Rest

Przełom lutego i stycznia miał być moim miesiącem odpoczynku. Miało być ładnie, bezstresowo i przede wszystkim bez wspinania. Wielu sportowców poleca takie odwyki, a ja przecież wspinałam się bez przerwy przez ostatnie 5 miesięcy (z czego w plastiku niewiele ponad tydzień). Chwilowe zakończenie kariery podsumowałam jeszcze tylko występem w Zawodach Pucharu Indii i dokładnie z połową lutego przepakowałam plecak tak, by buty wspinaczkowe i reszta sprzętu znalazła się na samym dnie a namiot i kuchenka z gazem pod ręką.

Zawiedzie się więc ten, kto spodziewa się znaleźć w tym wpisie okołoskalne opowieści. Miejsca które udało mi się odwiedzić podczas zwykłego podróżowania po Indiach wywarły na mnie na tyle silne wrażenie, że mam niesamowitą ochotę podzielić się z wami tym co zobaczyłam i przeżyłam.

Historia zacznie się dość typowo (a może i nie), bo od spotkania kompanów mojej wycieczki. Niezwykle ciekawych świata i zawsze nieustraszonych – moich rodziców (Gabi i Marka) oraz Mateusza. Moi „staruszkowie” załapali włóczykijowego bakcyla w zeszłym roku po odwiedzinach w Chinach. Dla mojego Taty były to wtedy pierwsze loty samolotem… Tym razem nie zdradzili się z planami i jedynie wyciągnęli ode mnie informację o tym, że planuję wyjazd do Indii. W następnym telefonie usłyszałam już tylko przepełnione radością „Jedziesz do Indii? My też mamy już bilety!”…

Ponieważ, w mojej rodzinie brakuje standardowych turystów planując eskapadę ograniczyć musieliśmy do minimum zwiedzanie ruin, grobowców i świątyń. Pomysł na nietypowy odpoczynek zrodził się po oglądnięciu jednego z odcinków BBC „Ziemia – Planeta ludzi”. I tak, za namową Davida Attenborough, powiększony klan Przybyszów wybrał się w podróż do prowincji Meghalaya, gdzie w otoczeniu nawiedzonej dżungli mieszka lud Khasi…

Poszeżony ród Przybyszów w drodze do prowincki Meghalaya (fot. Ola).

Powiększony klan Przybyszów w drodze do stanu Meghalaya (fot. Ola).

Z odwiedzinami w krainie wiecznie żywych mostów
„W północno–wschodnich Indiach gigantyczne urwisko skalne prowadzi nas do ukrytego świata – Meghalayi. Otoczony przez wysokie na prawie 2000 m skalne urwiska i nękany przez sezonowe deszcze monsunowe, jest to prawdopodobnie najmokrzejszy zakątek na naszej planecie. Corocznie, podczas jednego tylko sezonu notuje się w tej okolicy aż 25 metrów opadów deszczu. Światowy rekord. Życie tutaj napotyka wiele problemów. I nie chodzi jedynie o pozostawanie suchym. Praktycznie wszystkie opady występują tutaj podczas krótkiego, letniego monsunu. Rzeki, z pokornych, leniwych strumyków zamieniają się we wzburzone kipiele. Stają się dzikie, nieprzewidywalne i praktycznie niemożliwe do przekroczenia.
„30 lat temu Hally, członek niewielkiej społeczności Khasi zamieszkujących dżunglowe lasy dolin Meghalayi, zasadził szczepionkę drzewka figowca elastycznego na brzegach niedalekiej rzeki. Dzisiaj uczy kilkuletnią siostrzenicę Julianę jak troskliwie opiekować się drzewkiem. Skore do wicia i oplątywania drobne gałązki drzewa skutecznie zatrzymują kamienie i wzmacniają brzegi rzeki. Ale to nie jedyna funkcja tej roślinki. Hally uczy Julianę jak kierować młode gałązki by rozciągnięte sięgnęły aż na drugą stronę niepozornie w tej chwili wyglądającego strumyka. Gdy wyrosną na tyle by sięgnąć przeciwległego brzegu, zakorzenią się tam ponownie. Posłużą one za podstawę konstrukcji która oprze się powodziom a nawet poważnym potopom. Powstanie wiecznie żyjący most w całości skonstruowany z gałęzi żywego drzewa. Tego niesamowitego projektu żaden człowiek nie jest w stanie ukończyć w ciągu swojego życia. Hally przekazuje więc całą posiadaną wiedzę małej Julianie. Każdego roku opiekować się ona będzie gałęziami które z biegiem czasu staną się silniejsze. Jeżeli Juliana ukończy swój projekt, to most stanie się częścią wielkiego systemu, niesamowitej sieci mostów łączących doliny w krainie Meghalaya.„*

Wyprawę „w poszukiwaniu żywych mostów” zaczęliśmy od pociągowej eskapady na sam wschód kraju. Prowincja Meghalaya znajduje się bowiem na niewielkim w porównaniu zresztą kraju cypelku ziemi Indyjskiej otoczonej przez Chiny i Butan od północy i Bangladesz i Birmę od południa. Prowadzi do niego bardzo ciasny przesmyk gdzie Indie maja szerokość jedynie około 50 km. Turyści rzadko zaglądają w te strony. Transport jest mocno utrudniony i żeby oddalić się od głównej drogi, która biegnie sąsiednią prowincją Assam, należy przesiąść się do terenowych jeepów bardzo nieregularnie kursujących pomiędzy bardziej znanymi miejscowościami. Do większości ze znajdujących się tu krain należy postarać się o specjalne rządowe pozwolenia. Do wielu podróżowanie jest po prostu zabronione.

Typowe miasta indyjskie porażają. Kolorami, zapachami, przepychem zmieszanym z niesamowitą biedą i brudem. Wywołują obrzydzenie i jednocześnie zachwycają. Pozostawiają po sobie bardzo mieszane uczucia. Zderzenia tego nie da się uniknąć, bo każdą podróż w głąb Indii zacząć trzeba w którymś z większych miast.

