No i po wyprawie

Ten wyjazd był inny… Pierwszy raz w życiu znalazłam się wokół setek a może nawet tysięcy dróg wspinaczkowych gdzie praktycznie żadna nie miała jeszcze przejścia. Na które wzgórze nie spojrzeć, to w głowie ukazuje się obrazek jak z topo a wyobraźnia rysuje po ścianie czerwoną kreskę, zaznacza potencjalne stanowiska, kluczowe miejsca…

-Tu jutro poprowadzę drogę. Albo tu, ta ściana jest jeszcze piękniejsza. A ta rysa – ona będzie moja. Każdy z naszej czwórki miał takie same myśli. Ciężko było się na coś zdecydować a jeszcze ciężej było przyjąć do wiadomości, że na nie wszystko będzie można się wspiąć…

Jadąc do Parku Narodowego Keketuohai nie mieliśmy pojęcia co tam zastaniemy. Teraz, gdy jest po wszystkim, stwierdzić muszę, że nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. Szczerze zachwycona jestem nowo odkrytym miejscem a może i jeszcze bardziej pięknem tradycyjnego wspinania i robienia w tym stylu pierwszych przejść. Sport zamienił się w przygodę a ja w eksploratora i odkrywcę (mów mi Indiana Jones).

Turtle Hill – każda droga to klasyk. (fot. Ola)

Nawet ci wspinacze, co to nigdy mechanika czy kości w ręku nie mieli dobrze wiedzą o ogólnej zasadzie wspinania się na własnej asekuracji: nie ma boltów a o tym, czy wspin jest bezpieczny decyduje fakt wciśnięcia czegoś tam w szczeliny czy inne formacje napotkane na drodze. Proste. Ja też tak zakładałam gdy to jadąc na wyprawę eksploracyjną lekko zataiłam fakt praktycznie zerowego doświadczeniem we wspinaniu tradycyjnym w granicie (tu cicho sza, bo chłopaki z teamu dalej nie wiedzą). Podczas pierwszych dwóch dni wyskakujące z rys camaloty trzy razy trafiły mnie w brodę za każdym razem tworząc na nowo krwawiącą szramę. Zaliczyłam też lot z wyrwaniem dwóch przelotów, niestety jedynych dwóch jakie miałam i po 3 metrowym locie zatrzymanie na półce poniżej. Półka to nie ziemia ale ja zapisuję to jako moją pierwszą „glebę”. Wcale nie łatwy wyciąg poprowadziłam chwilę później niestety w stylu nie najlepszym bo coś tam w rysie zostało i trzeba to podpisać jako przejście z założonymi przelotami. Powstała za to jedna z najpiękniejszych i najtrudniejszych dróg jakie dane mi było poprowadzić na wyjeździe (Turtle Power, 160m ,max 5.12).

Garrett na trzecim wyciągu „Turtle Power”. (fot. Ola)

Każdy nowy dzień i każde wspięcie w Keketuohai przynosiły nowe doznania. Nabieraliśmy pewności do sprzętu i do siebie nawzajem. Mi powoli też szło coraz lepiej i tylko kilka razy podmuchy wiatru sprawił, że właśnie założony przelot odleciał gdzieś w nicość pode mną (i tylko raz był to łańcuch). Niektóre drogi były idealnie czyste i logiczne a niektóre bardziej spod znaku ogrodnictwa niż wspinania. Kilka dni po przyjeździe zamieszkaliśmy w jurcie u kazachskiej rodziny, resty mijały więc też całkiem towarzysko i nierzadko procentowo. Niewidomy grajek umilał nam wieczory brzdąkaniem na mandolinie czy gitarze.

