Wspomnienia

Dawno już zdecydowałam, że pisanie o zawodach czy festiwalach to mało pociągający temat. Z kilkoma wyjątkami zaprzestałam więc zanudzać tego typu wpisami szczególnie, że moda na festiwale w Chinach rozkwita i ciężko tu o miesiąc bez tego typu imprezy.
W tej chwili jestem w Yangshuo, jednym z najbardziej popularnych azjatyckich rejonów wspinaczkowych. Wynajełam mały pokoik w mieszkaniu zamieszkalym przez samych wspinaczy i zamierzam wspinać się w okolicy aż do końca grudnia. Jak nie trudno sie spodziewać, Yangshuo ma też swój festiwal a wydarzyła się on tydzień po tym jak zjawiłam się na południu.
Zaraz po zakończonej imprezie w planach miałam uporządkowanie plików i folderów w moim komputerze. W jednym w pierwszym z folderów znalazłam tekst który przyszło mi napisać na prośbę chińskiego magazynu wspinaczkowego zaraz po zakończeniu pierwszego Yangshuo Climbing Festival. Niesamowite jaka kiedyś byłam zawzięta na zawody i rywalizację.
A tutaj, o tym co się działo dokładnie w tym samym miejscu, podczas takiego samego festiwalu tyle że cztery lata temu:

Artykuł pisany krzaczkami.

12.12.2008 godzina 19:26
 
W końcu wyruszyliśmy. Wagon 5, miejsce 23, górna półka – to mój przydział na następne 30 godzin. Na pryczy naprzeciwko siedzą Helen i Lans – towarzyszyć mi będą w drodze z Pekinu do Yangshuo. Obydwoje przybiegli na stację w ostatniej chwili więc teraz dyszą jak lokomotywy. Ja oglądając przemykające za oknem budynki zaczynam planować szczegółowo przebieg całego wyjazdu.
Planowanie to jedno z moich dziwnych nawyków, ale czemu tu się dziwić, w końcu jedziemy na Yangshuo Climbing Festival – wydarzenie warte planowania nawet w najdrobniejszych szczegółach.
 
13.12.2008 godzina 01:10
 
Nie mogę spać. Pewnie to przez podekscytowanie które nie daje mi zasnąć przed każdymi zawodami w których startuję. A może to wina leżącego na dolnej półce dziadka który chrapaniem obudziłby umarłego.
W Chinach jestem już prawie półtora roku. Trzy semestry nauki języka chińskiego w Beijing Normal University pozwalają mi na rozmowę z ludźmi w pociągu. Młody chłopak którego spotykam w przedziale jadalnym opowiada mi o swojej rodzinnej miejscowości w prowincji Guizhou. Góry, rzeka, w październiku liście na drzewach pięknie czerwienieją… Zapisuję nazwę miejscowości w notesiku. Postaram się odwiedzić mojego nowego kolegę następnym razem wybierając się w podróż na południe. Bardzo często właśnie w ten sposób zdobyte informacje są dla mnie inspiracją dla podróżowania po Chinach. Chiny to kraj o wielu twarzach. Są jednocześnie piękne i obrzydliwe, bogate i biedne … to po prostu kraj kontrastów.  Tutaj nie można ufać przewodnikom turystycznym. Jeżeli tylko jakieś miejsce awansuje i zostanie opisane w którymś z nich automatycznie staje się celem wypraw tysięcy ludzi. Powstają tam parki, hotele i bramki biletowe… Ścieżki zamieniają się w betonowe alejki a kobiety przebrane w stroje mniejszości narodowych oferują idealnie wykonane fotografie. Wiele pięknych miejsc straciło w ten sposób swój niepowtarzalny urok. Chiny z przewodnika turystycznego to nie Chiny jakich szukam…
Od czasu mojego przyjazdu do państwa środka opanowały mnie całkowicie trzy pasje. Pierwsza to niezmiennie od wielu lat wspinanie, druga to język chiński a trzecia to właśnie podróżowanie. Czasami moi znajomi z klasy żartują: „studiując dajesz odpocząć mięśniom, a wspinając się odpoczywa twoja głowa. Idealna dobrałaś swoje pasje”.  Podróżowanie staram się łączyć ze wspinaniem. W plecaku zawsze mam buty wspinaczkowe i woreczek z magnezją…
Mój nowy kolega patrzy ma mnie z niedowierzaniem i reaguje uśmiechem na co drugie moje słowo. Nic dziwnego. Wspinanie to w Chinach młoda, bardzo mało znana dyscyplina i zazwyczaj uważana jest za dziwactwo a nie prawdziwy sport…
Dosyć gadania na dzisiejszą noc. Pora spać. Jutro przecież ważny dzień. Dziadek z dolnej półki wciąż chapie jak smok ale mam nadzieje że tym razem zmęczenie wygra i wkrótce zasnę.
 
