznie śmierdzą nogi a ten z dołu co chwila  pali w przedziale. Ale to naprawdę nie szkodzi, mam swoje łóżeczko i internet w komórce a już tylko za 29,5 godziny będę w Pekinie.

 

Może jednak podsumowanie w następnym wpisie…

 

 

 

Mocne przejście na Madagaskarze i opowieść o tym, jak to było w Tailandii

Strasznie duże zaległości mi się na blogu porobiły. Działo się ostatnio sporo i wydarzenia sprzed 3 tygodni  wydają się strasznie odległe. Zanim wiec zacznę proces przypominania sobie co i w jakiej kolejności, to zrobię coś czego jeszcze nigdy wcześniej nie udało mi się na tym blogu dokonać.

Podaję informację z ostatniej chwili :

7 października (tego roku) drugiego polskiego prowadzenia doczekała się droga „Bravo les filles” 8b, 600m. Droga znajduje się w parku Andrigintra w południowym Madagaskarze.  Bohaterami  tego wyczynu są Marek Pobran i Marisz Serda (obaj z KW Wrocław). Praca nad droga nie trwała długo bo tylko 2 dni. Zespół wykorzystał pierwszy dzień pogody po ponad 10 dniach temperatur utrzymujących się w okolicy 30 stopni. Bravo to nie jedyny z sukcesów czteroosobowej ekipy z KW Wrocław (oprócz Marka i Mariusza składała się z Kuby Jaworskiego i Oli Przybysz), ale o tym już wkrótce.

Marokanska ekipa w pelnym skladzie (fot. Ola Przybysz)

Wyjazd został dosponsorowany przez Polski Związek Alpinizmu (dzięki).

Wielkie gratulacje dla chłopaków.

A teraz zacznijmy przypominać sobie jak to było w Tailandii.

Dziwnym zbiegiem okoliczności  moja podróż na Madagaskar zaczęła się kilkudniowym pobytem w Tailandii. Turystycznie kraj ten zawsze mnie odstraszał. Nie lubię oglądać natury pozamykanej w klatki i być wszędzie oprowadzana. Pod względem turystycznym jest tam dla mnie „zbyt idealnie” dlatego tez mimo, że byłam w tym kraju już parę razy to jednak niewiele o nim wiem. Wiem za to, że na południu znajduje się parę plaży i wysepek na których czas płynie w rytmie reggae, wszyscy się uśmiechają  a standardowe powitanie to „How are you tomorrow ?”. Aha, no i jest tam całkiem sporo wspinania.

Nie zastanawiając się wiele wsiadłam do pociągu „bylejakiego” w kierunku poludniowym. Statystyka podróży nie wyglądała zachęcająco. Dwa dni w pociągach i autobusach, dwie noce na lotniskach i tylko 3 dni na wspinanie i to wszystko jeszcze przed rozpoczęciem głównej podróży na Madagaskar…

Plaża Tonsai nie zmieniła się za bardzo od czasu mojej ostatniej wizyty 4 miesiące temu. Mniejsza liczba ludzi, większy bałagan, więcej glonów na tufach i niższe ceny –  to wszystko przypominało o tym, że jest pora deszczowa.  Chicken Mama (kobieta sprzedające najtańsze jedzenie na Tonsai) na mój widok wybiegła na plaże i obdarzyła tak serdecznym uściskiem że prawie pogubiłam się w zawiłościach jej wydatnego biustu.  Z uśmiechem wyrecytowała  „Welcome back Ola”.

Następne dwa dni wspinałam się sporo. Kilka dróg w okolicach trudności 7b, które w sezonie są strasznie oblegane teraz były czyste od magnezji i w końcu mogłam się z nimi zmierzyć. Wszystkie spod znaku soft albo wery soft ale przyjemnie długie, przewieszone i po klamkach. Mimo, że lokalni wspinacze mocno odradzali mi finalnej próby, to udało mi się również wspiąć na „Sex Power” 8a. W topowej tufie zagnieździła się rodzina wielkich os – podobno bardzo zaciętych w atakach i niebezpiecznych dla osób takich jak ja – uczulonych na ich jad.

