Getu

Zazwyczaj tak to jest, że to co jest blisko wydaje się nieciekawe i mniej kolorowe niż to, co na codzień niedostępne. Wyjazd pociągiem nigdy nie zostanie nazwany ekspedycją albo wyprawą. Podążając tym tokiem, Chiny każdego roku zdają się dla mnie kurczyć a wyjazdy do miejsc oddalonych nawet o 3-4 tysiące kilometrów od Pekinu nie wydają się już niczym wyjątkowym. Nie tak dawno temu, przedłużając sobie o jakieś 2 tygodnie pierwszomajowe wakacje wybrałam się więc na „małą” wycieczkę (36 godziny w pociągu i 4 w autobusie) do Getu w prowincji Guizhou. Miejsce mi znane już całkiem dobrze, za każdym razem identycznie zachwycające piękną okolicą i życzliwością mieszkańców, miało być zwykłym sportowym wyjazdem w skały. W pewnym sensie tak właśnie było, bo to co mnie najbardziej zaskoczyło w Getu nie miało nic wspólnego ze wspinaniem.

Oryginalnie wyjazd miał na celu podotykanie trudnych wielowyciągów poprowadzonych dachem niesamowitego tunelu Great Arch. Mimo, że nigdy nie próbowałam nawet pierwszych przechwytów, to droga „Lost in Translation” (7b+, 7c+, 8a, 8a+) cały czas jest moim małym marzeniem. Przez chwilę było nawet lepiej niż idealnie, bo moim partnerem miał być sam Yuji Hirayama (ja miałam asekurować go na wielowyciągu Daniego Andrady za 8c+ a on mnie właśnie na Lost in Translation). Niestety, wszystko poszło nie tak jak trzeba i w końcu wyruszyłam w drogę całkowicie sama, licząc na przypadkowo napotkanych wspinaczy.

Pogoda była przepiękna, choć w słońcu może lekko za ciepło. Wszystko w okolicy kwitło, a w powierzu latały pszczółki, motylki i inne robactwo. Po 3 miesiącach spędzonych w Pekinie Getu było rajem. Zaatakowłam od razu rozgrzewając się na pierwszej lepszej 8a. Choć dziwnie słabo się czułam, to drogi jedna za drugą puszczały. Napotkani wspinacze z Taiwanu byli niesamowicie przyjaźni i razem wspinało nam się dobrze. Choć straciłam nadzieję na wspinanie wielowyciągowe, to w głowie pojawiały się plany spróbowaia trudniejszych linii. I wtedy to właśnie wszyscy wspinacze postanowili wyjechać. Nagle zostałam w Getu całkowicie sama. Jeden dzień restu – nikt się nie pojawił. Późnym wieczorem wiedziłam już, że na wspinanie następnego dnia też nie mam co liczyć. Potrzebny był plan, bo siedzenia i czekania nie cierpię. Tak właśnie, gawędząc wieczorem przy piwku z lokalną rodziną usłyszałam o wiosce ZhongDong, czyli miejscowości ukrytej w jaskini. Choć lokalni przekonywali mnie że nigdy miejsca nie znajdę, to jednak namówiłam ich na naszkicowanie prostej mapy i rano dnia następnego ruszyłam w drogę.

Codzienność wioski Getu (fot. Ola)

Codzienność wioski Getu (fot. Ola)

Zacząć trzeba od przeprawy łodzią przez rzekę płynącą w parku Getu, następnie czekał mnie mozolny spacer w góre najbliższego wzgórza aż do małej drewnianej wioski. Droga była bita i co jakiś czas mijały mnie motocykle – podstawowy tutaj środek transportu. Jeden z kierowców na tyle zdziwił się na mój widok, że motocykl z zapasami produktów na kilka dni i trójka jego pasażerów wylądował w rowie. Najstarsza kobieta, prawie babcia, mocno skarżyła sie na ból ręki. Mogła być złamana. Nie dane mi było obejrzenie obrarzen z bliska, bo bardzo sprawnie ktoś chwycił babcię za dłoń, inna kobieta złapała ją pod pachy i nastąpiło szybkie nastawienie. Babcia zapłakała, co jakby lekko rozradowało tłumek. Zebranie produktów, pozbycie się pobitego lewego lusterka i tyle ich widziałam.