14.12.2008 godzina 11:30
Festiwal już się zaczął i ja mam już za sobą kilka wspieć. Dzisiejszy dzień to tzw. zawody na punkty. Im więcej trudnych dróg poprowadzę, tym więcej punktów zdobędę. Taktykę obmyśliłam już wcześniej więc po rozpoczęciu od razu udałam się do sektora wspinaczkowego „The Egg”. Znajduje się tu sporo średniej trudności dróg w okolicach 7a. Spodziewałam się tu też mniejszej ilości zawodników niż na „White Mountain” – centrum całych zawodów czy „Wine bottle” z dużą ilością łatwych dróg.
Atmosfera zawodów jest niesamowicie przyjemna. Każdy każdego dopinguje, podpowiada patenty czy poświęca swój czas na asekuracje gdy brakuje ludzi z organizacji. Szczególnie gdy pod ścianą spotyka się międzynarodowa obsada więcej jest śmiechu, czy opowieści o skałach w różnych częściach świata niż rywalizacji. Obok mnie wspina się bardzo sympatyczna grupa z Filipin – wszyscy są członkami kadry narodowej we wspinaczce sportowej. Szczególną uwagę zwraca Miel Pahati. Krępy – może ze 155 cm wzrostu, lekko przy kości zawsze uśmiechnięty z lekkością pokonuje wszystkie drogi w rejonie. Spotykamy się pod najtrudniejszą linią w sektorze wycenioną na 7c. Miel atakuje pierwszy. Chwila niepewności w trudnościach, ale po chwili wpina linę do łańcucha. Moja kolej. Zdecydowanie gorzej mi idzie niż Mielowi. W trudnym miejscu potrzebuje aż dwóch podejść, ale też w końcu się udaje. Jestem tak zmęczona, że nie zauważam nawet że wszyscy już od jakiegoś czasu siedzą na łączce poniżej i zajadają przygotowany przez organizatorów lunch.
Chwila relaksu i ludziom rozwiązują się języki. Niesamowite jak podobne zainteresowania mogą zbliżać ludzi do siebie. Rozmawiamy tak jakbyśmy znali się od dawna.
Opowiadam wszystkim o rejonach w okolicy Pekinu. Zdaję sobie sprawę, że Baihe nie może się równać z Yangshuo. Jest dużo mniejsze, drogi nie są takie długie, powietrzne… Brakuje tu też większej ilości trudnych linii które przyciągnęłyby dobrych wspinaczy. Baihe to moje szczególne miejsce w okolicy w której mieszkam. Te granitowe skałki nie tylko dają mi możliwość wspinania się w każdy weekend, są też odpoczynkiem od Pekińskiego zgiełku i wrzawy. Szczytami wzgórz ciągnie się Wielki Mur a dolinę przecina rzeka Baihe. Wspinacze mają swoje skałki, wędkarze łowią ryby a niezliczona liczba ścieżynek górskich jest rajem dla trampów. Gdyby nie wspinanie pewnie nigdy bym tam nie trafiła. Jest to jedno z tych naturalnych miejsc o których trudno się dowiedzieć ponieważ z pewnego punktu widzenia nie ma tu nic szczególnego co można by rozreklamować. Wspinaczka pozwala na odnajdywanie takich szczególnych miejsc nie tylko w Chinach.
Miasteczko Yangshuo i jego okolica niestety nie zalicza się do tych mistycznych nie odkrytych przez turystów miejsc. Tutejsze wapienne granie są znane na całym świecie, ale nawet tutaj wspinaczka pozwala na zejście z wyznaczonego turystycznego szlaku i znalezienie się np. w takim miejscu jak rejon „The Egg” gdzie miejscowi wieśniacy uprawiają swoje poletka czy wypasają wodne krowy nie dlatego, by stać się atrakcją turystyczną tylko dlatego, że takie jest ich życie. Wspinanie pozwala mi czasami na poznanie świata takiego jaki jest a nie taki jaki został dla nas przez kogoś przygotowany. Jest to jedna z tych rzeczy jakie kocham w tym sporcie.
 
