Tam gdzie nosi się futra

Od kiedy zaczęłam się wspinać staram się namówić siebie na trenowanie. Regularność i ułożony dobrze plan ćwiczeń to klucz do znakomitych wyników i żelaznej buły – tak przynajmniej mówią pierwsze strony tych wszystkich książek o treningu wspinaczkowym jakie leżą na mojej półce. Kilka razy, zazwyczaj z okazji nowego roku, urodzin czy innej bardziej szczególnej daty, obiecywałam sobie, że będę robiła obwody, podciągała się czy próbowała chodzić po kampusie. W rzeczywistości, zawsze kończyło się na super mocnym sprężu w pierwszym tygodniu, trochę mniejszym w drugim a po miesiącu wszystkie makro i mikro sesje zaczynały się sypać a ja zamiast iść na trening zaczynałam po prostu chodzić się powspinać.

Nigdy nie udało mi się pokonać tej magicznej granicy jednego miesiąca. Co dziwne, nawet w sytuacjach, gdy mój trening kończył się już na fazie „rozwspinanie” to zawsze po takich akcjach czułam się silniejsza a w skałach wspinałam się lepiej. Trudno więc mi było zrezygnować z idei regulrnych ćwiczeń i …

Korzystając z zebranego przez ostatnie lata doświadczenia w końcu wypracowałam idealny dla mnie roczny system treningu, który na potrzeby tego tekstu nazywać będę KRiMP („Każdego roku ieden miesiąc przybloku”). I tak, główną zasadą mojego systemu jest, by każdego roku wybrać jeden miesiąc kiedy to systematycznie i z pełnym poświeceniem będę całkowicie oddać się treningowi. W tym magicznym okresie staram się skupić na plastiku i metalu (tzn. na wspinaniu na sztucznej ścianie i chodzeniu na siłownię) a skały odłożyć na „za miesiąc”.

Dwa lata temu, identycznie jak i rok temu, padło na miesiąc marzec. Powodem była pogoda niezachęcająca do żadnych outdoorowych aktywności oraz fakt, że w miesiącu tym zawsze w firmie było najmniej pracy. Zazwyczaj więc marzec zaczynałam od kupienia miesięcznego karnetu do kompleksu sportowego na osiedlu. Później skupiałam się tylko na tym, żeby każdego dnia brać udział w przynajmniej 3 godzinach organizowanych przez centrum zajęć sportowych (rowerki, yoga, gimnastyka, bieganie, capoeira ect) i pięć razy w tygodniu spędzić przynajmniej półtorej godziny na siłowni lub na kampusie i wieczorkami przynajmniej 2 godziny na ścianie. Każde zajęcia kończyłam jeszcze piętnastominutowym basenem. Tak generalnie wyglądał KRiMP roku 2011 i 2012. Logiki, czy głębszych przemyśleń w tym systemie nie było a i zrealizowanie go było zawsze bardzo czasochłonne. Zdarzało mi się zostawać na ścianie po godzinach otwarcia a nawet sypiać w moim biurze przy boulderowni (co teraz wydaje mi się dziwne, bo mieszkałam po drugiej stronie ulicy)…

Ale nie o moich technikach treningowych miałam tu pisać. W tym roku miałam bowiem całkowicie inny pomysł na to, jak w miesiąc porządnie i trochę bardziej „z głową” przyładować.

W ostatnich dniach lutego zafundowałam sobie drastyczną zmianę klimatu i z upalnego Delhi przetransportowałam się na Ukrainę. Miesiąc marzec miałam bowiem spędzić na KRiMPowaniu z Ukraińską Kadrą Narodową która zbierała ostatnie szlify przed nowym sezonem zawodów IFSC.

Z lotniska odebrała mnie Olga i Misza Szalaginowie – moi trenerzy, przyjaciele i zdecydowana elita ukraińskiego wspinaczkowego światka. Oboje niesamowicie utytułowani i nieziemsko silni. Jakiś rok wcześniej, Olga spędziła u mnie w Pekinie gościnnie prawie pół roku. Okazjonalne wspólne treningi uświadomiły mi, jak wiele można się od niej nauczyć. Olga za to, przy każdym nowo pokazywanym mi ćwiczeniu wspominała Misze chwaląc jego zdolności treningowe.

Po rozpakowaniu się w kawalerce na obrzeżach miasta, którą dzieliłam z Olą Niedwiedewą i z wcześniej wspomnianą Olgą (dla ułatwienia też nazywaliśmy ją Ola) wybrałam się na pierwszy trening.

Tu chciałam tylko przypomnieć, że moja wizyta na Ukrainie poprzedzona była pięciotygodniową abstynencją wspinaczkową. Z Indii przywiozłam również problemy żołądkowe, które od dwóch tygodni próbowały zwalić mnie z nóg i bardzo skutecznie zadbały o moją linie (drugi raz w moim dorosłym życiu osiągnęłam wagę 45 kg przy 166cm wzrostu). Lekka jak piórko pojawiłam się więc na zimnej i zapuszczonej ścianie w jednej z Kijowskich szkół. Misza wydał pierwszy rozkaz:

„Rozgrzewka:

-dziesięć podciągnięć

-dwadzieścia sekund przerwy

-dziesięć pompek

-dwadzieścia sekund przerwy

-dziesięć przysiadów na jednej nodze

-minuta przerwy

-powtórzyć 3 razy, a podczas minutowych przerw wykonywać ćwiczenia rozciągające!”

Udało mi się podciągnąć 3 razy i nie zrobiłam żadnego przysiadu. Pompki puściły :).

Misza wyglądał na zdruzgotanego, ale wytłumaczyłam mu, że choroba, że zmęczenie, że normalnie to jestem w stanie dyszkę wydusić (to prawda, raz mi się udało i mam na to świadków)…

Następne były zwisy – jak się później okazało jedno z podstawowych i, obok podciągnięć, ulubionych ćwiczeń ukraińskich wspinaczy. Najpierw na małych oblakach, potem na trzech różnych krawądkach i na końcu na ściskach. Na każdym z chwytów wykonywałam zwisy w każdej możliwej palcowej kombinacji (po trzy i po dwa sąsiadujące palce) w seriach po trzy razy. Na krawądkach była jeszcze powtórka z chwytem zamkniętym (również w każdej możliwej palcowej kombinacji) – generalnie, przynajmniej godzina nudnego wiszenia i to wszystko tylko w ramach rozgrzewki.

Trening rozpoczęłam od poznania grupy. Składała się ona z około 12 osób – podobno tych najsilniejszych w kraju. Pierwsze, co ją wyróżniało od, powiedzmy, podobnej w Polsce to przewaga kobiet. Następną różnicą było to, że wszyscy tytułowali się odpowiednikami naszych klas sportowych. I tak już po chwili wiedziałam kto i od jak dawna ma tytuł master sporta albo zaslużony master sporta. Klasy te są na Ukrainie nadawane dożywotnio a w przypadku tych najwyższych tytułów sportowiec uzyskuje od związku (albo od rządu – nie sprawdziłam dokładnie) miesięczną, bardzo skromną wypłatę. Tak więc, Misza okazał się bardzo ważny bo miał najwyższy stopień trenerski (zslużony master trenirowki) i jedynie troszeczkę słabszy stopień sportowy (master sporta). Oldze brakuje jednego dobrego wyniku w zawodach rangi pucharu świata żeby uzyskać przydomek ‚zasluzony’ i jak na razie jest masterem sporta…

Ponieważ, Misza przed ułożeniem dla mnie jakiegoś logicznego treningu musiał się mi poprzyglądać tak więc pierwsze dwa treningi polegały na tym, że razem z którąś z dziewczyn  pokonywałam kilka średniej lub wysokiej trudności boulderów. Na każdy problem miałyśmy około 10 minut chyba, że puściło wcześniej. Gdy któraś z nas wykonywała ruch nieprawidłowo, to Misza poprawiał błąd a ruch kazał powtarzać po kilka razy.

Na koniec treningu przewidziane były znienawidzone podciągnięcia i ćwiczenia mięśni brzucha.

Nie będę oszukiwać i zgrywać twardziela. Byłam najsłabszą dziewczyną w grupie. Cieszyło mnie, że nowo poznane koleżanki są silne i że jest do kogo równać, ale jednocześnie czułam, że forma spadła mi o wiele bardziej niż się spodziewałam po zaledwie półtorej miesiąca niewspinania. Zrzucałam to trochę na problemy żołądkowe, które nie przeszły nawet po zastosowaniu ukraińskiej diety. Jednoczenie z treningami zaczęłam więc batalię zdrowotną i co drugi dzień latałam na jakieś badania i konsultacje.

Tak przetrwałam pierwszy tydzień. Po tym czasie, w Kijowie odbywały się dość ważne w środowisku zawody spod znaku ‚BoulderRing by Shalagins’. Nazwisko Szalagin stało się na Ukrainie klasą samą w sobie. Oprócz Miszy i Olgi w rodzinie jest jeszcze Sasza. Od lat jest tak, że jeżeli w zawodach rangi Pucharu Ukrainy startuje cała rodzina, to Misza i Olga zgarniają wszystkie możliwe złota a Sasza srebra. Prawdopodobnie jest to najsilniejsze wspinaczkowo potrójne rodzeństwo na świecie. Od dwóch lat organizują oni serię zawodów boulderowych, z których każde odbywają się w innym mieście Ukrainy. Mają też firmowe koszulki a nawet długopisy Szalaginsów.