Gdy wysiedliśmy z ostatniego jeepa pośród niesamowicie zielonych, pełnych życia wzgórz doliny Nongriat, znaleźliśmy się w dosłownie innym świecie. By dotrzeć do pensjonatu na szczycie wzgórza – miejsca, gdzie podobno znajdują się informacje na temat żywych mostów – musieliśmy przejść jeszcze około 4 km. Zjedliśmy późne śniadanie w jednej z mijanych wiosek i ruszyliśmy na łagodny spacer podczas którego cały „stres indyjskich miast” gdzieś się ulotnił. Po drodze minęliśmy kilka katolickich kościołów, które w warunkach wszechobecnej dżungli sprawiały wrażenie misji. Gdy dotarliśmy na szczyt, do niezwykle schludnie utrzymanego ośrodka, przywitała nas jedna z pracownic. Ubrana w szarą niby to sukienkę, niby sukmanę półgłosem zaprosiła do stołu i podała dzbanek z wodą i szklanki. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że wszystko co wykonuje bliskie jest ministranckiej służbie przy ołtarzu. Atmosfera udzielała się nam wszystkim i nagle rozmowy stały się łagodne, a co drugie zdanie zawierało słowa „proszę”, „przepraszam” albo „dziękuję”. Moja mama zignorowała nawet fakt, że któryś raz z rzędu, mimo że prosiła inaczej, podano jej ohydną i do tego mocno przesłodzoną kawę.

Meghalaya, zapomniana kraina. (fot. Ola)

Meghalaya, zapomniana kraina. (fot. Ola)

Tego samego dnia wyruszyliśmy na poszukiwanie mostów. W ośrodku pozwolono nam na zostawienie zbędnych bagaży (jak np. ponad trzy kilogramowych pucharów z moich zawodów) i w godzinę znaleziono dla nas lokalnego przewodnika znającego okoliczne lasy prawie jak własną kieszeń. Przed wyruszeniem warto jest wiedzieć to i owo o okolicy, bo choć jak się później okazało, droga do mostów jest niesamowicie łatwa, to one same otoczone są nawiedzoną dżunglą. Mieszkają w niej różnorakie duchy i demony, a lokalni mieszkańcy zachodzą do niej jedynie by złożyć duchom ofiarę. Nasz przewodnik opowiedział nam historyjkę, o tym jak to kilka lat temu, w wyprawę „na mosty” wybrała się pewna bardzo ważna rządowa delegacja. Jeden z jej członków nie posłuchał rad i wszedł w taką dżunglę za potrzebą. Odnaleziono go dopiero kilka dni później gdy biegał opętany w okolicach jednej z wiosek. Podobno nigdy nie przypomniał sobie co się z nim działo i gdzie przebywał przez te kilka dni…
My trzymając się ścieżek byliśmy bezpieczni. Przewodnik, narzucił takie tempo, że już po dwóch godzinach znaleźliśmy się na dnie kotliny gdzie słychać było szum dość rwącej rzeki. Tam gdzie była rzeka, był też i most. Niesamowity, najdłuższy ze wszystkich i jedyny „zbudowany” z dwóch drzew (po jednym na każdym brzegu). Żywy! Wrażenie było niesamowite. W głowie się nie mieści, że coś takiego naprawdę istnieje. Kilka dość sporych gałęzi tworzyło podstawę konstrukcyjną mostu. Podłogę i poręcze. Reszta to już wyplatanka z mniejszych witek. Dno wyłożone było kamieniami i kłodami innych drzew tak by „podłoga” była równa. Całość, choć na to się nie zanosiło, była dość stabilna i mimo że most był bardzo długi, to niewiele się chybotał. Z mostu zwisało wiele swobodnych witek które dosięgały aż do lustra wody. Przecudny brak harmonii i mistrzowski bałagan perfekcyjny w swej użyteczności.

W poszukiwaniu żywych mostów (fot. Ola)

W poszukiwaniu mostów (fot. Ola)

Portrecik (fot. Ola)

Portrecik (fot. Ola)

Na żywym moście (fot. na-skos.com)

Na żywym moście (fot. na-skos.com)

Rodzice (fot. Ola)

Rodzice (fot. Ola)

Drugi most był trochę inny. Krótszy i chyba starszy, bo zbudowany z większej liczby solidnych gałęzi. Przewodnik mocno naciskał żeby się pospieszyć, a my chodziliśmy z jednej strony na drugą i z powrotem ciesząc się przy tym jak dzieci.

Tej nocy nie zdecydowaliśmy się na powrót do cywilizacji. W wiosce, do której dotarliśmy późnym wieczorem znaleźliśmy mały hotelik. Gekony na ścianach i wielki pająk w łazience nie pozwalały zapomnieć o tym, że zamieszkaliśmy w samym sercu dżungli. Podczas spaceru po wiosce jej mieszkańcy z ukrycia obdarowywali nas wstydliwymi uśmiechami. Odważniejsze dzieciaki machały z okien. Przytłumione „What is your name? What is your name?” wykrzykiwane dziecięcymi głosikami odprowadzało nas do każdego z zakątków mieściny. Centrum wioski okazał się mały sklepik. Można w nim było poprosić o ciepłą kawę, herbatę czy kupić pudełeczko ciasteczek. Gospodyni mówiąca bardzo dobrze po angielsku poczęstowała nas lokalnym specjałem. Słono-słodką lemoniadą z wielkich cytryn. Owe cytryny są składnikiem wszystkich lekarstw używanych przez ludzi Khasi. Gdy dziecko ma gorączkę, wystarczy posmarować mu czoło korą z drzewa musztardowego i polać po tym mocno zagęszczonym sokiem. Temperatura spadnie w ciągu pół godziny. Sok zmieszany różnymi ziołami pije się na wszelkie dolegliwości żołądkowe, skórne czy przeziębienia…

fot. Ola

fot. Ola

Opuściliśmy naszą wioskę po dwóch dniach i lekko błądząc po leśnych ścieżkach, (bo kto by chciał wracać tą samą drogą) wróciliśmy do Indii.

