Z Getu o Getu

Od kiedy Pekin przestał być „moim miejscem” trzeba było poszukać rejonu innego niż Baihe w którym mogłabym poczuć się jak w domu. Los chciał, że w momencie kiedy najbardziej tego potrzebowałam, wioska Getu przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Ja odwzajemniłam uczucia i ostatnio przyległam do tej małej wioski powoli stając się jej częścią.

Getu to bardzo niewielkie miejsce. Kilka domów umieszczonych wzdłuż jedynej ulicy prowadzącej do parku. Nie ma tu barów, dyskotek ani nawet porządnego sklepu gdzie można by kupić jabłko czy banana. Choć „Great Arch” zachwyca, to jednak wspinanie w nim jest „wymagające” i może zniechęcić. Tym razem, chciałabym właśnie opowiedzieć o tym jak to Getu „skopało mi d…” i jak to pierwszy raz w życiu po ponad dwutygodniowym tripie wracam do domu z całkowicie pustymi rękami.

Zaczęło się od tego, że znalazłam partnera który zdecydował się na wyjazd do Getu tylko po to, żeby w temperaturze 30+ stopni związać się ze mną liną na wielowyciągowej drodze na której nie byłby w stanie wykonać 90% ruchów. Mówiąc jaśniej kolega Aaron zdecydował się na podążanie za mną 200m na drodze „Lost in Translation” (max 8a+). To nie zdarza się często.

Widok na Losta okiem profesjonalnego fotografa (fot. Sam Bie, ze strony petzl.com)

Widok na Losta okiem profesjonalnego fotografa (fot. Sam Bie, ze strony petzl.com)

Pierwszego dnia, który traktowaliśmy lekko rozgrzewkowo, zjawiliśmy się pod drogą z tylko jedną liną. Mieliśmy wspiąć się na pierwsze dwa wyciągi (7b+, 7c+) i zobaczyć jak to wygląda z bliska. „Lost” to nie tylko wyzwanie wspinaczkowe. Przejście trzeba dobrze zaplanować, bo duża część drogi to dach. Co zrobić, gdy okaże się, że utknęło się na trzecim wyciągu i ma się tylko jedną linę? W górę ani rusz a w dół nie starcza liny… Można by zastosować wycof typu „wypiąć ekspresa i skakać”, ale odległości między wpinkami na tej drodze są bardzo niesportowe i lata się pomiędzy stalaktytami. W każdym razie zaczęliśmy żwawo. Pierwszy wyciąg był dosyć soft i padł w os na dużym luzie. To cieszy. Po dojściu do pierwszego stanowiska miałam sporo czasu na przeglądnięcie przebiegu drugiego wyciągu za 7c+ bo Aaron dość powoli nabierał wprawy w używaniu sprzętu do pałowania. Poraziła mnie odległość do wiszącego w dachu bambusowego siedzenia służącego za stanowisko asekuracyjne. Na oko było tego z 50 metrów a my tak na pierwszy dzień wzięliśmy ze sobą tylko jedną 60 metrową linę. Trzeba było się wycofać i wrócić z większą ilością sprzętu. Pierwszy dzień = pierwszy wyciąg.

W drodze do hostelu strasznie się rozpadało. Padało cały wieczór, całą noc i padało jak wstaliśmy rano. Podobno padało w całej prowincji. Nie widzieliśmy w tym większego problemu bo przecież wspinamy się w jaskini. Problem jednak się pojawił i to cięższy do przeskoczenia niż lekko zamoknięte chwyty. Przez rzekę którą trzeba było się przeprawić na druga stronę żeby dojść do łuku przestały kursować łodzie. Przez kilka dni wspinaliśmy się więc po sportowych drogach najbardziej przewieszonego i chyba najmniej zachwycającego Olivier Crag i trenowaliśmy lokalne, bardzo napalone na wspinanie dzieci. Po kilku dniach pogoda dalej się nie poprawiała a ja dla ćwiczenia psychy zaczęłam wpinać jedynie co czwarty ekspres na znanych mi do obrzydzenia drogach. Aaron chciał zbudować tratwę ale kilka splecionych ze sobą bambusów zostało porwane przez prąd rzeki z taką siłą że zrezygnowaliśmy z tej opcji. Oczekiwanie na warunki prawie jak pod Cerro Torre.

