Wspinaczkowe Indie

Będzie bez długiego wstępu – Hampi jest super. Jedno z tych Azjatyckich miejsc w których jest: 1) tanio, 2) pięknie, 3) ciepło. Zazwyczaj te trzy cechy wystarczają by zwabić „białasów” z wielu zakątków świata. Turyści, w większości młodzi ludzie, bawią się w tych stronach jak tylko potrafią i wszędzie widać uśmiechnięte, opalone buzie. Lokalni też nie mają na co narzekać, bo stały przypływ gotówki sprawia, że życie tutaj łatwiejsze jest niż gdziekolwiek indziej w Indiach. Ci więc też się uśmiechają i tym sposobem Hampi to jedna wielka „wyspa” szczęśliwości i beztroski. Miejsce polecam jako kurację odstresowującą ze stuprocentową skutecznością.

Wyspa szczśliwości (fot. Ola)

Wyspa szczśliwości (fot. Ola)

(fot. Ola)

(fot. Ola)

Jak pewnie większość wie, Hampi to jeden z najpopularniejszych rejonów boulderowych w całej Azji. Konkretniej, miejsce to zlokalizowane jest w stanie Karnataka w południowych Indiach niedaleko bardzo popularnego Goa. Potencjał boulderowy jest tu nieskonczony. Naprawdę jest. Co do jakości pororzucanych po horyzont granitowych kamyków, to można się spierać. Okropnie ostra skała i wysokie temperatury nie pozwalają nikomu na wpadanie w ponadprzeciętny zachwyt. Każdy wydaje się być zadowolony, ale: Francuzi nie przestają mówić o Fontainbleau, Amerykanie o Hueco a Anglicy o Yorkshire…

Ja zjawiam się w Hampi po 5 dniach w różnego rodzaju środkach transportu w dzień po nocy sylwestrowej spędzonej w sypialnym autobusie z Bombaju. W autobusie tym napotykam tez pierwszego wspinacza, Adama z Anglii, także mimo niesprzyjających okoliczności sylwester muszę zaliczyć do udanych i przede wszystkim nie samotnych. Na miejscu melduję się w hostelu Goan Corner, gdzie na dachu domu właściciela zostaje mi przyporządkowana prycza i moskitiera (jest to najtańsza opcja). Zanim jednak udaje mi się dość do ładu dochodzi prawie południe. Zdecydowanie nie czas na rozpoczęcie wspinania. W Hampi bowiem należy przyzwyczaić się do bardzo dziwnego planu dnia. Szósta rano pobudka, szybka kawa i razem z pierwszymi promieniami słońca zaczynamy się wspinać, aż do godziny 11-11:30. Potem nadchodzą takie upały, że wspinanie grozi udarem słonecznym. W południe wszyscy okoliczni wspinacze poddają się więc tak zwanemu chilloutowi. Opcji jest w okolicy wiele, a najbardziej popularna to hamaczek, gitarka i pssss – zimna Pepsi. O 4:30 powraca się do życia. Ludzie łapią za swoje kraszpady (do wypożyczenia na miejscu) i zaczynają tzw. dogrywkę, czyli półtora godziny, kiedy to przed samym zachodem słońca temperatura lekko spada i pozwala na kilka wstawek na rano niedokończonych projektach.

Zaczynam więc mój boulderowy trip od rozglądnięcia się po okolicy. Żółte kamienie na horyzoncie przepięknie kontrastują z niebieskim niebem i świeżą zielenią pól ryżowych roztaczających się poniżej. Na każdym kroku napotykam na jakieś dzikie zwierzątka. To ptaszek, to małpa albo mangusta. Miła to odmiana po Chinach, gdzie oglądanie dzikich zwierząt to przywilej tylko tych co odwiedzają zoo albo ogrodzone parki narodowe…

