Namaste

Dobrze jest na chwilę odetchnąć inną atmosferą, poznać inną kulturę. Dwa dni temu, wyjechałam z Chin i wjechałam do Indii. Siedzę właśnie w pociągu z Kalkuty do Bombaju i mam wrażenie, że jedyne co się nie zmieniło, to ilość czasu jakie spędzam w pociągach. Mam nadzieję, że trzy dni wystarczą mi na dostanie się do Badami albo do Hampi, gdzie podobno całkiem nieźle można się powspinać. Tymczasem, bezczynne siedzenie wykorzystuje na pisanie o tym, co się u mnie niedawnej przeszłości działo…

 

Kilka ostatnich tygodni spędziłam w Yangshuo – chińskiej Mekce sportowych wspinaczy. Wydawało mi się, że zaszycie się w takiej miejscówce z nastawieniem „wspinać, wspinać, wspinać” będzie bardzo owocne, wręcz przełomowe. Mina troszkę mi zrzedła, gdy okazało się, że dwa wcześniejsze miesiące które poświęciłam na klinowanie dłoni w szczeliny i rysy podczas wyjazdu do parków Keketuohai i Liming troszkę zmieniły mój styl wspinaczkowy. Dało mi to nieźle do myślenia, bo zdałam sobie sprawę jak bardzo intuicyjne jest całe to moje wspinanie. Pierwszy tydzień w Yangshuo wyglądał tak: wspinam się po drodze w wapieniu. Klamy po pachy. Patrzysz i wiesz, że łapie się to nachwytem. Sięgasz… I co się dzieje? Ręka za wszelką cenę szuka klinu gdzieś wewnątrz tej klamy. Strasznie to denerwujące i wcale nie łatwe. Na szóstkach dysze i sapie jak na największych projektach. Dodatkową energię zużywam na ukrycie tego zmęczenia przed innymi wspinaczami, bo trochę mi głupio.

 

Grudzień to podobno najlepszy miesiąc na wspinanie w Yangshuo. Powinno być dosyć ciepło (15-25 stopni) i sucho. Ten rok jest jednak inny. Jeden czy dwa dni niepadania na tydzień to bardzo słaba statystyka. W Yangshuo podczas deszczu da się jednak wspinać. Część, i to ta ciekawsza, rejonów jest przewieszona i mocno waterproof. Problem jest jednak z przetransportowaniem się pod skałę i dużo większy problem ze znalezieniem motywacji na próby na czymś trudniejszym, bo okolica jakaś taka szara i smutna, a po odejściu od ogniska szybko robi się zimno. Ostatnie 2 tygodnie grudnia troszkę mniej padało, za to temperatura poniżej 10 stopni zmusiła (nie tylko mnie) do wyszukania w plecaku zimowych kalesonów.

Kryzys motywacji (fot. JJ)

 

W momentach, gdy troszkę się przecierało i słońce troszeczkę doładowywało moje akumulatory, udało się przejść dwie 8a+ i kilka dróg z przedziału 7c+/8a. Pierwsza 8a+ „Gyn & Tonic” na niesamowitej ścianie White Montain – choć w moim odczuciu bardzo soft – nie doczekała się jeszcze przecenienia. W ostatnio wydanym przewodniku w dół za to spadły trudności większości dróg, które od jakiegoś już czasu planowałam ogłosić swoimi projektami. Tak stało się z drugą z ósemek a plusów (oryginalnie ósemką be), przepiękną wizualnie, „Red Dragon”. Linia ta rozwiązuje lewy pilar łuku Moon Hill (jednej z głównych atrakcji turystycznych okolic Yangshuo i niesamowitego obiektu wspinaczkowego) i ostatnie kilka prowadzi w praktycznie idealnym dachu. Wspinaczkowo, to bardzo wytrzymałościowa i niesamowicie klamiasta linia. Dla tych, którzy lubią urozmaicać sobie wspinanie, możliwe są dwa no-hand-resty wisząc głową w dół na stopach utkniętych w największe z klam. Obie drogi udaje się też przejść Davidowi Kaszlikowskiemu, z którym podczas tych kilku tygodni wiele razy dane jest mi się związać liną.

