Wpis całkiem nie na czasie

Jakiś czas temu, jeszcze za czasów kiedy za oknem było naprawdę mroźno wybrałam się z dwójką znajomych na jednodniowy wyjazd który miał za zadanie ochrzcić minie wspinaczem lodowym. Zaraz po tym wyjeździe zabrałam się za tworzenie historyjki na bloga. Pisanie troszkę się dłużyło a jak już było widać koniec i całość jakoś się komponowała, to wyskoczyły nagle zawody, wygrywanie samochodów i takie tam rozpraszające czynniki. Tekst się zwyczajnie przeterminował. Pominę więc opisy i zdradzę kawałek z wyjazdu korzystając z ponad czasowego środka przekazu – zdjęć. Zapraszam do galerii z mojego pierwszego lodowego przejścia „pół FA” (w tym roku doszło do oberwania się „igły” lodowej i przez to możliwe było wspięcie się tylko do połowy oryginalnej wysokości lodospadu) „Dragon breath” WI4, drogi którą przypadkowo wypatrzyłam 3 lata temu.

 

Tak wyglądał "Dragon breath" trzy lata temu (fot. Ola Przybysz)

 

A tak wyglądał dwa miesiące temu. Na uwagę zasługuje 70m dziewiczego, przewieszacego się granitu po prawej stronie od wodospadu. (fot. Ola Przybysz)

O tym, że czasami warto spróbować czegoś nowego

Już prawie skończyłam pisać o moich ostatnich wpinaczkach lodowych i wyjazdach w poszukiwaniu niezdobytych lodospadów których w okolicach Pekinu jest całe mnóstwo, gdy nagle stało się coś, o czym warto napisać w trybie pilnym. Chodzi o zawody, choć tym razem nie do końca wspinaczkowe. Przedwczoraj zakończyły się bowiem pierwsze międzynarodowe zawody w górskim trójboju zimowym organizowane przez Chińska Organizację Wspinaczkową i stok narciarski Wan Long z prowincji Hebei w których dane mi było wystartować. Te trzy konkurencje to: bieg na orientację po stoku narciarskim, wspinanie w lodzie na czas i wyścigi skiturowe. Główna częścią była klasyfikacja drużynowa (czteroosobowe zespoły z przynajmniej jedną kobietą w składzie). Przyznam, że mimo iż nagrody motywowały do sprężenia się w tej cześci, to nasz pierwszy skład nie wydawał się mieć żadnych szans. Jakiś, niekoniecznie zły, oman sprawił jednak, że w przeddzień zawodów najsilniejszy z naszych zawodników został podkupiony przez inna drużynę, a nasza najszybsza narciarka złamała sobie rękę. Przez chwilę byłam więc bez drużyny i nastawiałam się jedynie na start indywidualny. Trwało to nie za długo, bo wieść szybko się rozniosła i jeszcze tego samego dnia otrzymałam propozycję dołączenia do „Hurricane Team”. Żonglowanie zawodnikami i podkupywanie sobie kolegów trwało jeszcze chwilkę, ale nieznośna atmosfera jak na targu niewolnikami w końcu ucichła i każdy znalazł swoją drużynę. Ciężko sobie wyobrazić, że w sportach takich jak piłka nożna czy kosz to codzienność i szczerze współczuję tym, co na codzień są tak traktowani.

Mój nowy zespół był dobry. Skałdał sie z „ludzi gór” cechujacych się dużą wytrzymałością i choć jako jedyni mieliśmy w składzie dwie dziewczyny, to widać było, że możemy powalczyć z najlepszymi.