 

Łagodne Himalaje

Po odwiezieniu moich rodziców na samolot startujący ze stolicy kraju wracam z powrotem na wschód gdzie dołączam do Mateusza, z którym wyruszam w kierunku północnym do stanu Arunachal Pradesh. Czyli w stronę tych najpiękniejszych i największych gór – Himalajów. Droga wschód – Delhi – wschód była traumatyczna. Ciężko było odnaleźć się w tej prawdziwej indyjskiej rzeczywistości. Na domiar złego, w drodze powrotnej nie udaje mi się dostać miejsca w pociągu. Na chama wskakuję więc do dowolnego wagonu pociągu „North–East Express”, chociaż według list wydrukowanych na peronach mam dopiero 280 miejsce na liście oczekujących na bilety. Jest szansa, że konduktor wyprosi mnie na pierwszej stacji, ale na pełnoprawny bilet musiałabym czekać prawie tydzień… Na moją korzyść działają przepisy mówiące, że samotnie podróżująca kobieta nie może być wyproszona z pociągu jeżeli za przejazd zapłaciła (ja zapłaciłam za wpisanie na listę oczekujących). Jest jeszcze podobny przepis tylko, że o obcokrajowcach. Siadam więc na wolnym miejscu i mam nadzieję że w tym całym bałaganie i natłoku ludzi nikt mnie nie zauważy.

Indyjska rzeczywistość (fot. Ola)

Indyjska rzeczywistość (fot. Ola)

Indyjska rzeczywistość (fot. Ola)

Indyjska rzeczywistość (fot. Ola)

Kontrola przyszła szybko. Mundurowy wziął ode mnie bilet, popatrzył zdziwiony i pokręcił zdumiony głową i … oddał mi świstek. Siedzący obok mnie mężczyzna zauważając mój bilet szturcha mnie łokciem i szepce coś o tym, żebym biegła do konduktora i zaoferowała mu stówę (na nasze 5 zł), a miejsce się znajdzie. Sięgam do portfela i biegnę. I rzeczywiście, gdy go odnajduję, to właśnie dochodzi do sfinalizowania podobnego biznesu z dwoma Hindusami. Proszę o miejsce, podaje banknot i… prawie się udaje. Dopóki nie zauważa, że jestem „biała”. -„Z wami zawsze są problemy. Od białych łapówki nie biorę…”. I wszystko na ten temat.  Zostaję bez miejsca na następne 30 godzin.

Ludzie w wagonie indyjskiego pociągu zawsze zagadują, ale nigdy nie są w tym natarczywi. Widzę, że traktują mnie trochę lepiej niż swoich i przez większość podróży mam gdzie przykucnąć. Gdy wieczorem gasną światła, ktoś wskazuje mi miejsce na podłodze między pryczami i szepta, że wywalczył je specjalnie dla mnie. Rozkładam karimatę i wszystko byłoby perfekcyjnie, gdyby nie dzieciak z górnej pryczy, który ciągle rzuca we mnie resztkami jedzenia. To, co spadnie mi na twarz strącam na podłogę pod sąsiednie łóżko. Jest ciemno, ale białe chrupki są lekko widoczne. Nagle,… wydaje mi się, że jedna chrupka się poruszyła. Pierwsza myśl: „Pewnie pociągiem zatrząsło”. Ale, chrupka zaczęła poruszać się po dziwnych trajektoriach, no i tylko jedna z nich tak się zachowywała. Wytrzeszczyłam oczy i dojrzałam malutką szarą myszkę. Na początku była jedna, potem dwie a na końcu już dużo. Nie wiedziałam, że w pociągu mogą mieszkać myszy (!)… Podobno takie gryzonie potrafią zaatakować usta albo nos śpiącej osoby, ale nasz związek wydawał się idealny. Ja miałam przecież nadmiar chrupek, których i tak nie miałam zamiaru jeść.

Zasypiam więc spokojna.

Budzi mnie mysz w moim śpiworze. Poruszam się, a ona szybko znika. Lekko przebudzam się i otwieram na chwilę oczy. To, co widzę mrozi mi krew w żyłach. Cały wagon pogrążony jest we śnie a w moich nogach, twarzą zwrócony w moja stronę stoi chłopiec. Przeraźliwie chudy z ramionami okrytymi długą, szarą szmatą. Z głową lekko na boku stoi i się patrzy. W ogóle się nie porusza. Trochę jakby w letargu albo jakby lunatykował. „Ile on już tak stoi? Godzinę? Dziesięć minut?”- przeszło mi przez głowę a po plecach przeszły ciarki. Coś powiedziałam, a on nawet nie drgnął. Nie widziałam dokładnie jego oczu, bo padający cień zarysowywał jedynie oczodoły. Czułam jednak, że chodzi mu o mnie. Nie będąc w stanie nic wymyśleć, również wpatrywałam się w niego. Serialnie, bałam się go. …Po jakichś 3 minutach, które mi wydawały się 3 godzinami, nagle poruszył się. Nie unosząc praktycznie stóp, wolno i nienaturalnie, powiedziałabym nieludzko, zaczął się obracać. Gdy stał już twarzą do korytarza, w tym samym tempie posunął przed siebie. Bosa sylwetka była przerażająco drobna i okropnie drżała. Nie byłam pewna czy była rzeczywista.

Po chwili było „po wszystkim”. Leżałam z otwartymi oczami nie bardzo wiedząc, co się przed chwilą stało. Może tylko mnie wydawało się to ekstremalnie dziwne…

Zawsze po horrorach ciężko mi zasnąć. Wyciągnęłam więc komórkę i próbowałam zgubić gdzieś myśli grając w głupią gierkę. Ktoś przyszedł i usiadł na skrawku mojej karimaty. Zezwoliłam na to bez problemów, bo moja miejscówka i tak wydawała się sporo większa niż innych pasażerów na gapę. Po pewnym czasie przysnęłam.