Sex Power (fot. Miel)

W wyjeździe nie było by dużo więcej do opowiadania, gdyby nie moje spotkanie z sympatycznym Nowozelandczykiem Mielem. Powiedział mi on o nowym rejonie wspinaczkowym znajdującym się niedaleko miasta  AoNang. Spirit Mt. to 50 raczej długich dróg od 6a+ do 8b. Rejon ma się pojawić w nowej wersji przewodnika po Tailandii ale jak na razie jest raczej owiany tajemnica i tylko garstka mieszkajacyh w okolicy obcokrajowców wie jak się tam dostać. Mój autobus do Bangkoku odjeżdżał o czwartej popołudniu co, przy dobrych wiatrach dawało możliwość odwiedzenia tego rejonu i  kilka godzin wspinania. Gdy przypłynęłam łodzią do Aonang, czekała już na mnie wesoła ekipa zagranicznych, podstarzałych wspinaczy, tajlandzkich  dzieci i psa.  Całość przemieszczała się wehikułami których podstawami były skuterki czy motorki. Mnie trafił się chyba najbardziej wypasiony ale bardziej tradycyjny transport, bo  dojechałam pod ścianę harleyem.

W drodze na Spirit Mt. (fot. Ola Przybysz)

Kilka godzin wspinania na Spirit Mt. to nic więcej jak zabawa, zabawa i zabawa. Padały drogi łatwe, czasami trudniejsze a czasami bardzo trudne. Nie liczyły się cyferki tylko walka by dojść do łancucha,  a po zrobieniu drogi i tak wszyscy mieli pół godziny ubawu z popełnionych przez Ciebie błędów. Ktoś z kompleksami nie przeżył by wspinania z teamem spod Spirit Mt.

Sciana Spirit Mt. (fot. Ola Przybysz)

Napad na baze (fot. Ola Przybysz)

Samo wspinanie zdecydowanie różniło się od tego na plaży TonSai. Lekkie przewieszenia albo piony i drogi zawsze przekraczające 20 m. Niektóre drogi prowadziły naciekowymi filarkami ale większość to płyty po lekko śliskim wapieniu. Wyceny też od razu wydały się bardziej srogie. Po skończonym wspinaniu wszyscy zabrali się na bilarda i krewetki. Wszyscy oprócz mnie. Mnie czekał kilkunastogodzinny autobus z powrotem do Bangkoku i następnego dnia samolot na Reunion – małą wysepkę na oceanie indyjskim.

I jeszcze kika fotek:

Bangkok (fot. Ola Przybysz)

(fot. Ola Przybysz)

 

(fot. Ola Przybysz)

Droga-klasyk za 6a (fot. Ola Przybysz)

A podobno malpy nie spadaja z drzew (fot. Ola Przybysz)

Zawody w Changzhi

Arena (fot. A.P.)

„A następne wpisy już pewnie z Tajlandii, a potem z Madagaskaru” –
takie podsumowanie newsa o mojej nowej drodze w Baihe pojawiło się
ostatnio na wspinanie.pl. I tu zaskoczenie.
Co można zrobić w dziewięc dni poza przetransportowaniem się miedzy

Pekinem, Bangkokiem i Krabi, powspinaniem się na plaży Tonsai,
odwiedzeniem nowego rejonu wspinaczkowego „Spirit Mt” w okolicy Ao
Nang (to akurat nie daleko od samego Tonsai) i przejścia jego
klasyków, powrotu do Bangkoku i w końcu przetransportowaniem się do
Antananarivo na Madagaskarze?
A właśnie, że całkiem dużo.