14.12.2009 23:30
Wchodzę do hostelowego pokoju i z miejsca padam na łóżko. W ciągu 5 godzin trwania festiwalu wspięłam się prowadząc na 14 dróg. 6 z nich to 7a lub trudniejsze. Potem jeszcze pokazy slajdów, wspólne grilowanie i to, że ostatniej nocy spałam tylko 4 godziny po 30 godzinach spędzonych w pociągu sprawiają że jestem zadowolona z siebie ale wycieńczona fizycznie. Czuje, że nie będę miała problemów z zaśnięciem. Jutro zawody na trudność…
 
15.12.2009 13:00
 
Rano odbyła się ceremonia zakańczająca główna część festiwalu. W pierwszym dniu zawodów wystartowało ponad 300 zawodników z 14 krajów świata. Ta ilość tylko potwierdza to jak dynamicznie rozwija się wspinanie w Chinach i  jak bardzo wspinacze potrzebują takich imprez.
Gdy tu przyjechałam półtora roku temu w ramach stypendium chińskiego rządu byłam załamana tym co zastałam. Od  pierwszego dnia zaczęłam przeszukiwać Pekin by znaleźć miejsca w których mogłabym trenować. Miesiąc przed przyjazdem udało mi się zdobyć wicemistrzostwo Polski w konkurencji prowadzenie co dało mi pewne miejsce w kadrze narodowej na rok 2008. Kolega – trener ułożył mi profesjonalny trening wspinaczkowy i wszystko to dawało mi niesamowicie dużo energii do pracy. To, jak trudno znaleźć coś o wspinaniu w Chinach osobie która nie potrafi przeczytać nawet jednego chińskiego znaczka to długa historia. Informacji w języku angielskim jest bardzo, ale to bardzo mało. Duża ich część jest nieaktualna a wspomniane miejsca czy ścianki dawno już nie istnieją.
Pierwsze co zrobiłam, to udałam się do sklepów ze sprzętem wspinaczkowym. Ale ku mojemu zdziwieniu to, że sklep ma pełen asortyment wspinaczkowy wcale nie oznaczało że jego sprzedawcy maja jakiekolwiek pojęcie o tym co to jest wspinanie czy o tym gdzie miejsca wspinaczkowe w jego mieście się znajdują. Po kilku dniach udało mi się znaleźć ściankę wspinaczkową w parku Ritan. Miejsce wydawało się ok, prowadzący ją ludzie również. Następnie, z trudem znalazłam ściankę wspinaczkową Uniwersytetu Geologicznego która poraziła mnie swoim pięknem i rozmiarem. Obydwa te miejsca zdecydowanie różniły się od siebie. Ritan to niewielkie miejsce ale za to czuć, w nim pewien ruch. W ciepłe dni przychodzi tu sporo osób, zawsze można poprosić kogoś o asekurację a właściciel dba o to by co pewien czas pojawiły się jakieś nowe drogi. Dida to zupełne przeciwieństwo. To przepiękny obiekt który zawsze świeci pustką. Brakuje wspinających się ludzi i dróg do wspinania…
Każda z tych ścianek dawała mi pewne możliwości treningowe, ale obydwie miały bardzo dużego minusa – znajdowały się na świeżym powietrzu.
Co się dzieje z tym sportem w czasie zimy? Czy wspinanie w Pekinie zapada w sen zimowy? Dla mnie i mojego treningu ważna była regularność. W tej sytuacji  nawet kilka deszczowych dni całkowicie psuło moje plany. Nie dopuszczałam też do siebie 4 zimowych miesięcy spędzonych bez dotykania chwytów. Po około miesiącu poszukiwań znalazłam ściankę znajdującą się w piwnicach wieżowców dzielnicy Pingod. Dzięki tej małej, zawsze pełnej papierosowego dymu bulderowni przetrwałam moją pierwszą zimę w Pekinie. Dojazd do ścianki zajmował mi około 3 godzin w jedną stronę dwa razy w tygodniu. Na co dzień często zdarzało się, że byłam tam jedyną wspinającą się osobą.
 
