Po czerwonej scieżce

Pamietam jedno wydarzenie z czasu kiedy miałam jakieś 17 lat. Przyznam, że w tamtym okresie życia nie brakowało mi energii. Robiłam wszystko i intresowało mnie wszystko. Któregoś dnia moja mama zadała  mi szczere pytanie wprost: Ola, jakie jest twoje największe marzenie?
Ogarnęło mnie bardzo dziwne uczucie bo tak naprawdę nic szczegolnego nie przychodziło mi impulsywnie do głowy. Po chwili, bardziej zmyślajac, powiedziałam: chciałabym skoczyć basejump z granitowych ścian, które widziałam na filmie z Madagaskaru.
Mama złapała się za głowę, co dla mnie oznaczało tyle co, że mój pomysł był dobry.
Z upływem lat zdałam sobie sprawę z płytkosci mojego marzenia życia, ale właśnie to błahe zdarzenie sprawiło, że Madagaskar i jego granitowe sciany położone w parku Andrigintra mają dla mnie pewien szczególny wydźwięk.
W połowie września tego roku dotarłam do Antananarivo, stolicy Madagaskaru wiedząc, że na tym wyjeździe ma się połowicznie spełnić moje zmyślone marzenie.

Już w drodze z lotniska do miasta zaszokował mnie orient wyspy. Mieszkanie i podróżowanie po Azji przyzwyczaiło mnie do wielu oryginalnych obrazów,  ale to co przewijało się za oknami było dla mnie bardzo „inne” od wszystkiego co do tej pory widziałam. Pierwsze zaskoczenie to przyroda. Nic w niej nie było tak jak trzeba. Kolor ziemi był silnie ceglany, a czasami przechodził w czystą czerwień.  Dziwne kaktusy przebijały się przez bezlistne, za to całe w purpurowych kwiatach, drzewa.

Drugie zaskoczenie to ludzie, a raczej ich zwyczaje. Kobiety w tym kraju zakupy noszą nie w rękach, ale na głowach. Nie przeszkadza to im to w przekomarzaniu się ze sobą, opiekowaniu sie zgrajami dzieci, czy nawet biegu z przepychaniem do zawsze pełnych taxibrusów służących za miejski transport. Madagaskar jest bardzo biedny i daje się to bardzo szybko odczuć, nawet będąc w stolicy. Zdziwiło mnie to, że duża część ludzi nie używa wogóle butów, za to puchowe kurtki i czapki są bardzo powszechne.  Jeżeli kogoś stać na samochód, to zazwyczaj jest to wrak z Europy. W pewnym sensie „słodkie” jest to, że po ulicach Antananariwy nadal jeżdżą stare, śmieszne renault i citroenki. Na obrzeżach miasta widać  powozy zaprzęgnięte w zebu – wielkie rogate krowy będące, zaraz obok lemurów i baobabowych drzew znakiem rozpoznawczym Madagaskaru. Całość dopełnia lecąca z radia muzyka a la Edit Piaf, kawiarnie z francuskimi wypiekami, bagietkami i świeżo paloną kawą i lekko przypominająca tę z okolic południowej Francji architekturą.

Spędziłam dwa długie dni na zwiedzaniu stolicy. O dwa za dużo. Tana, bo tak w skrócie nazywana jest stolica, nie jest najpiękniejszym miejscem na świecie a do tego samotne zwiedzanie krętych wyludnionych uliczek podnosiło poziom adrenaliny w mojej krwi. Podczas przechadzki po targu wyczułam , że jestem obserwowana. W tylnej kieszeni miałam przed chwilą kupiony portfel ze skóry krokodyla. Był pusty i  nie wiem czy to z chęci sprawdzenia się, czy z lenistwa specjalnienie nie schowałam go do plecaka. Kilka minut pózniej robi sie zamieszanie. Wyczułam moment i szybkim obrotem na pięcie złapałam smarkacza za ręke w której trzymał mój portfel…

Po dwóch dniach przyjeżdża reszta ekipy:

Mariusz Serda (Serek) – jakimś cudem kierownik wyprawy. Razem z Murkiem tworzy silną i jednocześnie najgorzej zgraną parę wspinaczy na świecie. Pomysłodawca fluorescencyjnych, widocznych w nocy nakładek na bolty – miejmy nadzieję, że wkrótce w produkcji. W środowisku znany z bogatych w szczegóły opowieści o problemach zdrowotnych wspinaczy i o własnym dorastaniu. Wyjeżdżając na Madagaskar zostawia w domu ukochaną Żonę Ulę i kilkudniową córkę Apolonię. Najbardziej doświadczony górsko członek ekipy.