Jeszcze przed rozpoczęciem całej tej plątaniny komunikacyjnej w wyniku
której jakimś cudem przeżyłam jeden dzień więcej niż cała reszta
świata (byłam pewna, że dzisiaj już 21 września a nie 20 i jak bym nie

liczyła to wychodzi, ze to kalendarze się mylą a nie ja) spędziłam dwa
dni na niezłej zabawie w okolicach miasta Changzhi w prowincji Shanxi
na zawodach wspinaczkowych organizowanych przez CMA (China Mountaineering Association). Dla tych, którym miasto Changzhi obiło się ostatnio o uszy dodam tylko, że nie chodzi tu o Puchar Świata, ale o towarzyskie zawody „Elite
Climbing Competition”, które odbyły się dwa dni później.

Przedstawię sytuacje w formie najbardziej przemawiającej do
większości, czyli w liczbach:
– ponad 150 zawodników z 22 krajów świata (tutaj Taiwan i Hongkong
wystąpiły jako osobne kraje)
– 6000 widzów (w celu zwiększenia tej liczby sprowadzeni zostali
robotnicy z okolicznych fabryk — tylko oni dali rade do końca)

– 3 rzędy krzesełek, na których siedzieli ludzie z tak zwanego gawermentu
– 14 stacji telewizyjnych nadających relację z zawodów
– 80 metrowe drogi na naturalnej skale do przewspinania w formule „na czas”
– 4 samochody policyjne konwojujące zawodników na miejsce zawodów
– 23 samochody policyjne blokujące skrzyżowania w celu umożliwienia
sportowcom niezakłócony przejazd

– 25000 yuanów do wygrania (około 2500 Euro)
– po 1000 Euro dla każdego zawodnika spoza Azji jako zwrot kosztów przelotu…
można by tak pewnie jeszcze długo. Podsumowując, ktoś wydal kupę kasy
na to żeby zorganizować zawody, które każdemu wspinaczowi od razu
wydadzą się „podejrzane”.

Dla mnie nie był to pierwszy raz w Changzhi i z grubsza wiedziałam
czego się spodziewać. Dwa lata temu liczby były jeszcze bardziej
imponujące a zawody jeszcze mniej poważne. Żeby w pewnym sensie
usprawiedliwić organizatorów i wytłumaczyć groteskową formę całego
zdarzenia przeprowadźmy pewien tok myślowy.

>>Co jest takie fajne we wspinaniu w oczach osoby nie mającej żadnego pojęcia o wspinaniu?
>>No, to że wspinacze wspinają się tak wysoko i wcale się nie boją.
>>A co jest najnudniejsze we wspinaniu w oczach osoby nie mającej żadnego pojęcia o wspinaniu?
>>No, to że na dole nie widać że jest coś trudnego a wspinacz nagle zatrzymuje się w miejscu i zamiast przeć do góry to przez minute próbuje wykminić następny ruch.

Tak właśnie powstały zawody na drodze 80 metrowej, na wędkę i na czas.
W celu zminimalizowania czasu na „kminienie” patentów, organizatorzy
nakreślili na skale strzałki wskazujące każdy kolejny chwyt. Żeby

całość trochę przyspieszyć, w każdym trudniejszym miejscu można było
znaleźć zawieszony kawałek taśmy lub ekspres, z którego jak
najbardziej można, a nawet trzeba było pociągnąć. Dużym krokiem ku
dobremu jest to, że w tym roku routsetter zawodów zdecydował się
jedynie na lekkie pogłębienie za pomocą wiertarki kilku chwytów
zamiast wykuwać wszystko od początku (jak to miało miejsce w

poprzedniej edycji). To, co zostało pominięte, to czyszczenie ściany.
Czerech zawodników zostało wyeliminowanych spadając z kamieniami
wielkości piłki do kosza w ręce. Wyjątkowo lubiący czystość zawodnik z
Rumuni po dojściu do półki rzucił w asekuranta kupą piachu i traw
pokazując swoja dezaprobatę (i mimo to miał wystarczająco dobry czas
żeby zakwalifikować się do finału). Na drodze damskiej, na jednej,

wyjątkowo mocno ruszającej się płycie narysowany został wielki biały
„X”. Co śmieszne, nie dało się płyty w żaden sposób ominąć i wszyscy
tylko czekali aż „rypnie” w dół rozwalając scenę startowa. Jakby kogoś
zabiło, to przecież zawsze można się wybronić słowami „no przecież
narysowaliśmy „X”, to po co to dotykaliście?”.