Motorem da sie przetransportować wszystko. (fot. Ola)

Motorem da sie przetransportować wszystko. (fot. Ola)

Przed nastepną wioską ludzie pokierowali mnie na scieżkę wykutą w skale zbocza następnego ze wzgórz. Minełam drewnianą wioskę mniejszosci Miao. Wszyscy usmiechali się i machali. W odróżnieniu od Chinczyków Han tutejsi ludzie są bardzo nieśmiali. Gdy pytam o drogę, czerwienią się lub chowają połowicznie za drzewem, czy futryną domowych drzwi. Bardzo raduje ich fakt, że rozumiem co do mnie mówią. Aparatu nawet nie staram się wyciągać. Za wioską widać białą ścianę wapiennego wąwozu. To mój nastepny cel. Prowadzi do niego ścieżka między niskimi skałami wyrastajacymi z ziemi jakby kamienne igły. Między każdą z igieł posadzona jest jakaś roślinka. Wyglada jak młoda przenica. Tutaj jedno źdźbło a tam dwa. Uprawa w takich warunkach musi być niesamowicie pracochłonna. Przez pewien czas, może z godzinę, nikogo po drodze nie spotykam. Maszeruję w słońcu aż do czasu, gdy z naprzeciwka widzę nadchodzące dwie kobiety. Każda z nich na barkach dźwiga kłodę drewna wiekszą od niej samej (mają może po 1,5 cm wzrostu, nie więcej). Pytam o drogę i słusznie, bo okazuje się, że od jakiegoś już czasu jestem na niewłaściwej ścieżce. Kobiety na początku wskazują mi palcami w którą stronę mam iść, ale już po chwili decydują się doprowadzić mnie do rozdroża.

Nie ciężkie, nie ciężkie – wołają gdy próbuje im odmowić. Maszerują żwawo, a z czoła spływa im pot.

Wioska miniejszości Miao. (fot. Ola)

Wioska miniejszości Miao. (fot. Ola)

Na rozdrożu przekazana zostaje babci z dwiema krowami. Ciężko mi dotrzymać jej kroku choć ma na oko jakies 70 lat. Dochodzę z nią do najwyższego z pastwisk w okolicy na przełęczy dwóch wzgórz. W prawym widać skalny łuk. Jakby ktoś przedziurawił górę na wylot. Miejsce którego szukam znajduje się po drugiej stronie tunelu. Choć widać wszystko jak na dłoni, babcia tłumaczy mi skrupulatnie drogę przez strome pole usłane kamieniami. Gdy idę do góry obserwuje mnie cały czas i jak tylko skręcam nie tam gdzie powinnam, gwizdem kieruje mnie na właściwy tor. Łuk do którego dochodzę nie jest może tak wielki jak Great Arch, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Do sklepienia jest jakieś 40 metrów i gdyby nie odległość od cywilizacji, byłby doskonałym miejscem na poprowadzienie wielu, bardzo przewieszonych dróg. Widok po drugiej stronie jest przepiękny. Wapienne, bardzo strome wzgórza ciągną się aż po horyzont. Mój cel też jest już na wyciagnięcie ręki. Całkiem porządna, kamienna ścieżka prowadzi mnie między małymi poletkami, w dół aż do wielkiej jaskini. Gdy zbliżam się do niej, słychać niesamowicie donośne, rozchodzące się echem pianie koguta. Wchodzę do środka jaskini. Zatyka mnie na dobrą chwilę. Nawet w tym momencie, gdy o tym piszę, wilgotnieją mi oczy. ZhongDong to cała wioska ukryta w wielkiej jaskini. Widok jakich niewiele. Pomiędzy domami ze słomianymi ścianami kręcą się ludzie zajęci narmalną codzienną pracą. Całe życie prowadzone jest w lekkim półmroku. Każde wypowiedziane słowo rozchodzi się echem po sąsiednich ścianach. Gdy się przyjżeć bliżej, wydaje się, że większość domów jest w budowie. To dlatego, że nikt nie buduje tu dachów. W jaskini nigdy przecież nie pada. Spędzam w tej niesamowitej wiosce kilka godzin odwiedzając 3 z 6 zamieszkanych domów. Jeszcze 2 lata temu w ZhongDong mieszkało 20 rodzin, a w najgłębszej części jaskini znajdowała się szkoła, do której uczęszczało 150 dzieci. Zamiast pomóc utrzymać tak niesamowite miejsce, rząd prowadzi program przesiedlania mieszkanców poza jaskinie. I rzeczywiscie, w oddali, na przełęczy aż błyszczy się kilka nowych budynków do ktòrych przenoszone są całe rodziny. Dzieci zabierane są do szkół z internatem do większych miejscowości w okolicy. To pewnie ostatnie chwile dla tego miejsca. Bardzo się cieszę, że udało mi się to zobaczyć.