Pierwszą konkurencją był bieg na orientację. Wystartowaliśmy zaraz po wschodzie słońca (7:30) u podnóża stoku narciarskiego. Musieliśmy poruszać się razem, bo check point można było opuścić dopiero po tym jak ostatni z drużyny zameldował się u sędziego. Trasa biegła cały czas po śniegu. W górę, do ostatniej stacji wyciagu narciarskiego a potem w dół. Jeszcze raz do góry, po trasie czarnej i znowu w dół. Ja wystartowałam żwawo, nawet bardzo. Z doświadczenia nabytego podczas kilku lat startowania w biegach długodystansowych wiedziałam, że start i finisz są bardzo ważne. Po jakichś 100 metrach przekonałam się jednak, że bieg po stoku narciarskim pod góre przy -15 stopniach i w śniegu to troszkę inna bajka. Moje buty się ślizgały, nie wziełam ze sobą kijków narciarskich a przede wszystkim nie potrafiłam prawidłowo rozdyspononować energią. Poczerwieniałam, po chwili zaczęło lecieć mi z nosa, potem bezwiednie się śliniłam a pod koniec juz się popłakałam. Nie mogłam odpuścić, bo nie chodziło tylko o mnie. Nie chciałam zawieść, nie chciałam być tą najgorszą. Zaciskałam zęby i choć nie było łatwo, to dotarłam do pierwszego punktu na szczycie najwyższego wzgórza w okolicy. Przepiękny widok, choć cieżko było się nim delektować w stanie w jakim wtedy byłam. Następny punkt znajdował się na dole z drugiej strony wzgórza. I tu niespodzianka. Buty które ślizgały się w drodze do góry, ślizgały się nawet bardziej w drodze na dół. Tam gdzie inni zbiegali przewracając się i kontuzjując, ja poprostu stałam i ślizgiem zjeżdżałam dając chwilę na odpoczynek mięśniom. Na drugim punkcie zameldowałam się więc świeża jak nikt i dalej, choć z bólem, byłam już w stanie dotrzymać kroku drużynie. Bieg skończyliśmy jako czwarci a do trzeciego miejsca brakowało nam zaledwie kilku sekund. Fizycznie czułam się „zmiażdżona”. Niestety, nie można było oddać się błogiemu odpoczynkowi, bo już chwilę później musieliśmy stawić się przy ścianie gdzie miała odbywać się część lodowa. Tutaj czułam się pewnie i choć wspinaczka lodowa to raczej dla mnie nowa sprawa, to już podczas kursu jakiś miesiąc temu przekonałam się, że w rakach i z czekanami potrafię rozwijać całkiem niezłe prędkości. Poza tym najsilniejszymi przeciwniczkami były trenerki z mojego kursu, z którymi dane mi już było się z powodzeniem zmierzyć. Konkurencję tę wygraliśmy z dużym zapasem, co po pierwszym dniu zawodów dawało nam pierwszą pozycję w klasyfikacji generalnej. Po zawodach wszyscy padliśmy. Trzeba było porządnie się zregenerować, bo następnego dnia czekała nas najcięższa konkurencja – skitury. Wystartowaliśmy o 8 rano. Trasa była jeszcze dłuższa i jeszcze bardziej stroma niż poprzedniego dnia do tego tym razem nie mogłam liczyć na przewagę w postaci śliskich butów. Bardzo się bałam, że będę opóźniała drużynę. Ta myśl mobilizowała mnie bardziej niż wygrana czy nagrody. Głupie to trochę, ale cieszyłam się, że mieliśmy w zespole jednego słabszego narciarza i ze dzięki niemu nie będziemy za szybcy. Dotarliśmy do mety na czwartej pozycji po 1 godzinie 54 minutach istnego piekła. Nasz „kapitan” okazał się niesamowicie silny. Przepasany w biodrach liną wciągał nas kolejno do góry. Zhoupeng (tak ma na imię) to jeden z niewielu Chińczyków o którego wspinaczkach można przeczytać na polskich portalach wspinaczkowych (http://wspinanie.pl/serwis/200912/02siguniang-shan-nowa-droga.php). Po tych zawodach ma mój dozgonny szacunek.

Zajęliśmy trzecie miejsce. Całkiem nieźle, choć zawsze mogło być lepiej. Ze zmęczenia nie mogłam nic jeść. Kręciło mi się w głowie. Wysiłek podczas takich biegów jest naprawdę duży. Zawody jednak skończyły się tylko dla niektórych. Spora część, w tym i ja dożyła właśnie półmetka. Następnego dnia rano zaczeliśmy wszystko od nowa. Tym razem w konkurencji indywidualnej. Tu już zmęczenie odbiło się na wszystkich. Podczas biegu zwieziono na dół jedną dziewczynę z kontuzją kolana i dwójkę męszczyzn którzy poprostu nie dali rady. Podczas wspinaczki na czas połowa zawodników odpadła od ściany. Ostatniego dnia na start zgłosiło się tylko 11 męzczyzn i 4 kobiety. Tylko 8 osób ukończyło bieg w limitowanym czasie dwóch godzin. Jeżeli chodzi o mój start, to od początku wiedziałam, że najważniejszy jest dla mnie bieg. Liczyłam ponownie na buty i się nie pomyliłam. Nie było łatwo, ale na mecie zjawiłam się jako pierwsza. Podczas wspinania w lodzie najważniejsze było nie odpadniecie. Wspinałam się więc dosyć wolno, ale za to bardzo pewnie. Zajęłam drugie miejsce, pierwszeństwo oddając zawodniczce która zdecydowała się nie brać udziału w trójboju i świeża wystartowała jedynie w tej jednej konkurencji. Wydawało się że zwycięstwo całości mam w kieszeni. Z obliczeń wynikało, że muszę tylko ukończyć ostatnią konkurencję i zdobyć jakiekolwiek punkty. Mina mi zrzedła na spotkaniu organizacyjnym wieczorem w przeddzień ukończenia zawodów. Trasa skiturowa przebiegać miała dokładnie tak samo jak w dniu gdy startowaliśmy drużynowo. Nową zasadą było wprowadzenie limitu czasu. Niedojechanie do mety w czasie 2 godzin równe było dyskwalifikacji. Biegnąc z pomocą Zhou Penga udało nam się wycisnąć czas 1 godzina i 54 minut. Wyrobienie niegorszego czasu czwartego dnia wysiłku i samotnie było prawie niemożliwe. Zasada wydawała mi się bardzo niesprawiedliwa, ale nie mogłam nic na to poradzić. Ten ostatni raz musiała zacisnąć zęby i napierać. Nie ma co znowu pisać że było ciężko. Na ostatnim zjezdzie nie byłam w stanie ustać na nartach i trzy razy wylądowałam twarzą w śniegu. Na mecie zjawiłam się dwie minuty przed limitem jako druga kobieta. Wygrałam zawody. Godzinę później odebrałam nagrodę. Kluczyki do mojego pierwszego w życiu samochodu. Półterenowy, czerwoniutki Zhongtai (chińska marka) czekał na mnie na parkingu przed hotelem. Jak niesamowite jest to uczucie. Dać z siebie wszystko i wygrać dużo! Szkoda, że w Polsce nie udało mi się nigdy wygrać takiej nagrody…

Po dwóch godzinach znajduję nabywcę i zamieniam kluczyki na dwie koperty z czeronymi papierkami z wizerunkiem obywatela Mao. Nowy właściciel odwozi mnie nawet do Pekinu i obiecuje nazywać samochodzik Ola.

Obiecuję zamieścić wyniki i więcej zdjęć jak tylko je otrzymam.