S & J

Musze się pożalić: Brakuje mi chęci do pisania. Tematów jest sporo, bo ostatnio dużo się dzieje za to mam zdecydowaną awersję do białego koloru na ekranie komputera. Tym razem będzie więc krótko i na temat.Wczoraj wieczorem udało mi się skończyć przygodę z (jak do tej pory) najtrudniejszą moją sportową drogą.
Linia „Steve and John” była jedenastoletnim (wytyczona w marcu 2001) projektem wynalezionym w kanionie rzeki Baihe przez Steve McClure i Johna Dunne. Oryginalnie była to linia na własnej asekuracji z bardzo lotnym pierwszym, najtrudniejszym boulderem. Jedenaście lat temu Steve przeszedł drogę na wędkę i wycenił ją na 8b/8b+. Potem pałeczkę przejęli Chińczycy którzy po konsultacjach z autorem obili projekt. Przez wszystkie te lata droga była ikoną, najtrudniejszą drogą pod Pekinem. Praktycznie każdy mocny wspinacz w Chinach miał na niej swój epizod. Ciężko powiedzieć, żeby było na niej tłoczno, bo oprócz trudności wspinaczkowych droga jest również trudno dostępna. 10 kilometrów od najbliższej miejscowości i 20km od jakiejkolwiek innej drogi wspinaczkowej (za to przy drodze Miyun – Huairou) co przy fakcie, że tutaj wciąż posiadanie własnego auta to przywilej najbogatszych zamieniało wyjazd w skały w prawdziwą wyprawę (autobus miejski, metro, autobus dalekobieżny, autobus wiejski, stopowanie=5 godzin w drodze). By dostać się do podstawy ściany trzeba zjechać na dodatkowych linach asekurując się z przydrożnych słupków. Miejsce do asekuracji też nie jest doskonałe i praktycznie wisi się cały czas w uprzęży.
Ja próbowałam drogę już w zeszłym roku przez 3 soboty i 2 niedziele. W tym roku spodziewałam się trudności technicznych bo moi „starzy” partnerzy którzy mogli być zainteresowani drogą, zdecydowali się wyjechać na dobre z Pekinu. Tak więc dwa tygodnie temu, pierwszy raz tym roku pojawiłam sie pod drogą z najlepszym przyjacielem samotnego wspinacza o imieniu Ropeman. Zafiksowałam starą linę i deskę na której można usiąść albo z której można by asekurować i spędziłam dwa dni samotnie w ścianie. Widok z drogi na cały kanion jest naprawdę przepiękny a w godzinach popołudniowych usłyszeć nawet można dzwieki konkursu karaoke odbywającego się w dolinie. Próby były obiecujące więc przekupiłam kolegę czekoladą namawiając na wspólne wspinanie. Gdy przyjechaliśmy pod drogę czekała nas mała niespodzianka. Ktoś uciął moją linę na wysokości 3 ekspresa i rozmontował deskę do siedzenia/asekurowania, całkowicie niszcząc całą konstrukcję do samotnych wstawek. Niestety nie ma szans, żeby była to sprawka osoby niewspinającej się. Wiedziałam, że wyścig o FA na tej drodze to dla wielu poważna sprawa, ale…
Cała linia jest w większości pionowa i niedługa, ma może z 15 metrów i od początku do końca biegnie rysą na palce, ewentualnie na słabe klinowanie dłoni w miejscach restowych. Zaczyna się bardzo czujnym i trudnym boulderem z niesamowicie wysokim wstawieniem nogi. Środkowa część to raczej prosty, techniczny teren za jakieś 7c i na koniec siłowy, już nie tak trudny boulder w przewieszeniu.
W dniu przejścia wszystko było idealne (no może oprócz tej obciętej liny). Zaskakująco zimno, dobry partner i jakoś dziwnie wszystko działało tak jak trzeba. Droga padła w trzeciej próbie na zaskakująco dużym lajcie i tym samym od wczoraj najtrudniejsza linia w Pekinie przestała być projektem. Ja cieszę się, mimo, że to pierwsze przejście, to droga ma już ugruntowaną wycenę nadaną przez Stevena i potwierdzoną na trudne 8b przez wielu którzy byli „o krok”.Dla mnie to przejście niejako kończy batalię z podpekińskimi drogami. Zostaje kilka łatwiejszych linii które mam nadzieję padną podczas następnych dwóch, trzech weekendów. Udało mi się praktycznie wspiąć na wszystko co ma bolty co pewnie wydawać się może niektórym problematyczne, ale jak to ktoś mądry powiedział „nasze szczęście polega na tym, że na krótką metę wszystkie problemy mają proste rozwiązania„. Tym sposobem oprócz wpisu na blog zmuszam się do napisania jeszcze jednego, znacznie krótszego tekstu do moich szefów „…z wielu powodów, lecz w większości tych prywatnych z początkiem lipca, decyduję się na opuszczenie firmy i Pekinu… Pracowanie z Wami było prawdziwą przyjemnością…

Zobaczymy co przyniesie los. Trzymajcie za mnie kciuki.

Aha i jeszcze fotka z „prawie” przejścia:

Jak to sie mowi "na bezrybiu i rak ryba" :). S&J w calej okazalosci.