Na początku wspomniałam, o wyjątkowym potencjale wspinaczkowym Hampi. Kamienie nadające się perfekcyjnie do wspinaczki porozrzucane są dosłownie po horyzont. Jadąc autobusem z Hospet – najbliższego dużego miasta – pola boulderów zaczynają się już 20 km przed Hampi. Gdyby na każdym z tych kamieni otworzyć chociażby jedną drogę, to dróg byłoby miliony a może i nawet miliardy. Jest w tym wszystkim jednak mały haczyk który sprawia, że sławy doczekało się jedynie kilka sektorów. Bo jak powspinać się po boulderach oddalonym o dwie godziny drogi od miejsca gdzie się śpi, jeżeli najlepszy okres na wspinanie to pierwsze i ostatnie 2 godziny dnia? Można by zaryzykować spanie pod namiotem, ale po okolicach rzadziej odwiedzanych przez ludzi grasują czarne niedźwiedzie i jaguary. Jaguarom zdarzało się zakradać nocami aż pod ogrodzenie Goan Corner (to najbardziej oddalony od głównej ulicy resort). Obecność na terenie kilku psów w tym dwóch ogromnych dogów niemieckich nie bardzo poprawia sytuację. Żaden bowiem pies nie ma szans w starciu z tak dużym kotem. Gdy o to podpytuję o to żonę właściciela, ta prawie z łzami w oczach wymienia imiona dwóch jej kochanych pupilów których straciła w ostatnich latach…

Klimat Hampi (fot. Ola)

Klimat Hampi (fot. Ola)

Potencjał... (fot. Ola)

Potencjał… (fot. Ola)

Tak więc wspinanie rozwija się tu tylko w rejonach gdzie można znaleźć miejsca noclegowe. Mamy więc kilka ogródków w okolicach Goan Corner, o godzinę drogi przez pole boulderów zwane plateau jest Baba Cafe (miejsce dobrze znane z filmu Pilgrimage z Chrisem Sharmą w roli głównej), jest jeszcze jedno miejsce w okolicach oddalonego o 4 km jeziora oraz klimatyczne okolice świątyń po drugiej stronie rzeki. Reszta to teren praktycznie dziewiczy wcale nie gorszy od tych popularnych miejsc.

Tymczasem dochodzi wieczór, czyli moja pora na starcie z pierwszymi boulderami. Próbuje coś zaplanować przeglądając przewodnik, ale na czarno-białych stronach wszystkie kamienie wyglądają identycznie. Będzie to również jedno z moich pierwszych starć z wycenionymi boulderami więc trudno powiedzieć w jakie numerki powinnam celować. Podążam więc za ludźmi z materacami na plecach i trafiam do najbliższych boulderów. Okrągłe, jajkowate kamyki każdej praktycznie wielkości dość gęsto rozsiane są po granitowej posadzce. Podchodzę do pierwszej grupy pracującej nad jakąś linią. Czuję lekki strach, kłaniam się w pas, grzecznie pytam „czy można”? …Raz, dwa i po krzyku. Wzniesione ręce w geście zwycięstwa i uśmiech na twarzy. Pytam o wycenę, ale wszyscy wzruszają ramionami. Po mnie wspina się też Adam, tyle że zaczyna trzy ruchy wyżej, zdecydowanie ignorując bardzo wyraźnie klamę startową. Zwijamy kraszpady i przesuwamy się pod następny kamyk i do następnej grupki… W ten sposób w trzy godziny udaje nam się rozprawić w praktycznie wszystkimi liniami w rejonie plateau i poznać większość wspinaczy odwiedzających Hampi. Żadna z linii nie urzekała, ale czuję że się poruszałam, więc na pierwszy dzień po prostu  idelnie. Następnego dnia wybieram się trochę dalej. Podchodzę do pierwszej grupki i po obwodach ich bicepsów widzę, że zaczyna się poważniejsze wspinanie. Na moje szczęście chłopaki boulderowcy na rozgrzewkę wybrali rysę w zacięciu. Podobno klasyk sektoru. Pozwalają mi spróbować ale czuję, że moja biała skóra (znaczy – nowy w Hampi), brak penisa i raczej skromna muskulatura sprawia, że nikt nie bierze mnie poważnie. Robię więc coś, z czego będzie mi się jeszcze spowiadać. Fleszuję linie jednocześnie zaznaczając chłopakom najlepsze stopnie :). W tej grupie jestem już raczej spalona szczególnie, że żadnemu z dżentelmenów tego dnia droga nie puszcza.

Kamyki (fot. Ola)

Kamyki (fot. Ola)

Pokonuję już samotnie kilka fajniejszych linii w okolicy i wracam do Hostelu by zabrać zestaw plażowy, bo na ten południowy reścik zaplanowane jest jeziorko i plaża. Znak „Uwaga na krokodyle” lekko daje do myślenia, ale nie na tyle, żeby zrezygnować z jednego skoku z mostu i chwili zabawy na płyciznach.

