Lipiec na bezrobociu

 

Mija już jakiś miesiąc jak na pytanie nowo poznanych osób „czym się zajmujesz Ola?” najpierw jakby odruchowo wzruszam ramionami a następnie trochę nieśmiale odpowiadam „wspinam się”… Jak wiadomo, szczególnie przy moim ADHD, taki stan rzeczy zachęca do planowania wypraw, wymyślania projektów i wszelkiego typu aktywności. No więc miesiąc zaczął się intensywnie, od przeprowadzki z wielkiego miasta Pekin do jeszcze większego miasta Shanghai. Przygodę z tą metropolią zaczęłam od lokalnych zawodów wspinaczkowych i wyprawy do granitowego rejonu bouderowego w okolicach miasta Suzhou. A potem już było tylko więcej, szybciej i intensywniej…

 

Zawody jak zawody. Nie powiem, żeby w Chinach w czymś przypominały one te znane mi z Polski. Ludzi jest tu zazwyczaj straszna ilość i to większość tzw. początkująca więc przystawek jest mało i są porażająco łatwe do tego całkowicie brakuje w tych imprezach atmosfery zabawy i chociażby tak ważnego elementu jak np. muzyka. Są za to strefy, dużo sędziów i przepisów. Wszystko zgodnie z najnowszymi zasadami ustalonymi przez IFSC. Nic czego bym się nie spodziewała. A może jednak: na zawodach tych poraziła mnie jedna rzecz która ma znaczny wpływ na całe moje wspinaczkowe życie w Shanghaju. Tu jest strasznie gorąco!!! Gorąco i wilgotno!!! Magnezja grudkuje się w woreczku bo pot spływa po plecach i do niego skapuje. Biorę prysznic i po pół godzinie zastanawiam się, czy głowę mam jeszcze mokrą po kompieli czy to już pot… Widać jest to cena za to, że na skwerku przed blokiem rośnie nie jabłon ale bananowiec.

Na zawodach organizatorzy przygotowali niespodziankę i dla najsilniejszych grup włączyli klmatyzację. Taki lokalny środek motywujący do treningów.

Reprezentacja Pekinu w natarciu (fot. Ola)

Reprezentacja Pekinu w natarciu (fot. Ola)

 

Tak, jak o zawodach nie ma się rozpisywać, to jednak warto wspomnieć o boulderach w okolicach Suzhou. Niewiele z nich spróbowałam bo po kilku próbach padłam z jakiegoś typu udarem termicznym i bólem głowy ale część z nich naprawdę wygląda ciekawie i w zimie, kiedy to temperatura potrafi spaść nawet do 15C może to być całkiem fajna miejscówka. Całość umieszczona jest w parku „Tianping Hill”, toteż za wejście trzeba uiścić opłatę (25 yuanów). Bardzo prawdopodobne, że lokalne wzgórza poza ogrodzeniem parku kryją jeszcze więcej interesujących kamieni które czekają na odkrycie ale tą wyprawę odkładam na jakiś pózniejszy czas. To co udało mi się zobaczyć, to kilkadziesiąt kamieni granitowych o bardzo różnorodnym użezbieniu. Dużo jest przewieszeń i małych krawądek ale zdarzają się też bardzo nietypowe dachy o bardzo „wymytych” kształtach co raczej rzadko spotkane dla rejonu granitowego. Na bardziej „klamiastych”, pionowych kamieniach trzeba uważać na jakość skały bo jak to bywa w nowych rejonach, ciągle jeszcze coś potrafi odpaść. Ci, co nie robią więcej niż V3 raczej nie mają w Tianping za wielu opcji ale za to sporo jest logicznych i naprawdę ładnych trudnych linii. Zanim pot zupełnie zalał mi oczy udało się pokonać kilka boulderow o wycenie V6-V7. Wstawiłam się też do rzekomego V12 tylko po to żeby sprawdzić co w stanie jest przejść ten kurdupel ze stanów zwany Ashima. Pełen respekt!

Poniżej zamieszczam kilka fotek, bo pewnie one oddadzą rzetelniej klimat miejsca.