Wrzesień to ostatni ciepły miesiąc w dolinie. W okolicach początku października temperatura drastycznie spada i aż do maja utrzymuje się w okolicach -20/-30 stopni. Wymusza to nomadyczny tryb życia lokalnych mniejszości. Lato spędzają oni w górach północnego Xinjiangu lub południowej Mongolii a zimę w dolinach. Podczas naszego pobytu po parku nieustannie kroczą karawany dumnie wyglądających wielbłądów – głównego tutaj środka transportu. Na grzbietach poprzywiązywane mają drewniane szkielety jurt, piecyki, plandeki… Cały dobytek nomadzkich rodzin. Za wielbłądami dreptają niezliczone ilości kóz, baranów albo krów. Paraliżuje to całkowicie ruch wszystkich innych pojazdów w parku. Koty, niesforne psy i oseski kóz przywiązuje się na szczycie przeładowanych wielbłądów. Ujadający pies na wielbłądzie to bardzo komiczny obrazek. Z rzadka po drodze przebiegną stada koni. W ten zwierzęcy bałagan wplątują się meleksiki z turystami. Siedząc w takich pojazdach słyszę często te same „powalające” komentarze. Chińczycy pokazują palcami kolejne zwierzęta wołając „to jest smaczne”.

Gdy chińczyk który właśnie przyjechał do parku wychodzi z autobusu, to pierwsze co robi, to sprawdza czy rosnące na trawniku kwiaty nie są sztuczne. Obserwuję to samo z każdym nowym autobusem. Nie docenia się siły przyrody w tym kraju…

Wieczory w naszej jurcie. (fot. Ola)

 

Sąsiad. (fot. Ola)

Powracając do wspinania, cichym celem naszej grupy było stworzenie nowego tradycyjnego rejonu wspinaczkowego w Chinach. Często otwieraliśmy więc drogi łatwe zawsze kończąc taki wspin stwierdzeniem „ludzie pokochają tą drogę” albo „to jest to czego to miejsce potrzebuje”. Mike i Andrew praktycznie skupili się na takich liniach. Obydwoje mają dużą potrzebę społecznej pracy w służbie ludowi (wspinaczom). Otwartych dróg często nawet nie próbowali przechodzić. W tym zespole grałam rolę samoluba, bo nie odpuszczałam żadnemu wyciągowi i za każdym razem wracałam na drogę by w końcu wymazać znak zapytania przy wycenie moich długości liny. Całe szczęście miałam pewne poparcie w Garrecie i Torstenie i to z nimi próbowałam trudniejszych rzeczy.

Niezapomnianą przygodę przeżyłam podczas trzech dni wyznaczania nowej, prawdopodobnie ostatniej możliwej drogi na wzgórzu Divine Bell (Ji Rou Ban Mian, około 200m, max 5.12d). Oprócz pierwszego, lekko łatwiejszego wyciągu z bardzo dobrą asekuracją cała reszta była fizyczną i mentalną walką. Drugi wyciąg, mimo że była to kolej Torstena bardzo przypadł mi do gustu i po kilku próbach na wędkę został mi podarowany w prezencie (choć pewnie Torsten myślał, że to ja robię mu prezent). Dwa boulderowe miejsca z czego tylko pierwszy ze lekko stresującą asekuracją sprawiły, że poczułam się na tym wyciągu jak na drodze sportowej. To jedyna moja droga na własnej gdzie występowały długie ruchy, przez chwilę nawet wspinanie czysto płytowe i ruch z wrzuceniem pięty do ręki. Trzeci wyciąg to klasyczne wspinanie w zacięciu które na pierwszy żut oka wyglądał niegroźnie. Nawet przeklęłam pod nosem kiedy Torsten poprosił o blok i górną część drogi zaczął permanentnie haczyć. Dopiero jak szłam na drugiego zdałam sobie sprawę z trudności. Rysa w zacięciu nie tylko się „otwierała” ale do tego w dużej części drogi była za mała żeby wepchnąć w nią nawet najmniejszego z palców. Stopni brak. Dodatkowo po dwóch dniach opadów śniegu była całkowicie mokra. Nie mieliśmy szans na jej przejście w takim stanie. Torsten podczas swojej hakówki zaliczył kilka bardzo pokazowych lecz całkowicie bezpiecznych lotów z wyrwaniem nawet do 4 przelotów. Na drogę wróciliśmy po trzech dniach ale rysa była ciągle mokra. Wbiliśmy 4 bolty na ostatnim, bardzo angażującym mentalnie połogu za 5.11 i pozostawiliśmy linię do pierwszego czystego przejścia na następny sezon. Ji Rou Ban Mian to najtrudniejsza droga jaką otworzyliśmy podczas całego wyjazdu i jednocześnie najtrudniejsza istniejąca w tej chwili w Xinjiangu.