Wieczorem tego samego dnia dołączam do grupy francuzów. Projekt nad którym pracują już od kilku dni to 7c który po obrywie nie doczekał się jeszcze powtórzenia. Fajne dalekie ruchy i techniczne haczenia pięty bardzo mi się podobają i naprawdę wciągają… W drugiej próbie udaje mi się wyrównać wynik chłopaków i dojść do przedostatniego trudnego ruchu (sekwencja jest dosyć długa). Drogi nie udaje się nikomu z nas skończyć, ale już podczas kolacji czuję, że mój występ rozniósł się echem po okolicy. Nie, żeby zależało mi na rozgłosie, ale gdy zjawiam się w jakimś rejonie całkowicie sama, to sytuacja w której potencjalni partnerzy sami zapraszają do rozpracowywania trudnych linii jest bardzo pożądana. Wszystko zaczynało się więc układać naprawdę idealnie…

Tym razem nie puściło (fot. Khiya Lisharad)

Tym razem nie puściło (fot. Khiya Lisharad)

Takim błogim życiem wspinacza-boulderowca mogłabym się cieszyć przez całe dwa tygodnie gdyby nie:

Głupi pomysł nr 1: Samotnie do Badami

Całkiem niedaleko Hampi, bo oddalone o jedyne 5 godzin jazdy, znajduje się Badami – najbardziej popularny sportowy rejon w Indiach. Filmy na youtubie i opowieści Indyjskich wspinaczy bardzo pozytywnie nastawiły mnie do eksploracji miejsca i już podczas pierwszego restu wybieram się w samotną podróż na zachód. Nie wdając się w szczegóły, następne dwa dni spędzam wspinając się po drogach nie trudniejszych od 6b, zazwyczaj na wędkę i będąc asekurowana przez napotkanego grubiutkiego kolegę z Niemiec mówiącego całkiem dobrze po Polsku. Ponieważ nie posiadałam sprzętu na dwóch, asekurant obwijał się w pasie taśmą sześćdziesiątką a z nieużywanego końca liny tworzył coś na wygląd szelek. Zresztą, w Badami zazwyczaj większość boltów i tak ma powykręcane plakietki więc pierwszy wspin zazwyczaj robię w stylu solo a następne to już wędeczki. W wybranym przez nas pierwszym rejonie (Temple Area) notorycznie atakowani jesteśmy jak nie przez agresywne małpy to przez jeszcze agresywniejsze dzieci. Po tym jak dostaję od kogoś kamieniem podczas akcji solowania a następnie zjazd kończę z lewym butem wspinaczkowym w ludzkiej kupie, ogłaszam sprzeciw. Nic nie pomoże niesamowitej jakości piaskowiec i naprawdę ładne, logiczne linie. Następnego dnia rano pakuję się i wracam do Hampi.

 

Badami (fot. Ola)

Badami (fot. Ola)

 

Głupi pomysł nr 2: Puchar Indii we wspinaczce sportowej

Już przed wyjazdem do Indii podczas szukania informacji o Hampi natknęłam się na informację o organizowanych w Bangalore zawodach Pucharu Indii. Procedura rejestracji wyglądała na bardzo skomplikowaną, więc wiadomość ta szybko gdzieś mi umknęła i o całej sprawie zapomniałam. Niestety, powróciła bardzo szybko, gdyż w Hampi zaczęły pojawiać się plakaty na których najbardziej rzucającą się w oczy informacją była wysokość wygranych. Od kiedy zrezygnowałam z pracy, takie informacje ciężko jest mi przeoczyć i tym samym 12 stycznia, zamiast rozkoszować się słońcem i boulderowaniem, ponownie wsiadam w pociąg by dostać się do stolicy stanu.

No więc, jak wyglądają zawody w Indiach? Na pewno atmosfera, szczególnie pośród zawodników była bardzo przyjemna. Forma za to niesamowicie rozlazła i strasznie nużąca (zawody trwały trzy dni, każdego dnia od 9 rano do zmroku). Poziom, uff…, niesamowicie niski. Drogę eliminacyjną kobiet w prowadzeniu wyceniam na jakieś 6b. Finałową…, trudno ją wycenić, bo chyba największym niedociągnięciem całych zawodów były źle ułożone drogi. Wszyscy mężczyźni wystartowali w finałach z dokładnie tym samym wynikiem, bo na drodze eliminacyjnej znalazł się ruch „nie do zrobienia”. Jakby ktoś zapomniał przykręcić jednego chwytu i nagle, wychodząc z podchwytu trzeba było sięgnąć do krawądki oddalonej o jakieś dwa metry. Finały były jeszcze gorsze, bo droga puszczała tylko do wysokości pierwszej wpinki a głupi skok zaraz przed drugą sprawiał, że mieliśmy niezłe widowisko z pokazowymi lotami z których każdy kończył się glebowaniem. Kobieca finałowa ruta biegła po głównej ścianie. Do znajdującego się mniej więcej w 2/3 ściany okapu miała jakieś 6a. Przejście przez dach dodawało do tego może jeden stopień. Następnie czteroruchowy boulder prowadzący do łańcucha tworzył z drogi 8a a może nawet 8b. Mnie, jako jedynej udało się przytrzymać dwa pierwsze chwyty w trudnościach tym samym zajmując pierwsze miejsce. Tak więc: Polska zdobywa Puchar Indii w prowadzeniu! Na dokładkę, startuję jeszcze w zawodach „na czas” o których powinnam pewnie więcej napisać, bo to właśnie w nich musiałam się spiąć i powalczyć. India ma swoich reprezentantów w czasówkach i widać, że w tej konkurencji czują się znacznie, znacznie lepiej a ja – znacznie, znacznie słabiej. Ostatecznie zajmuję drugie miejsce i tym samym: Polska ma „wice puchar” w konkurencji na czas!

Widownia (fot. Ola)

Widownia (fot. Ola)

Wicemistrzyni najmłodszej grupy juniorów (fot. Ola)

Wicemistrzyni najmłodszej grupy juniorów (fot. Ola)

(fot. Ola)

(fot. Gyan)

A teraz, będzie o tym dlaczego był to „głupi pomysł”. A więc problemy zaczęły się, gdy po zakończonych zawodach wyciągnęłam rękę prosząc o swoją nagrodę (w grę wchodziła suma, która pokryłaby wydatki mojego siedmiotygodniowego pobytu w Indiach). Zamiast gotówki, otrzymałam czek kreślony na błędne nazwisko z możliwością wypłacenia jedynie w oddziale banku w Bangalore. Żeby było ciekawiej, mój samolot do Delhi odlatywał za trzy godziny a w Indiach właśnie zaczął się festiwal żniw i wszystkie banki zamknięte były przez następne kilka dni. Musiałam się również lekko podszkolić z bankowości i tak: czek kreślony zrealizować mogą jedynie osoby posiadające własne konto bankowe. W Indiach obcokrajowcom na wizie turystycznej nie wolno otwierać kont. I tak kółko się zamyka. Zostawiam czek jednemu z organizatorów, a ten obiecuje, że swoją nagrodę uzyskam następnego dnia transferem Western Union. Pieniędzy jednak nie otrzymałam ani następnego dnia, ani przez następny miesiąc. Frustrująca biurokracja, niesamowita niekompetencja i zwykła głupota kończy się moim przyjazdem do Delhi i wizytą u Prezydenta Indian Mountainering Foundation. Prawie nie wytrzymuję i nie pozostawiam bez dosadnego komentarza, kiedy w czasie gdy czekamy na przesłanie jakiegoś tam dokumentu Pan Prezydent oświadcza mi, że spotkał kiedyś kilku Polaków w górach, a ja w niczym nie przypominam przedstawiciela tej „powolnej i rozlazłej narodowości” i że „to pewnie wynik mojego dłuższego pobytu w Chinach”…

Pieniądze otrzymuję ostatniego dnia pobytu w Indiach godzinę przed zamknięciem banków. Mam nadzieję, że szybko uda mi się o całej tej frustrującej historii zapomnieć, bo przygody jakie przeżyłam przez ten ostatni miesiąc – miesiąc mojego odpoczynku od wspinania – były naprawdę niesamowite. Szkoda, gdyby zostały przyćmione przez taką, jakby nie było, głupotę…

 

Kończąc jeszcze wpis. Boulderowanie w Hampi (pozytywnie) zaskoczyło mnie brakiem zasad i brakiem wycen przy boulderach. Kilka linii – klasyków jakie udało mi się przewalczyć wskazuje na to, że przeszłam kilka 7b i kilka 7a+ i 7a OS. A może i nie…

Dodaj komentarz