… budzi mnie ruch w moim śpiworze. „Czyżby znowu koleżanka myszka?” Poruszam się, a ruch ustaje. Przysypiam. Chwilę później znowu czuję ruch w okolicach uda. Gwałtownie się poruszam żeby wygonić gryzonia, ale coś jest nie tak. Zdecydowanie nie była to mysz. Podnoszę głowę i widzę jak ręka mojego nowego towarzysza, który w międzyczasie z pozycji siedzącej przeszedł w półleżącą powoli wysuwa się spod mojego śpiwora. Serce zaczęło mi bić jak szalone. Przypomniał mi się wyjazd do Iranu gdzie, choć nikt nigdy nie posunął się na tyle daleko, żebym mogła zdecydowanie, głośno zaprotestować to nagminnie czułam się napastowana. Wtedy, kilka lat temu wstydziłam się… Nie ma szans, żebym pozwoliła na powtórkę. Chwila niepewności, ale nagle zbieram się w sobie i zdecydowanie podnoszę głowę zaglądając zboczeńcowi prosto w oczy. On sam nie bardzo reaguje, ale ja kładę się ze świadomością, że moje przyłapanie „na gorącym uczynku” załatwi sprawę. Rzecz jasna zasnąć już nie mogę. Przymykam jedynie oczy, by po chwili poczuć, rękę wsuwającą się ponownie pod śpiwór. Zamarłam. Totalnie  mnie zamroziło i nie potrafię wytłumaczyć skąd takie znieczulenie. Nawet przez chwilę, cała głupia, zacisnęłam mocniej oczy licząc, że po prostu przestanie. Tak się nie stało. Gdy uświadomiłam sobie powagę sytuacji ręka była już zdecydowanie za daleko. Gwałtownie usiadłam. Podniosłam rękę i palcem wskazującym pokazałam klasyczne „won!”. Ręka drżała mi strasznie. Cała drżałam.

Facet podniósł się i bez ukazania skruchy zmienił pozycję z leżącej na siedzącą dalej okupując mój kawałek karimaty. Czułam się zaskakująco bezradna. Położyłam się z powrotem i wmówiłam sobie, że jeżeli nie pozwolę mu się już położyć to wszystko będzie ok. Miejsca było mało, więc stopami i łydkami mogłam wyczuć jak się układa się on w wygodnej dla niego pozycji siedzącej. Każdy jego ruch przyśpieszał bicie mojego serca. Mózg pracował na najwyższych obrotach. „Niech on przestanie się wiercić. Niech da o sobie zapomnieć…” Degenerat jednak wiercił się i wiercił co chwila mnie poruszając. Gdy szturchnięcia stały się szybkie i równomierne zrozumiałam, że historia jeszcze się nie skończyła. Fakt, że nie dotykał on już mnie, tylko siebie dużo zmieniał. Wstałam na równe nogi i wykrzyknęłam „Spierdalaj chamie!!!”.

Mężczyzna zapiął rozporek, wstał, zabrał swój kocyk i powolnym krokiem odszedł w głąb wagonu. Kilku ludzi w przedziale przebudziło się. Pewna jestem, że wiedzieli co się stało. Nikt nie zareagował.

Gdy wzeszło słońce nie mogłam wybaczyć sobie, że nie zapamiętałam twarzy tego degenerata. Każdy mężczyzna był teraz podejrzanym. Okropnie wściekał mnie każdy fizyczny kontakt a tych nie dało się uniknąć podróżując na gapę indyjskim ekspresem. Ktoś się do mnie uśmiechnął – „zboczeniec!”. Ktoś się gapił – „zboczeniec!”. Ktoś otarł się o moje kolana, mimo że wydawało mi się, że miejsca było na tyle dużo, że nie musiał tego robić – „zboczeniec!”. „Wszyscy zboczeńcy!”

…Wstałam i wyszłam do łącznika pomiędzy wagonami.

Chwilę postałam w przeciągu, co przyniosło orzeźwienie. Spuściłam wzrok i w najciemniejszym z zakątków pomieszczenia ujrzałam moją nocną zjawę. Chudego, trzęsącego się chłopca. Był jak najbardziej realny. Boso siedział w największej kałuży wody wypływającej z toalety, z głową schowaną w kolanach. Jako jedyny nie zareagował na przypływ wody i nie przesuwał się w suchsze miejsce. Jako jedyny nie miał kartonika izolującego go od metalowej podłogi. Ja lekko marzłam w mojej puchówce, a on bez butów, w krótkich spodenkach i z wpół zamokniętą szmatą na ramionach siedział po kostki w kałuży. Nie był on zwykłym, biednym indyjskim chłopcem. Coś tu mocno nie grało. Ciężko wytłumaczyć, na czym to polega, ale tak samo, jak zawsze potrafiłam odróżnić bezdomnego psa od psa, który się po prostu zgubił tak samo wiedziałam, że ten mały człowiek potrzebuje pomocy. Po chwili ktoś do mnie dołączył. Nawet hindusi z klasy „na gapę” tak przecież przyzwyczajeni do wszechobecnej biedy, zauważyli, że trzeba działać. Jeden z młodych mężczyzn pochylił się nad chłopcem i coś zaczął burkać mu do ucha. Ktoś inny chwycił chłopca pod ramiona i podniósł. Wszystkim ukazały się wielkie, niebieskie, przerażone oczy. Nic dziwnego, że w nocy przestraszył mnie jego widok. Zarówno jego twarz jak i cała sylwetka przywoziła na myśl postaci śmierci. Chłopiec na siłę próbował skulić się z powrotem w swój kłębek. Za wszelką siłę nie chciał wracać do naszego świata. Pasażerowie zalali go potokiem pytań, ale on na żadne nie odpowiedział. Po chwili zaczął wydawać z siebie delikatne jęki. Ktoś przyniósł mu coś do jedzenia. Ktoś inny wcisnął mu w rękę jakieś pieniądze. Wszystko po chwili wypadało do kałuży na podłodze. Mały chciał jedynie żeby zostawić go w spokoju… Ani głód, ani zimno nie były dla niego straszniejsze od kontaktu z rzeczywistością. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co ta istotka w życiu przeżyła, co mogło wywołać taką niesamowitą obojętność i utratę woli życia. W moim wyobrażeniu był to szczyt biedy, a ta przerażona twarz zawsze już będzie mi się przypominać, gdy wspomnę mój wyjazd do Indii.