Marek Pobran (Murek) – zdecydowanie największy obwód bicepsa w ekipie. Z urodzenia Wrocławianin a sercem mieszkaniec Czech. Znany z zamiłowania do wspinania w  piaskach gdzie stale podnosi poziom psychy bo siły już się nie da. Na wyprawie odpowiedzialny za prowadzenie najtrudniejszych wyciągów.

Kuba Jaworski – najprężniej działający instruktor wrocławskiej Zerwy. Nierzadko mylony z Boskim Davidem. Do życia jak również do wspinania podchodzi z prawdziwym sercem. Czołowy fotograf wyjazdu.

 

Mora, Mora znaczy wszystko w swoim czasie

Podróżowanie po Madagaskarze ma swój rytm. Przejazd 300 km taxibrusem po autostradzie może oznaczać 12 godzin w wypełnionym do granic możliwości starym rozklekotanym wehikułem. Bagaże (plecaki, motory, meble, warzywa, kozy, kurczaki… ) zawsze pakuje się na dach samochodu co powiększa go przynajmniej dwukrotnie. Wszystko, dla bezpieczeństwa misternie wiązane jest siecią linek. Procedura ta trwa godziny, a co gorsze, to powtarza się za każdym razem, gdy z busa ktoś wysiada albo gdy do niego wsiada. Gdy kierowca odpali już silnik i wszyscy w jakiś magiczny sposób znajdą sobie miejsca siedzące to nie koniecznie oznacza to początek dłuższe podróży – już po kilku kilometrach można liczyć na krótszy postój, bo madagarska policja w trosce o bezpieczeństwo pasażerów zatrzymuje wszystkie samochody na drodze. Uzbrojeni po zęby funkcjonarjusze grzecznie przedstawiają się po czym bez wahania i wcale nie próbując tego ukryć wyciągają rękę do kierowcy. Krótka wymiana zdań i kierowca sięga do portfela po banknot.

Takich przystanków na drodze zawsze jest przynajmniej kilka. Za każdym policjanci są inaczej umundurowani, ale zawsze wszystko załatwiane jest uszczupleniem portfela kierowcy.

Dojazd do Parku Andrigintra i zapoznanie z Madagarskim wspinaniem

Opuszczając stolicę wszyscy odetchneliśmy z ulgą. Z krótkimi przesiadkami na zmianę transportu kierowaliśmy się drogą krajową nr 7 na południe aż do miejscowości Ambalavao. Tam obraliśmy kierunek wschodni i po kilkunastu kilometrach szutrowej drogi dotarliśmy do naszego celu – Parku Andrigintra. Cały ostatni odcinek nie mogliśmy „odkleić się” od szyb busa. Granitowe ściany wyrastały wszędzie do okoła. Za każdym razem gdy na horyzoncie pojawiał się nowy szczyt ktoś mylił go z Tsaranoro. Z każdym kilometrem ręce pociły się coraz bardziej i coraz wynioślejsze pojawiały się ściany. To co wynurzyło się za ostatnim z zakrętów pobiło jednak wszystko. Ktoś z wrarzenia wyjawił „chcem do ubikacji”.

Masyw Tsaranoro, bez wątpienia, to jeden z najpiękniejszych i najorginalniejszych widoków na świecie. Trudno opisać słowami, to jak wielkie zrobił na mnie wrażenie ten krajobraz.