Po co w ogóle organizować takie zawody? Prowincja Shanxi to
jedna z najbogatszych prowincji w Chinach. A to znaczy, ze tych
pieniędzy mają naprawdę dużo. Ktoś mądry sprzedał lokalnemu rządowi
Changzhi prawo do nazwania jednego z kanionów „China Climbing Base”,
ktoś inny prawo do nazwania tego samego kanionu „China No. 1

Geological Park” a jeszcze ktoś inny „Zielone płuca Chin”. Takie hasła
przyciągają tu masy turystów, a i wizerunek prowincji znacznie się
podnosi. Oczywiście trzeba było zainwestować i trochę popr

omować. W
parku powstały wodospady, w których na noc zakręca się wodę, w
kanionie obok powstał nowy kamienny łuk a z głośniczków których nawet
nikt nie próbuje ukryć lecą dźwięki wróbelków i skowronków. Zawody
„Elite Climbing Competition” to cena, którą lokalny gawerment musi
zapłacić za utrzymanie jednego z haseł (w kanionie nie istnieje żadna
droga wspinaczkowa, a do ściany na której rozgrywały się zawody nie da
się nawet dojść, jeżeli nie wybuduje się podestu zakrywającego rwącą
rzekę). A płaci niemało. Po pierwsze, trzeba zorganizować ceremonię, a
ta nie może należeć do skromnych. Trzeba sprowadzić międzynarodowych
zawodników, a to kosztuje do 1000 euro od zawodnika żeby zwrócić mu za
przelot, bo inaczej nie przyleci. W końcu, trzeba pokazać zawodnikom
jak dobrze żyje się w Chinach a to równa się: dwa dni totalnego wypasu
i przepychu w czterogwiazdkowych hotelach z jedzeniem homarów i
popijaniem najlepszych win.
Oczywiście najlepiej jest zaprosić zawodników którzy jakimś cudem już
się w Chinach znaleźli, bo to wyniesie znacznie mniej. W tej właśnie
grupie znalazłam się ja, jak i zresztą prawie połowa zawodników.
Wielkie oczy zrobili ludzie z lokalnego gawermentu kiedy zorientowali
się, że wszyscy jadący z nimi zawodnicy w windzie mówią biegle po
chińsku a nam ich zdziwienie nasunęło pytanie: czy osoby wykładające
kasę wiedziały, że CMA ściąga ludzi taniej i kto zabiera różnicę od
1000 Euro? Ale to już polityka…
Co do startu, to w eliminacjach trochę się pogubiłam i z czwartą
pozycją weszłam do finału zaraz za Olgą z Ukrainy, Renzeng z Chin i
Tamarą z Kazachstanu. W finale już się nie pogubiłam ale i tak wyszło
na to samo i obiłam pierwsze pozapodiumowe miejsce (tylko 4 dziewczyny
skończyły drogę). Pierwsze trzy też jakby się umówiły i też pobiegły
tak jak w eliminacjach prześcigając się jedynie o pojedyncza sekundy.
Wśród mężczyzn, też jedynie o sekundę wygrał brat Olgi, Misza. Drugi
był Chińczyk Lincaj, a trzeci jego rodak Ruizhi. Były kwiaty,
fajerwerki i baloniki.

Mi CMA sfinansowało przelot do Bangkoku w zamian za przelot z powrotem
do Pekinu, co się oczywiście chwali.
Największy, mój osobisty sukces to uratowanie życia koleżance z
pokoju, która w nocy po nieudanym starcie i wypiciu ciutki zaczęła
lunatykować: złapałam ją siedzącą za oknem szóstego pietra i szukającą
chwytów na zewnętrznej ścianie hotelu…

A następne wpisy już pewnie z Tajlandii, a potem z Madagaskaru.