Pociąg dojeżdża do celu opóźniony o 8 godzin. Nigdy, przenigdy więcej nie wsiądę do „indyjskiego dalekobieżnego” bez miejscówki.

 

W góry

W stanie Arunachal Pradesh trzeba być odważnym turystą. Przed wyprawą należy trochę poplanować, bo wjazd w ten przygraniczny rejon wymaga specjalnego i wcale nie taniego, pozwolenia od lokalnego rządu. Na miejscu, każde wyjście w góry, to małe szaleństwo. Całkowity brak map czy opisów dróg nie pozwala przewidzieć ani odległości ani trudności czy wysokości tras. I tak, wyruszając w nasz pierwszy trekking myśleliśmy o pochodzeniu po górskich wioskach. Dwa, góra trzy dni… Do miejscowości Tawang, która jest stolicą prowincji wróciliśmy po tygodniu po przejściu ponad 100km w terenie wahającym się od 1900 do około 4600 m n.p.m.

Gdzieś w okolicach wioski Lumla (fot. na-skos.com)

Gdzieś w okolicach wioski Lumla (fot. na-skos.com)

Śpiący mnich (fot. Ola)

Śpiący mnich (fot. Ola)

Nasze wyjście zaczęło się od krótkiej przejażdżki do wioski Lumla. Wybór był losowy a i w wiosce za wielu atrakcji nie było. Jedynymi i zawsze obecnymi rozrywkami były przepiękne widoki na głębokie i bardzo, jak na tak wysokie góry, zielone doliny oraz obcowanie z lokalsami. Mieszkańcy tych okolic, to w większości ludzie Mompa. Ich najbardziej rzucającą się w oczy cechą są stroje, a szczególnie czapki-tarantulki. Trochę jakby filcowe, zawsze czarne beretki, z których w boki odchodzą sztywne kosmyki przypominające rozgniecione na głowie, wielkie pająki. Owe charakterystyczne strąki to sposób na radzenie sobie z obfitymi deszczami. Woda, która spadnie na czapkę sprawnie po nich spływa i nie pozwala na zamoknięcie twarzy i ramion.

Czapka - tarantulka (fot. Ola)

Reprezentantka mniejszości Mompa w czapce – tarantulce (fot. Ola)

Z Lumli w dół doliny prowadzi tylko jedna droga. Po noclegu w jakimś opuszczonym budynku na samym szczycie wioski wyruszyliśmy więc w nieznane. Po drodze mijaliśmy małe, drewniane wioski które zaskakiwały czystością i wrażeniem ogólnego dostatku. Mimo, że był luty a my byliśmy w wysokich górach, to klimat był dość łagodny a minusowe temperatury dokuczały jedynie nocą. Drugiego dnia, gdy doszliśmy na dno wąwozu, w którym wartko płynęła górska rzeka było na tyle ciepło, że zdecydowaliśmy się nawet na kąpiel…

Ludzie których spotyka się w górach są bardzo specyficzni. Zgaduję, że to trudne warunki bytowania wyrobiły w nich bardzo prostolinijne podejście do życia. Są to zawsze bardzo skromni i silni mentalnie ludzie. Gorące przywitania i nagłe wybuchy radości z ich strony to rzadkość, ale możemy być pewni, że w razie problemów każda napotkana osoba udzieli nam potrzebnej pomocy. Lubię wśród nich przebywać i zawsze imponują mi oni swoim hartem ciała i ducha…

Odkryć ciepłą stronę duszy „himalajskiego człowieka” udało nam się szczególnie podczas naszego drugiego wyjścia w góry. W rozklekotanym busiku wywożącym nas poza miasto Tawang poznaliśmy trzy przesympatyczne mniszki. W czerwonych szatach, wszystkie lekko grubiutkie i z ogolonymi głowami wracały z zakupów w stolicy. Zbliżało się właśnie święto Tybetańskiego Nowego Roku i dziewczyny zakupiły sporo podarunków dla swoich bliskich. Chichrały się i przekomarzały oglądając wzajemne pakunki. Gdy wszystko już przejrzały, ich uwaga skupiła się na nas. Najstarsza z mniszek o imieniu Ganden mówiła całkiem dobrze po angielsku i była dość ciekawa naszego życia i przygód…

Gdy dojechaliśmy do rozdroża, gdzie mieliśmy się rozstać, rozmowa na tyle nas wciągnęła, że Ganden ostro stwierdziła „Wysiadajcie. Zostaniecie dzisiaj u mnie..”. I w ten właśnie sposób dane nam było spędzić dwa niesamowite dni mieszkając wśród mniszek niewielkiej górskiej świątyni Singsor Gompa. Ganden przyjęła nas w swoim małym, przyświątynnym domku na stokach jednej z gór. Budyneczek składał się ze sporego przedpokoju/salonu z betonową wylewką na podłodze i smutno gołymi ścianami. W centrum stał metalowy piecyk na drzewo, na którym wiecznie gotowała się woda. Ponieważ elektryczność w całej prowincji Arunachal Pradesh pochodzi z hydro elektrowni zasilanych małymi górskimi strumykami, to w sezonie zimowym, gdy woda zamarza, elektryczności jest na prawdę mało. Na światło z żarówki pozwolić sobie można jedynie dwie, góra trzy godziny dziennie.