Torsten kończąc drogę Ji Rou Ban Mien (fot. Ola)

Ściana Divine Bell trochę inaczej. (fot. Ola)

Ciężko opowiadać o każdej drodze jaka powstała podczas miesiąca prac. Razem otworzyliśmy 29 nowych linii (87 wyciągów)! Co biorąc pod uwagę, że w rejonie istniało do tej pory nie więcej niż 10 pozostawionych przez trzy poprzednie ekspedycje jest całkiem imponującym wynikiem. Wszystkie linie wyczyściliśmy z p… różyczek i innych roślinek, kruszyzny i zalegającej w rysach ziemi a w niebezpiecznych, nieasekurowalnych miejscach czy na zjazdach dobiliśmy bolty (w sumie 25). Choć pewnie nie byliśmy pierwszymi ludźmi na szczytach, bo na większość wzgórz da się wejść „od tyłu” i wszędzie kręcą się przyjaźni pasterze to wspinaczkowo wejścia na Crocodile Hill, Little Turtle, Snowy Day Slab, The Knife Crag, Shepard Rock i Hontaj Re były pierwszymi w historii. Tym co odwiedzą Keketuohai w przyszłości polecam drogi:

drogę bez nazwy na Nipple Hill (jedyna droga nasza droga która była powtórzeniem), Sky Rim na The Knife Butters, wszystkie drogi na Turtle Hill, Ji Rou Ban Mian na Divine Bell, Freshly Squeezed i Eternal na Shepard Rock, Bundy Route na Waterfall Fossil, Fishy Flip-Flops (to chyba moja ulubiona) i Plumber’s Crack na Waterfall Rock.

Dużo bardziej jednak polecam wycieczkę w głąb parku, bo potenciał wspinaczkowy doliny został przez nas jedynie delikatnie naruszony a im bliżej Mongolii tym ściany większe i więcej na nich rys. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to tutaj umieszczam bardziej szczegółowy raport z wszystkimi drogami jakie udało nam się otworzyć. Raport, to nie to samo co przewodnik (który jest w trakcie przygotowania) proszę więc przymknąć oko na dość oszczędne opisy i całkowity brak generalnych informacji o rejonie i dróg jakie zostały otwarte przez inne zespoły.

Wspinanie, to ta przyjemna część ekspedycji. Wspinaliśmy się więc chętnie. W Keketuohaj wykonywaliśmy jednak również prace bardziej „niemiłe” ale niestety niezbędne dla rozwoju wspinania w tym rejonie. Czyszczenie dróg było czasami ciężkie, pisanie raportów i zbieranie informacji do przewodnika nieraz przyprawia mnie o ból głowy, ale najgorsze z tego wszystkiego były spotkania z oficjelami z parku i przedstawicielami straży granicznej na których próbowaliśmy najpierw przekonać, że wprowadzenie wspinania w okolicy to bardzo pozytywny fakt a później wywalczyć jak najlepsze warunki dostępu do skał dla wspinaczy. Najważniejszą z nowin jakie udało nam się usłyszeć na ostatnim ze spotkań, to że od sezonu 2013 wspinanie w Parku Narodowym Keketuohai będzie oficjalnie dozwolone! Na szczegółowe warunki nadal czekam i nie omieszkam się podzielić.