Suzhou (fot. Ola)

Suzhou (fot. Ola)

Suzhou (fot. Ola)

Suzhou (Ola)

 

Techniczne informacje:

Nie będzie trudno. Suzhou znajduje się pół godziny jazdy pociągiem od Shanghaju. Super szybkie pociągi (300km/h) odjeżdżają z dworca Shanghai lub Shanghai Hongqiao praktycznie co 15 minut. Jakiś kilometr od bramy głównej parku znajduje się zachodni końcowy przystanek lini pierwszej Suzhouskiego metra (Mudu zhang). Z tamtąd, jak kto woli, można piechotką albo autobusem albo taksówką do samej bramy parku. Po przejściu bramy, gdziekolwiek się nie pójdzie to natrafimy na bouldery. W tej chwili nie ma po rejonie żadnego przewodnika ani nawet strony informującej o tym jak się do miejscówki dostać.

 

 

Wielkie plany i totalna porażka

Na ten rok miałam w głowie dwa bardziej ambitne cele. Jeden wielowyciągowy i jeden eksploracyjny. Ten pierwszy, to linia „Lost in Translation” Arnauda Petita prowadząca dachem Great Arch w Getu (200m, 5 wyciągów, 7b+, 7b, 7c+, 8a/a+, 8a+). Już kilka razy wybierałam się samotnie do prowincji Guizhou z nadzieją, że może akurat spotkam pod skałami jakiegoś wspinacza który zgodzi się na poasekurowanie na wcale nie niełatwej wielowyciągówce w dachu. Prawdopodobieństwo takie było oczywiście bliskie prawdopodobieństwu wygrania w totka, ale biorąc pod uwagę, że w okolicy dużo jest też innego wspinania, to tak naprawdę nie ryzykowałam wiele.

Tak więc po 3 dniach spędzonych w Shanghaju znowu wybrałam się do Getu. Tym razem jednak znalazłam wcześniej partnera więc i nastawienie było: przyjechać, wspiąć się, wyjechać! Nawet nie myślałam o możliwości porażki…

To, co działo się przez następne dwa tygodnie, to ile wydarzeń i zbiegów okoliczności może działać przeciwko wcześniej ustalonemu scenarjuszowi jest na pewno tematem na następnego wpisa. Ja dalej nie mogę się otrząsnąć i na razie wolę o tym zapomnieć.

 

Visa Run

Z Getu wyciągnęła mnie prozaiczna sprawa. W momencie w którym zdecydowałam się na wpisanie na listę bezrobotnych straciłam też prawo do przebywania w Chinach na wizie pracowniczej. W tym miesiącu nękała mnie więc też wizja przymusowego opuszczenia kraju i wyrobienia poza jego granicami wizy turystycznej. Udało się jednak inaczej, bo w Chinach niemożliwe często okazuje się możliwe gdy tylko wiadomo do kogo się zwrócić. Z pomocą przyszli zaprzyjaznieni biznesmeni inwestujacy w stoki narciarskie w prowincji Hebei na północy kraju. Przyjęli mnie oni do swojego elitarnego grona i pomogli w wyrobieniu wizy biznesowej przekonując lokalną policję że mam w planach inwestycje sporej gotówki w rozwój sportów zimowych w Chinach. Zeby się troszeczkę bardziej uwiarygodnić, dwa dni poprzedzające wizytę w lokalnym biurze policji musiałam przemieszkać w lokalnym, drogim (z akcentem na „drogim”) hotelu. Wizyta na północy nie obyła się też bez niespodzianek, bo przez prozaiczny bład językowy (zaskakujące, że nie mój tylko kierowcy. Lokalnie nie mówi się tu po chińsku) zostałam wywieziona do wioski Chongyi zamiast do miasteczka Chongli 300 kilometrow od celu. W Chongyi przywitały mnie 4 lepianki z gliny i stado krów. Od razu wydawało mi się podejrzane, że to właśnie w takim miejscu wyrabia się wizy biznesowe… Zwiedziłam więc troszkę prowincję Hebei której pola z uprawami ziemniaków i pszenicy oraz stada krów i owiec zaskakująco przypominają okolice rodzinnego Zgorzelca. Jak dla mnie, oryginalnie. Spedziłam więc dwa dni biegając treningowo po lokalnych wzgórzach choć może powinnam powiedzieć: testując potencjał inwestycyjny okolicy.