 

Moon Hill. „Red Dragon” biegnie w lewej części tego imponującego łuku. (fot. David Kaszlikowski.com)

Tydzień przed świętami Bożego Narodzenia przychodzi największy kryzys motywacyjny. Postanawiam więc wyjechać i razem z bliskimi zorganizować przedwczesne obchody Świąt. Pada na świętą, czczoną przez Buddystów górę Heng Shan. Góra okazuje się pagórkiem na którego szczyt gdzie znajduje się świątynia prowadzi kilkunastokilometrowy szlak. Choć nie pada, to cały czas maszerujemy w gęstej chmurze przez co wszystkie ubrania i plecak nasiąkają wilgocią. O tym, że przed sobą mamy przepiękny widok na dolinę przypominały jedynie znaki ustawione na platformach widokowych…

Późnym wieczorem, zaraz po zajściu słońca, dochodzimy do świątyni na szczycie. Ciemno, mgła i dość silny wiatr sprawiają, że bardziej przypomina ona opuszczony zamek niż gościnny dom Buddy. Po wejściu na dziedziniec okazuje się, że właśnie trwa renowacja budynku i wszędzie jak nie rozkopy, to porozrzucane relikwie. Wiatr wyje w szczelinach starego budynku i wybudza tysiące pozawieszanych dzwonków. Posąg grubego Buddy w tych okolicznościach też jakby spoglądał na nas mało przychylnie. Ciarki przechodzą po plecach a do tego, na pierwszy rzut oka wyglądało, że w budynku oprócz nas nie ma żadnej żywej (z akcentem na żywej) duszy. Zaczęliśmy przeszukiwanie korytarzy. Z informacji w przewodniku wynikało, że świątynia ma mały hotelik i w planach mieliśmy zostanie w nim na noc. Po pewnym czasie zauważamy, że w głównym holu, zaraz przy posągu Buddy spod jednych z drzwi wypływa mała struga światła. Pukamy i słychać że ktoś się w środku porusza. Otwieramy drzwi i łapiemy kilku mnichów na graniu w karty na pieniądze przy dźwiękach muzyki disco z komórek. Jak słusznie Mateusz zauważył, do pełnego obrazka „brakowało jedynie noża wbitego w stół”… Moment konsternacji, ale po chwili prowadzeni jesteśmy przez karłowatą kobietę z wyraźnym garbem na plecach i pękiem kluczy w dłoni do naszych pokoi. Wymieniamy się prezentami i oglądamy film na laptopie – standardowo, jak to w Święta.

Tak, tak, ja też mam wrażenie, że spędzanie rocznicy urodzin dzieciątka Jezus w buddyjskiej świątyni jest lekko dziwne, ale na pewno nie niewłaściwe…

Rano zmuszamy się jeszcze na wstanie na wczesnoporanne modlitwy (zaczynają się o piątej) i zjedzenie przygotowanego przez mnichów śniadania (o szóstej). Po wstaniu słońca ruszamy w drogę powrotną do miasteczka Hengshan i koleją rozjeżdżamy się każdy w swoim kierunku.

 

Świątynia duchów (fot. Ola)

Poranne modlitwy w Świątyni Heng Shan (fot. Ola)

Po powrocie do Yangshuo pogoda z każdym dniem była coraz gorsza, ale niespodziewanie wspinało mi się znacznie lepiej. Szybko wspięłam się na kilka 7c+ i jedną 8a (Axmen, notabene przecenionej z 8a+) a w ostatniej możliwej próbie, ostatniego mojego dnia w Yangshuo (który okazał się słoneczny i wyjątkowo ciepły) i dwie godziny przed wigilijną kolacją na „Nine deep, one shallow” 8b na ścianie Banyang Tree. Drogę, która niesamowicie mi się spodobała i na cztery dni bardzo mnie wciągnęła. Kruksem jest kilka bardzo długich, dynamicznych ruchów po tak małych chwytach, że pierwszego dnia prób nawet raz nie udało mi się ich przytrzymać. Stopnie też nie rozpieszczają, szczególnie osób z mniejszym zasięgiem i wymuszają prawie kampusowe ruchy. Top to zdecydowanie łatwiejsza część drogi ale na ruchach, które „z miejsca” wydawały się szóstkowe, podczas realnych prób całkowicie mnie rozginało i tam też zdarzyło mi się polecieć. Droga ma też dość ciekawą historię. Pierwsze jej przejście było przejściem flash w wykonaniu Gerome Pouvreau i podobno można to obejrzeć w filmie Dosage 5.

Polecam wszystkim: gdy wspinanie nie idzie za dobrze, najlepiej spędzić noc w jakiejś świątyni. Naprawdę działa.

Było to pierwsze kobiece przejście tej trzygwiazdkowej drogi.

W kruksie Axmena. (fot. JJ)

 

Axmen. (fot. JJ)

Główny kruks „Nine deep, one shallow”. (fot. DavidKaszlikowski.com )