Do campingu Cata, dotarliśmy tuż przed zachodem słońca. Szybkie rozbicie namiotów, chwila na podziwianie ksztłtu skały na przepięknie rozgwieżdżonym niebie i trzeba było zabrać się za wybór celów wspinaczkowych na następny dzień. Tworzymy dwa zespoły w których wspinać się będziemy juz do końca wyjazdu. Murek wspinać się ma z Serkiem a ja z Kubą.  Na następny dzień wybieramy kródką choć dość intensywną drogę na masywie  Mitsinjoarivo — Le Crabe aux Pinces 7b+, 380m, 11 wyciągów. Wczesna pobudka po dwóch nocach spędzonych w podróży okazuje się dla nas za dużym wyzwaniem i pojawiamy się pod ściana dopiero po południu. Jest strasznie gorąco. Wspinamy się wolno i mało efektywnie. Moje nowe buty, przeznaczone na wielowyciągowe drogi zdecydowanie odmawiają stanięcia na małych krawądkach i zrzuca mnie już pierwszy wyciąg wyceniony jedynie na 7a. Co za wstyd. Dalej jakoś idzie, ale wszystko zajmuje więcej czasu niż powinno. Droga jest piękna, każdy wyciąg wyjątkowy i inny w charakterze. Tym bardziej szkoda nam, gdy zdajemy sobie sprawę, że nie bedziemy w stanie dojść tego dnia do wierzchołka. Gdy zjeżdżamy jest już całkowicie ciemno. Schodząc, rozmawiamy o podróżach, życiu a nawet o miłości. Po pewnym czasie zdajemy sobie sprawę, że chyba nie jesteśmy na właściwej ścieżce, ale zamiast cofnąć się do miejsca które rozpoznajemy, wybieramy ścieżkę która wydaje nam się prowadzić w kierunku campingu. Tej nocy do obozowiska wracamy dopiero o trzeciej w nocy zdecydowanie bogatsi o wiedzę z fauny i flory Madagaskaru.

Na drogę postanawiamy wrócić kilka dni później i tym razem pokonujemy ją od strzału i w rekordowym czasie około 4 godzin.  Drogę tę uznajemy również za najpiękniejszą jaką udało nam sie pokonać podczas całego wyjazdu.

W procesie naszego rozwspinania przechodzimy jeszcze 600 m połogu na dużo łatwiejszej Out of Africa 7a+, 16 wyciągów (ściana Tsaranoro Kely).

Marek z Serkiem juz na rozwspin postanowili uklasycznic polska drogę Ukojenie 360m, 11 wyciągów  położoną również na ścianie Mitsinjoarivo. Po dwóch dniach prób udaje im się zmazać notacje A0 widniejącą przy pierwszym z wyciągów, ale z prowadzenia całości jednak rezygnują. Wyceniają swoją pracę na mocne 8a/8a+. W następnych dniach przechodzą oni również w stylu os najbardziej popularna polska droga  na Madagaskarze – Cucumber flying circus 7b+, 580m, 13 wyciągów (ściana Tsaranoro Kely) .

Czas na konkrety

Po rozgrzewce przyszedł czas na poważniejsze linie.  I właśnie wtedy, gdy poczuliśmy, że zaczynamy być zgrani i że połogie rajbungi już nas nie przerażają zmieniła się pogoda. Przepięknie kumulusy gdzieś się rozwiały i nastał tydzień niespotykanych o tej porze roku upałów.

Próby na Bravo les files – naszym głownym celu na ten wyjazd, dla Marka i Serka skończyły się trzydniowym restem na regeneracje skóry, a dla mnie  i Kuby prawie udarem słonecznym. Czekanie na lepsze warunki zmusza nas do wybrania łagodniejszych celów. Udaje mi się z Kubą wspiąć  w najlepszym możliwym stylu os drogę Hijos de la pedri 7b+, 500m, 10 wyciągów a chłopaki wstawiają się do wymagającej Manara za 8a,750m (Tsaranoro Be). Drogi nie udaje im się skończyć, ale udaje  im się porozdzierać opuszki palców na tyle żeby przez następne dwa dni nie być w stanie utrzymać widelca.