 

Projekt Rock Serching

Z północy trzeba było niestety szybko uciekać, bo na następny weekend, w odległości jedynych 1800 km w Quzhou w prowincji Zhejiang odbywała się impreza w której na pewno warto było wziąść udział. Mowa tu o festiwalu wspinaczkowym „Rock Serching”. Wszystko zorganizowane i sponsorowane przez firme Kailash – lidera na chińskim rynku outdoorowym.

Ideą Rock Sherching było zebranie grupy doświadczonych wspinaczy/ekipierów i zafundowanie im 100 dni poszukiwania skał w państwie środka. No bo Chiny do płaskich krajów przecież nie należa. Tak więc team dziewięciu niecale 3 miesiace temu startując w Yangshuo odkrył i obił 5 nowych miejscówek w Chinach (Yangshuo- nowa skala, Leye, Huangshan, Quzhou, Yingxi). Ponieważ podąża za mna fatum złej pogody to i tym razem w Quzhou, w noc poprzedzającą wydarzenie, przygotowane drogi zostały sowicie zlane deszczem, ba niektóre, te w niższych jaskiniach całkowicie znalazły się pod wodą i o wspinaniu raczej nie było mowy. Festiwal wspinaczkowy przeobraził się w festiwal przygodowy z głównym punktem programu – przeprawą przez górski potok (nieistniejący dnia poprzedniego) 150 amatorów wspinaczki którzy chcieliby chociaż żucić okiem na to co firma Kailash dla nich przygotowała. A przygotowała ona ponad 40 dróg znajdujących się w większości w wielkiej, 50 metrów wysokiej jaskini o kilku wyjściach. Jak to bywa w jaskiniach, cały rejon jest bardzo brudny i wilgotny. Wspinając się łapiemy za zielone mchy a zmaokły pył przywiera do rąk, butów i ubrania. Skała też pozostawia dużo do życzenia. Szczgólnie po tak obfitym opadzie, każda próba wspięcia się na którąś z dróg kończyła się obrywem. Rejon wymaga więc jeszcze sporo pracy szczególnie młotkiem i szczotką. Do Quzhou warto się jednak wybrać jeżeli mamy moc. Najlepszej jakości skała znajduje się bowiem na drogach w przedziale 8a-9a. Nie wstawiałam się, ale zaproszeni mocarze z Hiszpani wypowiadali się o tych drogach w samych superlatywach. Podobno równie piękne, lekko łatwiejsze drogi znajdują się przy jednym w niższych wyjść z jaskini. Tu trzeba uwierzyć na słowo, bo te linie od samej podstawy do łancucha znalazły się pod wodą. Rejon ten został wybrany głównie ze względu na bliską odległość od miast Hangzhou i Suzhou gdzie dość prężnie działają wspinacze. To zapewni miejscówce opiekę i stałych bywalców, a przecież o to chodzi, żeby nie tylko poobijać drogi ale też żeby koś się po tych drogach wspinał.

Przeprawa (fot. Ola)

Przeprawa (fot. Ola)

Lekki tlok (fot. Ola)

Lekki tlok (fot. Ola)

Kailash postarał się też o nowinki technologiczne i już niedługo w inrenecie pojawi się przewodnik po wszystkich nowych rejonach w wersji na smartfona. Przewodniki takie staja się w Azji coraz bardziej popularne a wspinacza z plikiem kartek w ręnce analizujacych przebiegi dróg cieżko jest już znalezć. Na pewno jest to fajny, i bardzo przydatny bajer, a jak reklamował szef Kailasha dodatkowo chronimy środowisko nie drukując przewodnika za każdym razem wyjeżdżajac w skały.

 

Dla tych, co lubią odkrywać rejony i podróżować z liną i ekspresami w plecaku zdradzę tylko, że według wszystkich ekipierów biorących udział w projekcie, rejon …. to perełka piękniejsza i z ładniejszymi drogami niż Getu.

 

Zebrana Galeria: