Kalymnos

Podczas ostatniego roku często miałam wrażenie, że mój styl życia zamienia mnie niepostrzeżenie w przysłowiowego powsinogę. Plecak powoli przyrastał mi do pleców, a jego zawartość z każdym dniem stała się przykładowym minimum potrzebnym do przeżycia w każdych warunkach. Namiot, mata, śpiwór, cały sprzęt wspinaczkowy, ubrania na każda porę roku, komputer i aparat. Wszystko mieściło się w 18 kg. W momencie gdy ktoś ofiarowywał mi powiedzmy, koszulkę, szła ona na wymiankę za którąś z tych, które miałam już w plecaku.
Zamiast kupować pamiątki, strzelałam fotki… Powoli dochodziłam do perfekcji w byciu super-trampem gdy wydarzyło się coś, co odwróciło moje życie do góry nogami i w odmianie przyniosło stabilizację i rutynę.

Wyjechałam na wspinanie na wyspę Kalymnos.

Zimowe ciuchy zostały w aucie zaparkowanym przy lotnisku w Katowicach, a namiot zamieniłam na wygodny pokoik w Irene Studio…

Wiele jest w Europie niesamowitych i znanych miejsc wspinaczkowych w których ja nigdy się nie wspinałam, ale żadne nie przyciągało mnie nigdy tak bardzo jak Kalymnos. Lubię wiązać wspinanie z przygodą czy nietypowymi miejscami, a mała wysepka na Morzu Egejskim, która gdyby nie wspinanie, to do dzisiejszego dnia utrzymywała by się jedynie z eksportu naturalnych gąbek, brzmiała bardzo egzotycznie.

Już wylot zaczął się ciekawie. Nasz samolot lecący do Kos, wypełniony co do ostatniego miejsca wspinaczami, trafił w samo serce burzy szalejącej nad zachodnią Turcją. Szarpało naszym wcale niemałym boeingiem jakby był z papieru. Nigdy wcześniej nie przeżyłam takich turbulencji i szkoda mi było tych, którym nie wytrzymały żołądki, bo każda próba wyjścia do ubikacji spotykała się z bardzo zdecydowanym sprzeciwem stewardess, co przekładało się na jeszcze większą panikę w samolocie…

Po pewnym czasie wylądowaliśmy, tyle że nie na Kos, ale na oddalonej o 300km w linii prostej Krecie. Łagodny głos pana pilota przekazał nam, że poczekamy aż burza się uspokoi i spróbujemy ponownie. Więc czekaliśmy. Szkoda, że nie mieliśmy gitary, bo czuję, że wesołe „bo wszyscy wspinacze to jedna rodzina” byłoby jak znalazł. Po paru minutach przestało być nam jednak wesoło, a humory zepsuła decyzja pilota o powrocie do Katowic. Wtedy się zaczęło. Niejednej/mu słoma wyszła z butów, a najbardziej ucierpieli na tym wystawieni na bezpośredni atak stewardzi i stewardessy. „To wszystko przez Tuska!” – ktoś wykrzyknął, co lekko rozładowało napięcie. Nic już nikogo nie obchodziła burza i niebezpieczeństwo „wspinaczkowego Smoleńska”. Nikt nie miał zamiaru wracać do Polski z jej przymrozkami i śniegiem. Krótkowzroczne samoluby z nas się porobiły. Nie ma co.

Ogłosiliśmy więc strajk stojąc w przejściu. Należało nam się przecież chociaż godzinne oczekiwanie na poprawę pogody. Z każdą minutą dawało się jednak wyczuć, że krążąca między nami negatywna energia miała coraz więcej źródeł. To psycha puszczała tym, co wzięli tygodniowy urlop. Ta część samolotu coraz głośniej mówiła o zostaniu na Krecie i próbie przedostania się na Kalymnos w jakiś inny sposób.

Po pewnym czasie przemówił pilot: „Będziemy próbowali lądować na Kos, proszę usiąść i zapiąć pasy”, ale widocznie jego głos lekko zadrżał przy słowie „próba” i większość odebrała to ogłoszenie jako trik przerywający nasz jakże piękny i solidarny strajk. Znalazł się też wśród pasażerów jeden specjalista od samolotowego fachu, który dość przekonywująco oznajmił, że z bakiem paliwa który właśnie napełniliśmy na pewno nie będziemy lądować. Jakie były logiczne za tymi słowami argumenty już nie pamiętam, ale doprowadziło to do dość nietypowej sytuacji gdzie pilot oznajmia, że lecimy tam gdzie mieliśmy lecieć, a pasażerowie nie pozwalają mu na wylot strajkując, że jeżeli lecieć to tylko na Kos. Kika osób wyszło z samolotu zostając na słonecznej Krecie. Mnie też trochę korciło, ale trochę z innego powodu. W podstawówce miałam w klasie kolegę o nazwisku Kret. Niestety nie miał on zbyt dużego powodzenia u dziewczyn, co raczej mu dokuczało. Przed każdą przerwą wakacyjną proponował on koleżankom z mojej klasy „niezapomniane wakacje na Krecie”… Ciekawe jak się teraz ma mój kolega Kret…

Wracając do opowieści wspinaczkowych, część pasażerów wysiadła, a ci, co zaufali pilotowi o drżącym głosie, pół godziny później wylądowali na Kos…

Strajkujemy (fot. Ola)

Dojechaliśmy. Kulka temu kto zabroni nam świętować. (fot. Ola)

Kalymnos jest przeuroczym miejscem z przemiłymi mieszkańcami. Czasami jest trochę brudno i prawie wszystko „pachnie lenistwem”, ale te dwie cechy to atrybuty wszystkich małych rajów na świecie. Zamieszkałam wraz ze znajomymi Kondziem i Strażakiem w miasteczku Masouri, a nad naszym studio wznosiła się przepiękna Grande Grote. Na tarasie z widokiem na morze rosły czerwone maki i inne polne kwiaty. Po tak męczącej i stresującej podróży nawet najtańszy sikacz pity w tak pięknych okolicznościach smakował jak najlepszy Westvleteren.