Od początku mojego pobytu w Pekinie starałam się startować w lokalnych zawodach wspinaczkowych. Pierwszych kilku nie wspominam pozytywnie. Na jednych powiedziano mi, że wspinam się za dobrze i z tego powodu nie jestem mile widziana. W drugich udało mi się wystartować i wygrać ale za to wygrana przeze mnie roczna prenumerata magazynu outdoroweg nigdy do mnie nie dotarła. Niezrozumiałym dla mnie zjawiskiem jest fakt, że w Chinach obcokrajowiec nie może wziąć udziału w zawodach rangi pucharowej. Jeszcze dziwniejsze jest to, że osoba zarejestrowana w Chinach jako zawodnik pucharowy nie może wystartować w większości zawodów niższej rangi.  To wszystko sprawia, że z dobrymi Chińskimi wspinaczami jestem w stanie zmierzyć się jedynie na zawodach takich jak Yangshuo Climbing Festival, gdzie organizatorzy bardziej dbają o popularyzację sportu niż tworzenie barier.
No właśnie, a zawody na trudność zaczynają się już za chwilę a w nich naprawdę silna obsada Kate Rutherford, Cedar Wright, James Pearson, ABong… To wszystko sprawia, że pocą mi się ręce. Zapowiada się mocne wspinanie.

Obsada zawodów na trudność cztery lata temu.

 
15.12.2009
 
Dochodzi już wieczór. Ciśnienie już dawno ze mnie uleciało i teraz w ramach relaksu snuję się po mieście. Wygrałam obydwie konkurencje festiwalu. Jest to dla mnie tak samo ważne jak fakt, że poznałam ludzi naprawdę kochających ten sport. Próbowałam trudnych wspinaczek i choć nie wszystkie drogi udało mi się ukończyć, to jestem z siebie zadowolona. Znowu naładowana jestem tą pozytywną energią by pracować nad swoim poziomem i wspinać się coraz lepiej…       
 
Festiwal roku 2012 też już za mną. Tym razem reprezentacja Polski również spisała się nie najgorzej. Mówię o reprezentacji, bo tym razem na liście startowej pojawiły się aż dwa polskie nazwiska. Yangshuo odwiedzili bowiem Eliza i David z Warszawy.  Eliza, silniejsza niż jej się wydaje, niejedną zawodniczkę przyprawiła o pocenie się rąk i suma sumarum  aż dwa razy stanęła na podium. Dawid spisał się za to jako zawodowy fotograf zawodów i poniżej kilka jego fotek.

Zawody na trudność. (fot. DavidKaszlikowski.com)

Zawody czas zacząć. (fot. DavidKaszlikowski.com )

Krimpy to moja specjalność. (fot. DavidKaszlikowski.com)

(fot. DavidKaszlikowski.com)