Po tygodniu rzeka jakby zwolniła i poziom wody powoli się obniżał. Pierwsze łodzie które zaczęły kursować miały jednak mocno zawężony czas pracy. Pierwszy kurs był o 11 a ostatni o 16. Dodając 30-minutowy spacer po schodach żeby dostać się pod drogę, na wspinanie zostawało mniej niż 4 godziny. Nie możliwe, żeby skończyć drogę w tak ekspresowym tempie. Druga nasza próba miała więc za zadanie „podotykanie” a nie konkretny atak. Szybka wspinka na pierwszy, znany wyciąg i czas było na zaczęcie prawdziwej przygody. I tu zaskoczenie. Ten 50m wyciąg który przeraził nas tydzień wcześniej okazał się lekko oszukany. Po jakichś 18m wspinu (głównie trawers) po terenie za około 7a+/7b doszłam bowiem do stanowiska. W przewodniku był błąd. Lost in translation to nie 4 wyciągi ale 5. Gdyby nie ta „niedociągłość”, na pewno kontynuowalibyśmy wspinanie już pierwszego dnia… Psychicznie czułam się jednak lepiej. Odległość do bambusowej platformy znacznie się zmniejszyła. Porażała jednak teraz odległość między wpinkami na wyciągu za 7c+. Z nowego stanowiska wszystko było widać jak na dłoni i nie wyglądało to ani łatwo ani komfortowo psychicznie. Tak też było. Tragicznie brudna skała, taśmy poprzewieszane przez tufy które nie znajdowały się nawet w linii drogi i ponad 6 metrowe odległości między boltami. Po kilkunastu metrach wspinania doszłam do zacięcio-komina. Ostatnia wpinka 5 metrów pode mną. 4 metry po prawej jakaś taśma do której nie jestem w stanie dojść. Troszeczkę wyżej nade mną widać niezła przelotkę w tufie. Może uda się przewiesić taśmę? Przynajmniej z godzinę próbowałam przerzucić tasiemkę przez tą cholerną przelotę. Bez rezultatów. Trzeba było poklnąć, rozstawić się na brudnych, obłych stopniach i zrobić kilka kroków w górę. Nigdy w życiu się tak nie bałam. Widziałam w myślach jak spadam pierwsze pięć metrów obijając się o ściany komina a na koniec lądując na jednym ze stalaktytów. Na szczęście obyło się bez tragedii. Przeszłam jeszcze 2 wpinki i doszłam do następnego trawersu z mega run-outem. Tym razem poleciałam. Bliskie spotkanie z jedną tufą i jednym stalaktytem. Czemu ja k…. się wspinam! Chwila dla czarnych myśli ale trzeba było wrócić na drogę. Z „Losta” nie ma prostego odwrotu. Kilka nieudanych prób i ku mojej uciesze znajomi wspinający się na dole zaczęli krzyczeć, że to już czas żeby się zwijać do domu.

Następnego dnia łódka znowu nie pływała. Robimy resta.

Trzeci dzień na drodze: omijamy pierwszy i drugi wyciąg, bo zjeżdżając ostatnim razem zostawiamy sobie zafiksowana linę. Atakuję więc bezpośrednio na 7c+. Wyczyszczone dwa dni temu chwyty działają znacznie lepiej. Mam też już taśmę na przelotce więc dochodzę do miejsca gdzie ostatnio skończyłam bez żadnych problemów. Teraz muszę przyznać, że wyciąg nawet mi się podoba. Przede mną jednak run-out trawers. Wspinam się w górę i w dół, i jeszcze raz w górę i w dół i tak jeszcze kilka razy. Ciężko zaufać brudnym chwytom a nie ma szans żebym wyczyściła je podczas wspinania. W końcu się decyduję. Z „pełnymi spodniami” wpinam następny ekspres. Wygląda na to, że do bambusa teren znacznie się przewiesza wchodząc w dach, ale odległości między wpinkami do samego końca wyglądają już bardziej logicznie. Gdy siadam wygodnie na platformie w niesamowitej ekspozycji i pomiędzy otaczającymi mnie tufami, czuję się niesamowicie. Jest przecudnie. To jest mój świat. Trudno dostępny raj.

Aaronowi dojście do bambusa korzystając z ascenderów zajmuje więcej czasu niż mi wspinając się. Widzę, że ma problemy z wypinaniem ekspresów w tak dużym przewieszeniu. Coś jest nie tak. Na wszelki wypadek zostawiliśmy jednak zafiksowana na dole linę. To zapewnia nam drogę powrotną. Wszystko wyjaśnia się gdy spotykamy się na stanowisku. Ja z uśmiechem mówię:

– Niesamowicie tu, co? A Aaron, całkowicie nie zwracając uwagi na to co mówię, łapie mnie za rękę i szczerze wyznaje:

– Przepraszam cię Ola, ale nie jestem w stanie tego zrobić. Boję się.

Na bambusowej platformie (fot. Aaron)

Na bambusowej platformie (fot. Aaron)

Aaron, mimo że do wymiataczy nie należy, to wspinał się dużo w Yosemite. Wspinaliśmy się też razem na wielowyciągach w Baihe. Zawsze walczył jak dzik i nierzadko latał. To, co go przeraziło na naszym projekcie, to brak kontaktu ze skałą i wiszenie w powietrzu na tylko jednej żyle. Akcja „wypiąć ekspresa i polecieć” okazała się nie do przeskoczenia. Po chwili rozmowy decydujemy się na zjazd do ostatniego stanowiska i definitywnie zakończenie przygody z „Lostem”. Ja próbuję jeszcze wyciąg na wędkę i czyszczę chwyty (może w przyszłości uda mi się wrócić).