Aż miło było popatrzeć, jak sprawnie Ganden krzątała się po kuchni i pokoju pozbawiona całkowicie zdobyczy dzisiejszej techniki.

Ganden w swoim domku.  (fot. Ola)

Ganden w swoim domku. (fot. Ola)

Tłumaczenie rytułałów w starej świątyni. (fot. na-skos.com)

Tłumaczenie rytułałów w starej świątyni. (fot. na-skos.com)

"Tam jest Polska". Mateusz i Ganden na tarasie przeyświątynnej chatki. (fot. Ola)

„Tam jest Polska”. Mateusz i Ganden na tarasie przyświątynnej chatki. (fot. Ola)

Przyrządziliśmy razem obiad z ryżu, kapusty i marchewki, po czym wyruszyliśmy na zwiedzanie. Widok z ogródka na otaczające góry był oszałamiający. Mając tak piękne widoki za oknem, nie dziwię się, że nie dba się o wystrój wnętrza domu. Kilka metrów powyżej budynku znajdowała się „nowa świątynia” używana do większych zgromadzeń. Do codziennych modlitw używano starej świątyni do której prowadziła kręta ścieżka pośród domów innych mniszek. Stara świątynia bardzo nas zachwyciła. Przesiąknięte zapachem kadzideł kotary z wełny jaka i półokrągłe wytarcia w drewnianej podłodze w miejscach, gdzie ludzie od lat klękali by się modlić wymuszały szacunek i nastrajały pewnego rodzaju optymizmem.

Zalewamy Ganden potokiem pytań a ona powoli i jasno objaśnia nam wszystkie lokalne obrzędy. „Om mani padme hum, om mani padme hum” – powtarza nam mantrę w momentach, gdy nie możemy zrozumieć zakładając, że te sześć sylab tłumaczy wszystko…

W społeczności buddyjskiej tych okolic obowiązuje zasada, że gdy w rodzinie jest przynajmniej trzech chłopców, to zawsze ten środkowy zostaje wysłany przez rodzinę na służbę do świątyni. Reprezentant rodziny w świątyni zapewnia wtyki u tych na górze. W rodzinie Ganden nigdy nie doczekano się męskiego potomka. Do świątyni wysłano więc kilkuletnią Ganden. W odróżnieniu od wielkich klasztorów, w Singsor Ani** Gompa nigdy nie było szkoły. Mniszki są więc w większości niewykształcone. Spora część nie potrafi nawet pisać i czytać. Nauka zaczyna się i kończy na modlitwach i obrzędach.

Nasza gospodyni mówiła jednak biegle po angielsku, tybetańsku i w hindi a i szybko dało się zauważyć, że bardzo ceniła wiedzę którą posiada. Jej marzeniem jest skończenie studiów z filozofii tybetańskiej na uniwersytecie w stolicy. Do czasu, gdy nie zbierze na to wystarczających środków, zajmuje się nauczeniem. Założyła ona niesamowitą, darmową i całkowicie dobrowolna szkółkę dla małych mniszek i dziewczynek z okolicy.  Co drugi dzień naucza ona języka angielskiego na zmianę z tybetańskim.

Zaproszeni na taką lekcję zajmujemy dwa przygotowane wcześniej krzesła. Dziewczynki w wieku siedem do czternastu lat przychodzą ze swoimi  matami i zajmują miejsca na klepisku chaty.

„- Mam na imię Lamo. Mam 10 lat. Moim ojcem jest Nagri. Moją matką jest Totu. Przynależę do świątyni Singsor. Moją ambicją jest zostać dobrym człowiekiem.  – jedna po drugiej dziewczynki przedstawiały się używając tego samego schematu.

– Mam na imię Ola. Moim ojcem jest Marek. Moją matką jest Gabi. Przynależę do miasta Zgorzelec. Lubię podróżować. Lubię sport i lubię zwierzęta… – wypowiedź przerwały mi podniecone głosiki dziewczynek a Ganden wytłumaczyła mi, że słówko zwierzęta było na ostatnich zajęciach i teraz cała grupa cieszy się, że mnie zrozumiała…”

W pomieszczeniu w którym odbywały się zajęcia panował głęboki półmrok. Świetlówka na suficie zgasła po pięciu minutach i cała lekcja odbyła się przy ciepłym świetle lampy naftowej i ognia z paleniska z rogu pokoju. Ganden czytała dzieciom śmieszne opowiadania po tybetańsku i pokój wypełniały radosne śmiechy. Dziewczynki wyrywały się do odpowiedzi na pytania zadawane przez nauczycielkę i lekcja szybko minęła.

Lekcja języka tybetańskiego. (fot. Ola)

Lekcja języka tybetańskiego. (fot. Ola)

Wieczór spędziliśmy na rozmowach przy piecyku a ranek przywitał nas piękną pogodą zachęcającą do dalszej podróży.

Tego dnia nie czułam się najlepiej. Szczerze mówiąc, to już od kilku dni, a dokładnie to od momentu gdy bez aklimatyzacji zmuszeni byliśmy przenocować na wysokości w okolicy 4300 ciągle byłam słaba i miałam problemy z żołądkiem. Cieszyło mnie więc, że za następny cel wybraliśmy sobie świątynię oddaloną jedynie o kilka kilometrów od Singsor. Gdy doszliśmy do celu było już późne popołudnie i mrozik zaczynał dokuczać. Na ganku świątyni, w metalowym wiaderku, po kostki w wodzie stał kilkuletni, nagi chłopiec. Na nasz widok wyskoczył z kąpieli i jak bezbronne zwierzątko zaczął biegać po dziedzińcu szukając jakiejś kryjówki. Dziecko było tak nami przerażone, że by skończyło wieczorną kąpiel my musieliśmy poczekać w oddali. Ciężko stwierdzić, czy trzęsło się z zimna czy ze strachu.

Noc znowu udaje się nam spędzić na w gościnie. Matka chłopczyka przygotowała nam palenisko w jednej z przyświątynnych chat i wskazała miejsca na drewnianej podłodze. My poczęstowaliśmy ją ciastem a ona nas słoną herbatą z masłem z mleka jaka. Mimo, że kobieta skończyła jedynie cztery klasy szkoły podstawowej to, gdy już się przyzwyczaiła do naszej obecności to przypomniała sobie kilka zwrotów z lekcji angielskiego i dosłownie zamęczyła nas na wpół niezrozumiałymi dla nas historyjkami.

Rano wstałam jeszcze słabsza a dodatkowo tego dnia czekał nas stromy trek do kamiennego wzgórza, na którym poprzedniego dnia zauważyliśmy jakiś tajemniczy budynek. Odległość „na oko” nie wydawała się duża, ale strome podejście na wysokości około 4000m okazało się dla mnie zbyt dużym wyzwaniem. Co pół godziny wymuszałam przerwy a gdy tylko siadałam na ziemi, z miejsca zasypiałam. Dodatkowo męczyła mnie biegunka i ostre wymioty…

W połowie drogi całkiem opadłam z sił. Zaproponowałam, że zostanę przy drodze a Mateusz niech idzie do świątyni na zwiady. Gotowa byłam zostać przy ścieżce na noc, bo każdy krok kosztował mnie niesamowicie dużo energii. Trochę jakbym szła w głębokim śniegu hamującym każdy mój ruch.

Mateusz zostawić mnie nie chciał. Nie był też w stanie zanieść mnie na górę. Opcja schodzenia w dół nie przeszła nam nawet przez myśl. Cel nie wydawał się być daleko tak więc Mateusz żwawo ruszył do góry i obiecał, że zostawi na szczycie plecak i po mnie wróci. Nie chciałam się poddawać, więc wolnym krokiem, noga za nogą ruszyłam jego śladem. Po kilku minutach padłam na środku ścieżki i po prostu zasnęłam na ziemi. Dwie godziny później, szturchnięciem w ramie obudził mnie lekko zdziwiony Mateusz. Gdy już mnie wybudził, opowiedział o niesamowitej świątyni i jeszcze bardziej niesamowitym tybetańskim mnichu, który w niej rezyduje. Jego podekscytowanie udzieliło się również mnie, i już bez plecaka ruszyłam swoim ślimaczym tempem do góry.

Po drodze minęliśmy źródełko z wodą uwalniającą od złej karmy, ale widocznie na świecie zbyt wielu ludzi potrzebuje tego typu lekarstwa, bo w miejscu gdzie powinno być jeziorko pozostała jedynie mała, brudna kałuża. Zresztą okolica w której się znajdowaliśmy znana była z różnego typu magicznych mocy. Jak się wkrótce okazało, bożek mieszkający w świątyni na szczycie i okalających ją lasach potrafi wyleczyć z bezpłodności. Ci, co doświadczyli takiej mocy i po wizycie w świątyni doczekali się potomstwa przyjęli składać bożkowi hołd ofiarowując własnoręcznie wystrugane w drewnie figurki fallusów. Bóg ten przewrażliwiony jest również na brzydkie zapachy. Zabrania się więc wnoszenia na górę cebuli i czosnku. Kobiety ciężarne i te przechodzące miesiączkę również nie są mile widziane co podobno są w stanie odczuć na własnej skórze, bo droga będzie dla nich trudniejsza niż dla tych „pachnących”. Przez chwilę, zwalam na ten przesąd moje złe samopoczucie, w końcu od kilku dni się nie kąpałam, ale fakt, że kłopoty ze zdrowiem nie skończyły się z chwilą zejścia z góry wskazuje na całkiem inne przyczyny.

W świątyni wita nas ogromny mędrzec Jungen. Jego stara, opalona twarz przyozdobiona tysiącem głębokich zmarszczek, oryginalny, purpurowy turban na głowie i imponująca rozmiarami sylwetka mogłaby się stać podstawą wielu historyjek dla dzieci o groźnym człowieku z himalajskiego lasu. Wrażenie psuł jednak uśmiech. Szczery i bardzo pozytywny był odzwierciedleniem jego wewnętrznej dobroci. Staruszek mieszkał całkiem samotnie w tym oderwanym od rzeczywistości wzgórzu już od kilku lat. Młodzież z wioski odwiedzała go raz na jakiś czas przynosząc niezbędne produkty żywnościowe i chyba samotność lekko mu doskwierała, bo przyjął nas niesamowicie uradowany. Mimo, że nie mówił ani słowa po angielsku to, co chwila nas zagadywał  i uśmiechami zapraszał na herbatkę i suchary. W przyświątynnej kuchni przygotował nam koce, na których mieliśmy spać a sam zajął się przygotowywaniem wieczornego posiłku dla trzech.

Kuchnia Jungena urządzona była w ten sposób, by mędrzec był w stanie przyrządzić każdy posiłek nie podnosząc się w ogóle ze swojego stołeczka. Za plecami na półkach ułożone były produkty spożywcze, nad głową rozwieszone miał garnki i chochle. Przed nim, w palenisku leżały dwa wielkie czajniki w których non-stop grzała się herbata. Całości dopełniała półeczka z tybetańskimi relikwiami po jego prawej stronie. Gdy tylko gotowanie nie wymagało zbytniej uwagi, chwytał on za młynek modlitewny i burcząc pod nosem coś niezrozumiałego odprawiał modły dodając sytuacji jeszcze więcej klimatu.

Kolacja przyrządzona przez mnicha była… hmm… niesamowitym przeżyciem kulinarnym. Całe szczęście, że religia zabraniała staruszkowi na spożywanie mięsa, bo tego obydwoje moglibyśmy nie przeżyć. Niestety zjełczałe, powalające smrodem masło i przeterminowane mleko znalazło się w jadłospisie a ja z moimi żołądkowymi ekscesami zdobyłam się na jedno z największych poświęceń w imieniu uszanowania gościnności i z uśmiechem przemęczyłam połowę z ofiarowanej mi przez Jurgena porcji. To, co się stało z resztkami też mi się podobało. Następnego ranka pod niewielkim balkon naszej chaty zbiegła się niesamowita liczba małych leśnych stworzeń. Największe były niektóre gatunki ptaków i wielkie, brązowe wiewiórki. Były też jaszczurki, myszki i inne gryzonie. Wszystkie te żyjątka czekały na śniadanie z naszych resztek a Jurgena bardzo cieszył fakt, że podarowaliśmy im także resztki jedzenia z naszych plecaków…

Jurgen (fot. na-skos.com)

Jurgen (fot. na-skos.com)

Najlepszy hotel w jakim spałam. (fot. Ola)

Najlepszy hotel w jakim spałam. (fot. Ola)

Zachód słońca oglądany ze świątyni. (fot. na-skos.com)

Zachód słońca oglądany ze świątyni. (fot. na-skos.com)

Tego samego dnia wieczorem zeszliśmy do drogi i złapaliśmy stopa do miasta Tawang. Dwa dni później, drugi już raz w tym roku obchodziliśmy Nowy Rok. Tym razem był to Losar, czyli  jego tybetański odpowiednik. Jeżeli chodzi o obchody, to pod tym względem niewiele różni nasze odległe kultury a dodam tylko, że ludzie gór do grupy stroniącej od alkoholu zaliczać się nie mogą.

 

Prawie jak Hannibal

Po zjeździe z gór do prowincji Assam po raz pierwszy próbuję betel nut***. Orzech wraz z miętowym odświeżaczem zawija się w liście orzechowego drzewa. Taką mieszankę wsadza się do ust, i językiem przesuwa na stronę wypychając któryś z policzków. Zaczyna się przeżuwać. Ślinianki szybko reagują na narkotyk i już po chwili ciężko jest powstrzymać siorbanie. Co jakiś czas, gdy flegma nie mieści się w jamie ustnej, należy się zaciągnąć i na wydechu, nie naruszając mieszanki przy policzku wypluć zebraną ciecz. Odurzenie przychodzi szybko i kojarzy się z tabakowym, ale jest zdecydowanie intensywniejsze.

Po 10 minutach zrobiło mi się niedobrze. Wyplułam więc mieszankę na ziemię zabarwiając na ceglano-czerwono kawałek chodnika.

Gdy tylko przyleciałam do Indii, czerwone spluciny zdobiące ściany wszystkich publicznych miejsc przerażały mnie. Myślałam, że to zaschnięta krew. Podczas krzonowania na lotniskach myśl o tym, że leżę w czyjejś krwi nie pozwalała mi zasnąć. Zdecydowanie lepiej zasypia mi się teraz, pod koniec wyjazdu gdy już wiem, że leżę w plwocinach…

Do Assamu przyjechaliśmy jako jedni z wielu niewyróżniających się niczym turystów. „Z przewodnikiem pod pachą i w słomkowych kapeluszach na głowie” przybyliśmy do Parku Narodowego Kaziranga gdzie na wynajętym słoniu o imieniu Pitu przemierzyliśmy sawanny w poszukiwaniu nosorożców, tygrysów i innych dużych zwierząt…

Podróż na słoniu, to podobno najbezpieczniejsza forma przemierzenia parku bo inne zwierzęta czują przed nimi respekt i praktycznie nigdy nie atakują. Piesze wycieczki po rezerwacie to bardzo, bardzo zły pomysł. Chociaż tygrysy biegające po sawannach to bardzo rzadki widok, to o tym jak może się skończyć spotkanie z takim kotkiem przypominają zdjęcia zamieszczone w książeczce wydanej przez park. Na kilku seryjnych ujęciach oglądnąć można akcję w której dorosły samiec tygrysa rozbiega się i jednym susem przeskakuje całego, dorosłego słonia by zaatakować siedzącego na nim pracownika parku. Na wszelki wypadek, każdej grupie turystów na słoniach towarzyszy więc uzbrojony żołnierz…

Nam tygrysa zobaczyć się nie udało, za to niesamowicie bliskie spotkania z nosorożcami (do trzech metrów), dzikimi bawołami, słoniami i różnorakimi jeleniowatymi i tak zrobiły na nas duże wrażenie. W chwilach, gdy żadne dzikie zwierzę nie chciało się nam pokazać, to do akcji wchodził nasz słonik Pitu.Umilał on nam chwile wykonywaniem sztuczek. Ponieważ, jak opowiedział nam jego opiekun, Pitu pochodził z rodziny muzułmańskiej, więc bardzo chętnie odpowiadał głośnym trabaniem na wykrzykiwane przez nas „Salam Pitu”. Gdy w dłoni pojawiało się ciastko czy pączek, to większość słoni zaczynała pozować mając nadzieję na kawałek smakołyka. Najsprytniejsze były jednak te najmniejsze słoniki. Ich przecudne, małe trąby sprawnie przeszukiwały kieszenie turystów i kradły z nich wszystko co udało się zjeść. Opiekunowie jakby przymykali oko na wybryki swoich podopiecznych, tłumacząc nam „że to przecież tylko dzieci”…

 

(fot. Ola)

(fot. Ola)

Park Narodowy Kaziranga (fot. Ola)

Park Narodowy Kaziranga (fot. Ola)

Słoniowe "podaj łapę". (fot. Ola)

Słoniowe „podaj łapę”. (fot. Ola)

Na tym kończę moje niezwykle długie bajdurzenie z przyjemnością wracając do pisania o wspinaniu. Następny wpis będzie o moim nie do końca udanym pobycie w Kijowie i treningu z ukraińską kadrą narodową.

 

* Cytat z odcinka BBC „Ziemia – planeta ludzi”.

** Przydomek „Ani” oznacza, że świątynia jest kobieca.

*** Orzech betela lub pieprz żuwny – popularna indyjska używka

Dodaj komentarz