Niesamowita wioska ZhongDong (fot. Ola)

Niesamowita wioska ZhongDong (fot. Ola)

Zycie w półmroku. (fot. Ola)

Mieszkanka jaskini. (fot. Ola)

Mieszkanka jaskini. (fot. Ola)

W okolicy odwiedzam jeszcze kilka jaskiń i skalnych łuków. Za każdym razem przechodząc przez przełęcz czy łuk pojawia się nowa wapienna ściana albo nastepny łuk. Potencjał wspinaczkowy okolicy jest naprawdę niesamowity.

Powrót nie zajmuje mi więcej niż 1,5 godziny. Przez cały czas myślę o tym co zobaczyłam. Okolica jest strasznie biedna a mimo wszystko za każdym razem, gdy proponuję bezpośrednią pomoc, nie jest ona przyjmowana. Dzieci nie dają się nawet poczestować ciastkiem czy cukierkiem. W nocy wpadam na pewien pomysł i z samego rana, gdy tylko dochodzi do mnie, że tego dnia też nie zjawi się nikt chętny na wspinanie, próbuję wprowadzić go w życie. Każda kobieta z mniejszości Miao nosi się bardzo charakterystycznie. Zawsze niebieski kubraczek z szerokimi rękawami do łokci przyozdabiany jest wyszywankami i lokalnymi tasiemkami. Ma to swój styl. Ubrań tych nie da sie kupić w sklepie. Każda wioska ma przynajmniej dwie krawcowe, które na zamówienie potrafią stworzyć takie cudo. Właśnie jednej z tych krawcowych z wioski Getu dałam zadanie stworzenia woreczka na magnzję mniejszosci Miao. Dogadujemy sie pół na migi, pół po chińsku (krawcowa mówi płynnie jedynie w języku swojej mniejszości) i po kilku poprawkach i trzech dniach dostaję prototyp woreczka. Następna grupa zamawia już 9 sztuk. Biznes się zaczął a ja mam nadzieję, że pomoże to trochę w poprawieniu warunków przynajmniej jednej rodziny, a co może i ważniejsze w zbudowaniu dobrych relacji pomiędzy lokalnymi mieszkańcami a wspinaczami.

Praca nad budowaniem relacj lokalna spoleczność-wspinacze. (fot. Ola)

Praca nad budowaniem relacj lokalna spoleczność-wspinacze. (fot. Ola)

Następnego dnia przyjeżdża para wspinaczy z Australii. Mi, przez ten długi rest, zostają już tylko 4 dni wspinania. W dzień restowy odwiedzam ZhongDong ponownie. Następnego razu gdy pojawię się w Getu, też pewnie się tam wybiorę. Powracając do wspinania, w Getu udaje mi się wspiać na Abong route (8a, druga próba), Gambei(8a, druga próba) i krótkie Alta Compresion za całe 8b. Wszystkie drogi wydawały się bardzo soft i to raczej nie wynik marca spędzonego w siłowni. Nie zdziwiłabym się, gdyby w przyszłości doczekały się degradacji o przynajmniej stopień.

Zaprzyjaźniona para z Australii. (fot. Ola)

Zaprzyjaźniona para z Australii. (fot. Ola)

Alta Compresion (fot. Anie)

Alta Compresion (fot. Anie)

 

Galeria: