Wspinamy na własnej

Wspinanie tradowe – podobno to zabawa tylko dla tych z żelazną psychą albo dla tych którym coś w życiu nie wyszło i stać ich na hasła typu „raz się żyje” (na wyspach masowe wspinanie „na własnej” najprawdopodobniej spowodowane jest przygnębieniem wynikającym z ciągłych opadów deszczu).
Tak przynajmniej myśli spora część Europy a na pewno myśli tak większość wspinaczy w Polsce. Ja, muszę się przyznać, przez dużą część mojej „wspinaczkowej kariery” trzymałam się z daleka od tego typu zabaw i nawet podczas wyjazdów na wielowyciągówki, gdy tylko na schemacie pojawiała się informacja że na którymś z łatwiejszych wyciągów trzeba coś dołożyć, nawet nie analizowałam jej przebiegu.
To trzeba było zmienić. Planem na ten rok było przecież próbowanie wielu nowych rzeczy/stylów we wspinaniu. Że rok zaczyna się od zimy, tak więc zaczęłam od wspinania lodowego. Uwieńczeniem było poprowadzenie odnalezionego kilka lat temu lodospadu i wygranie autka w (po części) zawodach we wspinaniu lodowym. Ta część odhaczona. Przyszła wiosna i trzeba było rozglądnąć się za czymś nowym. Powstała strona BeijingBoulders.com i na chwilę przerzuciłam się na bouldery. Brakowało mi liny. Wiadomo było że „trad” wisi mi nad głową ale jakoś trudno było się zmusić. Kilka razy coś tam poutykałam w łatwiejsze rysy ale ciężko było nazwać to wyzwaniem bo łatwo i krótko. Zdecydowałam się na terapię szokową. Razem z Mateuszem i Takako jeszcze w maju wybrałam się do prowincji Yunnan w piaskowcowy rejon Liming gdzie inne niż tradycyjne wspinanie nie istnieje.
Liming ukryty jest głęboko wewnątrz prowincji Yunnan. Żeby się tam dostać, trzeba najpierw przebić się przez dwa najbardziej turystyczne miasta tej prowincji, Dali i Lijiang. W obydwu warto zatrzymać się na chwilę bo każdy z nich ma pewien, mocno ukryty między straganami z chińską tandetą, naturalny urok. Żeby dojechać na miejsce trzeba udać się jeszcze kawałek na zachód od Lijiangu schodząc też tym samym z tak zwanego „ubitego szlaku”. W oddali można podziwiać ośnieżone szczyty Yulong, Haba i innych pięciotysięczników. Górski charakter okolicy nie zapowiada ani trochę tego, że w okolicy istnieje jakiekolwiek wspinanie skalne. Pomarańczowe, prawie że czerwone ściany „uderzają” nagle po oczach dopiero przed samym wiazdem do parku geologicznego Laojiunshan. Widoki są nieziemskie, kolory skał, szczególnie przy zachodzie słońca, oszałamiające. Jest naprawdę, naprawdę przepięknie.
Widok na wioske Liming (fot. Ola Przybysz)

Widok na wioske Liming (fot. Ola Przybysz)

Przy wjeździe do parku należy uiścić jednorazową opłatę w wysokości 80 yuanów. Dużo, ale jak się wkrótce okazuje wioska w dolinie w której należy szukać noclegów jest, nawet jak na Chiny zaskakująco tania. My decydujemy się na bardzo „funcy” pokój w jednym z lepszych hoteli za około 20 yuanów od osoby. Ponieważ docieramy na miejsce dosyć późno, odstawiamy cameloty w kąt pokoju i spędzamy popołudnie na zwiedzaniu. Gdy wychodzimy na ulicę, podbiega do nas wielki owczarek niemiecki. Kilka podrapań za uchem i psina przez następne trzy dni nie odstampia nas nawet na krok. … Jak ja tęsknie za posiadaniem czteronożnego przyjaciela…
Droga za wioską prowadzi nas przez boczny kanion do wzgórza tysiąca żółwi. Gdy dostajemy się na wierzchołek to tajemnicze imię staje się jasne. Ziemia, choć raczej podłoże skalne wygląda tak jakby zasnęło przy sobie, skorupami do góry z tysiąc żółwi. Bardzo bajecznie to wygląda a piękny widok z tego wzgórza jeszcze potęguje wrażenia. Chodzi się po tym na bosaka bo buty szybko wycierają piaskowcową skałę. Turystów jest niewielu więc ucinamy sobie na szczycie dłuższy odpoczynek.
Tysiac zolwi (fot. Ola Przybysz )

Tysiac zolwi (fot. Ola Przybysz )

I jeszcze wiecej zolwi (fot. Ola Przybysz)

I jeszcze wiecej zolwi (fot. Ola Przybysz)

Wieczorem przechadzamy się jeszcze po wiosce. Zamieszkana jest w większości przez dwie mniejszości narodowe: Naxi i Lisu.
Lisu wywodzą się z Kambodży i w Chinach można ich spotkać tylko w tej jednej wiosce. Ludzie ci uwielbiają muzykowanie a piosenki opowiadają historyjki o ich pochodzeniu lub, te nowsze, o miłości. Lokalny aptekarz co wieczór urządzał nam koncerty przygrywając na flecie albo na tradycyjnej gitarze którą odziedziczył po jego pra, pra, pra… dziadku. Lisu pędzą też najochydniejszą wódkę w całych Chinach.
Aptekarz z mniejszosci Lisu (fot. Ola Przybysz)

Aptekarz z mniejszosci Lisu (fot. Ola Przybysz)

Naxi – ta grupa zaskakuje tradycyjnym ubiorem. Ulubionymi kolorami są błękitny, biały i czarny. W jaki sposób rolnicy utrzymują stroje tak śnieżnobiałe, to pewnie lokalna tajemnica. Na pewno kontrastują oni niesamowicie z otoczeniem przez co wyglądają lekko jak przebierańcy udający się na imprezę karnawałową.
Naxi w tradycyjnych strojach (fot. Ola Przybysz)

Naxi w tradycyjnych strojach (fot. Ola Przybysz)

Czas na wspinanie.
W rejonie w tej chwili jest ponad 130 dróg. Wszystkie tradowe. W internecie można znaleźć darmowy przewodnik ze wszystkimi potrzebnymi informacjami (http://junshanclimber.com). Generalnie wspina się w rysach i tylko w rysach. Z powodu koloru skały i stylu wspinania rejon nazywany jest Chińskim Indian Creek. Naszym planem było wspinać się jak najwięcej i po łatwym. Wszyscy straszyli bowiem że to nie to samo co „sport” i nie tylko nie wolno unosić się dumą ale i stękanie na 5.9 jest czymś wskazanym. Chcieliśmy więc zacząć od czegoś banalnego i pewnie by tak było gdyby nie to, że gdy po godzinnym marszu doszliśmy w końcu do pierwszego kawałka ściany, popatrzeliśmy w górę i stwierdziliśmy „No nie, to nie może być trudne” i zaczeliśmy od wcale nie ładnego „Higway to Hell” 5.10c. Po tym „odpoczynku” zmusiliśmy się do małej eksploracji i dopiero wtedy trafiliśmy na przepięknie wyglądające, pomarańczowe rysy Pilars Area. Zerkanie w przewodnik niewiele daje, bo w Liming niektóre drogi po prostu proszą się o to by się po nich wspinać. Jest tam kilka takich piękności, że nie da się ich nie dotknąć. Pierwszego dnia tak właśnie wołała mnie „Faraway Corner” 5.11+.
Faraway Corner (for. Mateusz Krzyzosiak, naskos.com)

Faraway Corner (for. Mateusz Krzyzosiak, naskos.com)

Faraway Corner (fot. Mateusz Krzyzosiak, naskos.com )

Faraway Corner (fot. Mateusz Krzyzosiak, naskos.com )

Idealna rysa na palce była moim wspięciem dnia i choć nie okazała się wielkim fizycznym wyzwaniem to mogę ją zaliczyć do tych najbardziej urokliwych wspinaczek w życiu. Po pierwszym dniu nasunęło mi się pewne spostrzeżenie: we wspinaniu w rysach wykorzystuje się niewiele technik. Można klinować albo „lejbakować”. Co dziwne, wydaje mi się, że nauczenie się tych technik niektórym przychodzi bardzo trudno, a niektórzy z takimi zdolnościami się po prostu rodzą i nie sprawiają im one trudności nawet jeżeli robią to po raz pierwszy. Moją słabą stroną jest klinowanie. Wszystko jedno, czy jest to droga za 5.6 czy za 5.13 wszystko wydaje się tak samo niemożliwe. Z niewiarygodną łatwością wspina mi się jednak w techniką „lejbak” nawet przy jednoczesnym zakładaniu asekuracji. Z Takako było odwrotnie. Zacięcia wymuszające chociażby dwa ruchy łatwego „lejbak” były dla niej nieosiągalne.
Drugiego dnia zdecydowaliśmy się na wspinanie po przeciwnej stronie kanionu w rejonie Cretaceous Area. I tu znowu jakaś siła przyciągnęła nas do drogi której i tak nie byliśmy w stanie zrobić ale nie mogliśmy oprzeć się pokusie spróbowania. Mowa o najpiękniejszej wielowyciągówce na świecie „Soul’s Awakening” 5.10? (piekielnie trudne jak na swoją wycenę). Mateusz padł gdzieś pod ścianą z wysoką gorączką i nie chcąc go zostawiać jedynie z naszymi wiernymi psami (drugiego dnia do owczarka dołączył mały kumpel o imieniu Smiley) zdecydowaliśmy się na poprowadzenie jedynie pierwszego wyciągu. Ja na pewno na nią wrócę bo po takie drogi wraca się nawet z drugiego końca świata.
Dla mnie wyzwaniem dnia okazała się ostatnia linia która nawet nie ma nazwy a wyceniona została na 5.11+. Wybór, jak zwykle spowodowany był urodą, bo linia znajdowała się na najbardziej czerwonym kawałku skały w okolicy a do tego koniec drogi to magiczne piaskowcowe formy wychodzące z rysy a wyglądające jak przyklejony ponadgryzany arbuz. Tym razem trzeba było wcisnąć ręce do rysy i zaklinować więc była walka. Sprawę dodatkowo utrudniała zależność, że im czerwieńsza jest skała tym jednocześnie jest bardziej krucha/sypiąca się. Próbowałam więc w jakikolwiek zmusić jedną rękę do pozostania w rysie a drugą wyciągałam z niej tony piasku. Zjeżdżając w dół trzy kolejne camy wyskoczyły samoistnie z rysy gdy tylko lekko za nie pociągnęłam.
(fot. Ola Przybysz)

(fot. Ola Przybysz)

W Liming spędziliśmy jedynie 3 dni z czego tylko dwa się wpinaliśmy. Biorąc pod uwagę odległość i inwestycję w sprzęt do tradu były to chyba najdroższe dwa dni wspinania w moim życiu. Było warto. Ja już planuję powrót, a dodatkowo kustosz rejonu Mike Dobie stał się moim partnerem na następne, już czysto tradowe, wielowyciągowe wyjazdy do prowincji Xinjiang planowane na miesiąc wrzesień.
Następnego weekendu po powrocie do Pekinu zjawiłam się pod jedyną „idealną rysą” pod Pekinem (8m, 5.11d). Próbowałam swoich sił na niej przez trzy weekendy strasznie się pocąc i stękając a gdy miałam dosyć przenosiłam się na linie z boltami i na niesamowitym lajcie robiłam swoje najtrudniejsze przejścia w rejonie. Po trzech tygodniach coś przeskoczyło i trudności drogi nagle znikły. Zabawne, że przejście tej rysy zajęło mi więcej prób niż jakiekolwiek wcześniejsze przejście sportowe.
Aha, i znalazłam jeszcze kilka interesujących ofwidów… Ale może o tym dopiero w następnym wpisie.  
Galeria:

Smutna wiadomość

Doszła do mnie dzisiaj bardzo smutna wiadomość. Wczoraj, podczas wspinaczki w prowincji Sichuan zginął tragicznie jeden z czołowych chińskich wspinaczy – Yan Dondong. Szegóły nie są jeszcze znane. Dongdong był jednym z niewielu chińczyków który od lat specjalizował się we wspinaczce w stylu alpejskim. W większości wybierał ściany niezdobyte i mało znane szczyty. Po części ze względu na jego zawód (był tłumaczem języka angielskiego), ale przede wszystkim ze względu na jego miłość do wspinania w Chinach, był jedynym głównych ludzi którzy poprzez liczne artykuły i publikacje rozpowszechniali na świat mało znane wspinaczkowe rejony Sichuanu, Xizangu i Xinjiangu.

Prywatnie był zaskakująco nieśmiały, zawsze uśmiechnięty i bardzo pomocny.

Yan Dongdong (pierwszy od lewej) i Zhou Peng podczas jednej ze wspinaczek (Sichuan 2009).

Yan Dongdong (pierwszy od lewej) i Zhou Peng podczas jednej ze wspinaczek (Sichuan 2009).

 

http://wspinanie.pl/serwis/201112/09chinczycy-syczuan-nowe-drogi.php

http://wspinanie.pl/serwis/200912/02siguniang-shan-nowa-droga.php