W dni restowe nachodzą nas wszędobylskie i bardzo urocze lemury Cata. Bawimy się w fotografowanie dzieci, kwiatków i robaczków. Na początku sprawia nam to dużo radości, ale już po trzecim takim dniu czujemy się jakby zatrzaśnięci w sidłach. Do najbliższej miejscowości jest 12 km które trzeba pokonać piechotą a w tej wiosce czeka nas jeszcze więcej dzieci i sklepy wyposażone jedynie w sardynki, piwo, colę i makaron. Na kemping codziennie przyjezdzają nowi turyści. Głównie to bogaci francuzi na emeryturze. Po dwa razy oglądamy  na laptopie bajkę Madagaskar 1 i 2…

Razem z nami na kempingu jest jeszcze dwóch wspinaczy z Francji – Gerhard Thomas i Mark Gacio. Dzień w dzień pracują obijając nową drogę na ścianie Tsaranoro Be. Spotykamy się wieczorami na piwie i mimo, że chłopaki nie władają za biegle angielskim to jednak wyczuć miedzy nami można wspinaczkową więź.  Przy którejś z rozmów Mark pyta się mnie, czy nie miałabym ochoty spróbować ich drogi. Wycena 7c/7c+ obitych do tej pory wyciągów leży poza ich możliwościami, a górne, nieobite jeszcze wyciągi wyglądają na znacznie trudniejsze. Propozycja wydaje się nie do odrzucenia. Nowa propozycja wydaje sie perfekcyjnie obita a pokusa FA 750 metrowej drogi na Madagaskarze działa na mnie jak… hmm…ciężko mi znaleźć porównanie, ale pokusa jest duża.

Droga nazwana jest L’Escalier Magique. Na schemacie jest pięć wyciągów A0. Większość z klasycznych jest siódemkowa.

W dzień wspinania budzik zostaje nastawiony na czwartą rano. Niestety, klasyczny błąd z polskim czasem w komórce sprawia, że pod ścianę dochodzimy o dwie godziny później niż planowaliśmy. To niedociągnięcie kosztuje nas przypuszczalnie skończenie całości. Udaje się przejść klasycznie i os pierwszych trzynaście wyciągów  (w tym dwa wycenione wcześniej na A0 i ten najtrudniejszy wyceniony na 7c/7c+). Droga jednak w większości wydaje sie łatwiejsza niż proponowane trudności (max 7b+) . Do końca zostają cztery długości liny z czego tylko jedna trudna (5 razy A0). Trochę z żalem w sercu zostawiamy prowadzenie całości innemu zespołowi, bo ja i Kuba juz następnego dnia rano opuszczamy park Andrigintra i obieramy kierunek  poludnie – w stronę oceanu.

 

Wakacyjnie ale nie nudno

Ciężko było się zdecydować w którym z zakątków Madagaskaru spędzić ostatni tydzień. Ja chciałam na północ a Kuba na południe. Ja chciałam oglądać baobaby a Kuba rafy koralowe… Jak zwykle mężczyzna wygrał, choć udało się na tyle nagiąć plany, żeby każdy był zadowolony. Przez tych kilka ostatnich dni działo się wiele: wspinaliśmy się na piaskowe bouldery parku Isalo, zostaliśmy eskortowani (i to nie z powodów wspinaczkowych) z tegoż samego parku przez uzbrojoną żandarmerię, wzieliśmy udział w najdziwniejszej potańcówie na świecie gdzie w rytmy afrykańskiej muzyki skoczni francuzi tańczyli układy jak z poloneza ze studniówki,  straciłam zęba przygryzając kamień zmieszany z ryżem podanym na obiad, …

W tym mniej więcej czasie otrzymałam też smsa z informacją, żę Marek i Serek wykorzystując pierwszy chłodniejszy dzień wspieli się na Bravo les files (Tsaranoro Nord), 8b, 600m, 13 wyciągów. Jeszcze do niedawna najtrudniejszy wielowyciąg Afryki nie opierał się długo i poddała się już drugiego dnia prób. Pięć dni później, gdy spotykamy się w Antananrivie chłopaki dalej mają zapadnięte ze zmęczenia poliki i dziurawe palce.

…. łapiemy na stopa łódkę z żaglem zszytym z worków po nawozach, odnajdujemy magiczny las baobabowy i larwy pod paznokciem w mojej stopie, na targu w Tanie kupuje za około 5 dolarów skorupy do wspinaczki lodowej (lepszej pamiątki z Afryki nie mogłam sobie wyobrazić)…

Tak można by jeszcze długo, ale to już temat na forum o tematyce mniej wspinaczkowej.

Zamiast do opowieści zapraszam więc do galerii poniżej, a tym co odczuli brak zdjęć wspinaczkowych do galerii Kuby — http://wspinanie.pl/galeria/main.php?g2_itemId=8921&g2_page=1