Wycofanie planujemy tak: w dół na linie na której się wspinałam a następnie przyciągnięcie się do stanowiska przywiązaną do niego na stałe liną. Wyglądało na to, że 70m na zjazd będzie „w sam raz”. Pierwszy poszedł Aaron. Gdy dojeżdżał do końca liny poczuł się niepewnie i zawiązał sobie na niej dodatkowy węzełek w momencie kiedy wydawało mu się że jest na wysokości na której zamiast zjeżdżając w dół powinien zacząć się przyciągać w kierunku skały. Zresztą do końca liny został jedynie metr. Jak się wkrótce okazało był to metr decydujący, bo utknął on na wyciągnięcie nogi od łańcucha stanowiska. Węzełek na dobre zaklinował się w przyrządzie, a po jakimś czasie prób zaklinował się jeszcze ascender na linie do przyciągania. Jedna lina ciągnęła Aarona w górę i w tył a druga w dół i do przodu. Miałam nadzieję, że sytuacja jakoś sama się rozwiąże bo dopadło mnie przygnębienie z powodu rezygnacji z projektu i zmęczenie po wymagającym psychicznie i fizycznie wspinaniu. Tak się nie stało. Po ponad godzinie zjechałam i najpierw próbowaliśmy wspólnymi siłami pokonać działające przeciwstawnie siły napięcia lin, a gdy to nie pomogło, solując (nie do końca, bo cały czas byłam zawieszona na linie na której po odpadnięciu zawisłabym dokładnie po środku łuku) pokonałam 5 pierwszych metrów drogi i założyłam stanowisko trochę wyżej. Było lekkie zamieszanie z linami ale ten patent zadziałał. I całe szczęście, bo Aaron stracił już całkiem czucie w nogach. Zostało jeszcze tylko wypałowanie do góry i wyczyszczenie górnego stanowiska by zacząć normalne zjazdy do podstawy ściany. Ziemi dotknęłam o 7:30 wieczorem. Dokładnie 2,5 godziny po tym jak odpłynęła nam ostatnia łódka. Ja miałam dość wrażeń, Aaron zresztą też. Sięgnęliśmy więc do portfeli i wybraliśmy opcję sprowadzenia z wioski łódki nad opcją przepłynięcia zamulonej i spiętrzonej rzeki.

Po dniu restu wybieramy się na łatwą wielowyciągówkę na której dla odmiany obydwoje możemy się powspinać. Gdy dochodzę do pierwszego stanowiska, Aaron traci na chwilę przytomność. Przez następne 3 dni majaczy w łóżku z bardzo wysoką gorączką, a ja robię za pielęgniarkę… Kilka dni później wsadzam ciągle jeszcze osłabionego partnera w samolot do Bangkoku. Projekt „Lost in Translation” oficjalnie został więc uznany za zakończony i oznaczony plakietką „TOTALNA PORAŻKA”.

Ja wracam jeszcze na kilka dni do Getu i całe szczęście, bo te kilka dni ratują nieco cały trip. Wszystko dzięki odwiedzinom Słowian z, jak sami mówią, najlepszego Klubu Wysokogórskiego w Polsce. Mowa o dwóch łodzianach, Marcinie i Piotrku. Nowa energia nieco pomogła, ale dalej nie zmuszam się do niczego trudniejszego niż 8a. W wolnych chwilach i podczas długich kolacji dowiaduję się ważnego „kto z kim, kiedy i dlaczego” w polskim światku wspinaczkowym. Fajnie. Pozdrawiam chłopaków i zapraszam na blog Marcina, który jest w trakcie wspinaczkowego tripu dookoła świata (http://wspindookola.wordpress.com/).

To wszystko wydarzyło się dwa tygodnie temu. Na chwile musiałam opuścić „moja wioskę” ale w tej chwili jestem z powrotem w Getu. Tym razem zostałam zaproszona na festiwal wspinaczkowy organizowany przez Chińska Organizację Wspinaczkową oraz firmy Petzl i Ozark. Miały odbyć się tu zawody wspinaczkowe z całkiem sporą gotówką do wygrania. Organizatorzy zmienili jednak decyzję w ostatniej chwili i zdecydowali się na działanie bardziej „komunistyczne” – znaczy każdemu po równo – i z zawodów zrezygnowano. W zamian za to, każdy obcokrajowiec który zjawił się w wiosce Getu otrzymał od organizatorów darmowe noclegi, wyżywienie i kieszonkowe w postaci 2000 yuanów (ponad 1000 zł). Mi całe to zamieszanie całkiem się spodobało, szczególnie dlatego, że gdy przybyłam na miejsce dwa dni przed wspinaczkowym tłumem, spotkałam samotną wspinaczkę szukającą partnera. Była nią Charlotte Durif. Trzy dni wspinania z kimś tak silnym zaowocowało przejściem najtrudniejszej 8b w Getu o okropnej nazwie „Treblinka pour Diego” i powtórzeniem kilku 8a znanych mi z poprzednich pobytów. Tak zwana Charlotka w tym samym czasie pokonała 3 x 8a w tym jedną os i dwie 8b w ekspresowym tempie. Wspinanie z kimś takim naprawdę napędza.

"Treblinka pour Diego"

"Treblinka pour Diego"

Dodaj komentarz