Rodzinka Szalaginsów w komplecie

Rodzinka Szalaginsów w komplecie

Nie ciężko zgadnąć, że w zawodach wystartowałam nie po to żeby walczyć o zwycięstwo i raczej traktowałam je treningowo. Tym bardziej się zdziwiłam, gdy po dwugodzinnych eliminacjach (40 boulderów do pokonania w formie flash) znalazłam się z trzecią pozycją na liście finalistów. W przerwie przed finałami, bardziej niż zwykle popędziło mnie do ubikacji i to chyba na tą nadzwyczajną lekkość mojego ciała przyjdzie mi zrzucić to, co się potem wydarzyło. Totalna dominacja!! Cztery z pięciu finałowych przystawek pokonałam flashem. Najtrudniejsza trójka była poza zasięgiem którejkolwiek z nas i ta pozostała z nienaruszonym nawet bonusem. Zwyciężyłam dużą przewagą, bowiem wicemistrzyni poszczycić się mogła jedynie dwoma topami w pięciu próbach…

Z ponocą Bożą...

Z ponocą Bożą…

Dwa dni później powróciłam do treningów i znowu okazałam się być najsłabszym ogniwem w naszej damskiej grupie. I bądź tu człowieku mądry…

Bardzo chciałam, opisać w tym tekście, w jaki sposób trenują Ukraińcy. Niestety następny tydzień spędziłam raczej u lekarzy i w ubikacji niż na ścianie. Pozytywne było to, że rodzina Shalaginów okazała się mieć wtyki praktycznie wszędzie i większość lekarzy przyjmowała mnie na tak zwany ‚krzywy ryj’ a mi rzadko udawało się za kuracje płacić. W następny weekend Kijów znowu organizował zawody, ale tym razem wytrzymałam jedynie godzinę eliminacji po czym całkowicie opadłam z sił i odmówiłam dalszych wstawek. Wygrała oczywiście Olga, z którą następnego dnia wyruszyłam na południe do Odessy gdzie już jedynie pod jej okiem miałam kontynuować treningi.

Nowe lokum w nieogrzewanej piwnicy u dwójki nadmorskich artystów w normalnych okolicznościach pewnie wydawałoby mi się oryginalne i klimatyczne jednak w stanie w jakim się znalazłam, wszystkie te smutne oczy świętych, małych biednych dzieci i zbitych szczeniaczków patrzące na mnie z każdego płótna i każdej zażółkłej ściany dodawały jedynie dramatyzmu do sytuacji. Czyżby ukraińscy artyści nie potrafili opisywać swoją sztuką rzeczy wesołych i miłych? Całości dopełniał pęk zwiędniętych balonów zwisający z sufitu…

Następna wizyta u lekarza okazała się moją ostatnią na Ukrainie. Nieugięta pani doktor nie zaleciła mi bowiem kolejnego testu i nie przepisała żadnych nowych pigułek tylko zdecydowanie stwierdziła, że jedynie hospitalizacja może wyjaśnić sprawę. Niestety fakt, że przywiozłam chorobę aż z Indii sprawiał, że do położenia mnie na łóżku mogli mnie zmusić siłą. Obiecałam więc, że zgłoszę się na oddział następnego dnia rano i…

…dwa dni później byłam już w Polsce. Z lotniska przetransportowałam się prosto do szpitala na oddział zakaźny we Wrocławiu gdzie oddałam się pod opiekę lekarzy i rodziny tym samym definitywnie kończąc tegoroczny KRiMP.

Fajnie było pobyć trochę w Kijowie. Wczuć się w tą szarą, zimną ukraińską rzeczywistość gdzie jak nigdzie indziej na świecie ludzie upodobali sobie futra z nutrii, romantyczne powieści, złote zęby i mocny makijaż. Miło było ponownie, po latach usiąść na Schodach Potiomkowskich w Odessie i posłuchać klnących ponad miarę młodych marynarzy w pasiastych, niebiesko-białych podkoszulkach… Tym razem jednak cieszę się jak nigdy z powrotu do domu i zobaczenia się z rodziną i przyjaciółmi. Wdzięczna jestem losowi, za to, że w przysłowiowej biedzie przyjaciele się znaleźli. Dziękuje Wam za to z całego serca.

 

Dodaj komentarz