 

Wspinanie zaczęłam spokojnie, bo ciężko było przewidzieć jak zachowa się organizm, po niedawno przebytej chorobie. Mięśnie odmawiały dynamicznych i siłowych ruchów, za to palce z wyjątkową łatwością układały się na mikrokrawądkach. Po pierwszych dwóch dniach z zaskoczeniem stwierdziłam, że siódemki be plus i ce mi nie straszne i wszystkie puszczają w pierwszej próbie. Czas więc było spróbować ósemek. Zresztą, magiczna wycena 8a przyciągała również moich współtowarzyszy – Kondzia i Strażaka, więc z dogadaniem się do rejonów nie mieliśmy problemów. Chłopaki szukali czegoś sprawdzonego, bo dla obydwu 8a była „terenem dziewiczym”. Po reście stawiliśmy się więc pod jednym z popularniejszych rejonów zwanym Archi, by rozprawić się z jej klasykiem „Angelica”. Zaskoczona poprowadziłam drogę w drugiej wstawce, choć wcale nie wydawała mi się łatwa i w pierwszej próbie nie udało mi się wymyślić sposobu na dalekie sięgnięcie w kruksie (tu ukłony w stronę chłopaków z Krakowa za idealne patenty). A więc szło całkiem nieźle, wspinanie powoli się rozkręcało i życie rozpieszczało. Wspólne gotowanie, wieczorne piwko i rozmowy w moim rodzinnym języku. Dawno nie miałam takich wakacji. Czysty relaks…

Lubię wspinanie w Archi (fot. Ryba)

W każdym opowiadaniu mile widziany jest jakiś zwrot akcji, jakieś mała tragedia mile zaskoczyłaby czytelnika i wprowadziła by trochę pikanterii. Takiego dramatu jednak ciężko mi się doszukać w tripie do Grecji. Jeden dzień padało, ale zważywszy na pogodę panującą ostatnio w naszym kraju, to zrobienie „sceny” z jednego dnia deszczu słabo mrozilo by krew w żyłach. Raz zabrakło nam magnezji w skałach, hmm, i to chyba jedyne zaskakujące zwroty akcji. Co więcej, wspinało nam się razem na tyle dobrze, że kilka dni przed wylotem do domu kupiliśmy nowe bilety przedłużając nasz wyjazd o następny tydzień. Po kilku dniach Strażak poprowadził „Daniboy” swoje pierwsze 8a, ja poszłam zaraz za nim i wyrównałam swojego maksymalnego flasha sprzed trzech lat. Kondzio musiał się trochę dłużej pomęczyć, ale i on wpiął się w końcu do łańcucha. Pod droga zjawiła się też, ale tylko na chwilę, Kinga Ociepka dając nam popis niesamowitego wspinania w stylu OS. Wydaje się, że Kinga znalazła najtrudniejsze możliwe patenty na drodze a i tak dociągnęła do łańcucha. Czapki z głów..

Fleszujemy ósemeczki. Sweet 🙂 (fot. Kondzio)

Kondzio walczy z Daniboyem (fot. Ola)

Ja do końca wyjazdu bujałam się po ósemkach a czatując na pierwszego osa na tym stopniu. Wiele razy było blisko, ale widocznie jeszcze nie czas, bo wszystkie drogi puszczały dopiero w drugiej próbie. Udało się przewalczyć bez znajomości i z rozwieszaniem ekspresów drogę „Paris Teras”. Wyceniona jedynie na 7c linia w moim odczuciu trudniejsza jest od niejednej 8a na wyspie…

Do największego wyczynu wyjazdu zaliczyć można poprowadzenie razem z Kondziem mojej pierwszej wielowyciągowej drogi w wycenie 8a. „Cardin Palma” (6c+, 7c, 8a, 6c) padła ostatniego dnia wyjazdu i doczekała się tym samym dopiero drugiego czystego przejścia. Droga, choć niedługa, obita jest jak wielowyciągowy klasyk i to właśnie na typowy problem niedostrzeżenia kolejnej wpinki już po kruksie zwalam zaprzepaszczenie przejścia os najtrudniejszego z wyciągów. No cóż, na takich liniach magnezja nie podpowiada którędy droga, a moja intuicja podpowiedziała „do góry”  tam gdzie trzeba było trawersować.

 

Grande Grota (fot. Ola)

Pięknie (fot. Ola)

Nasz wyjazd skończył się w najodpowiedniejszym momencie dokładnie z dniem, gdy Kalymnos zamieniło się w patelnię.

Kilka dni później jestem już z powrotem w Chinach, tym razem intensywniej myśląc o rozpoczęciu jakiejś „poważnej pracy”. Domek na wysepce Morza Egejskiego sam się przecież nie kupi.

 

Z kapownika:

 

Daniboy 8a FL

Cardio Palma 8a RP (6c+(os), 7c (fl), 8a (2 próba), 6c(os – na drugiego))

Angelica 8a RP(2 próba)

The path to deliverance 8a RP (2 próba)

Helios 8a RP (3 próba)

Paris Teras 7c os

Aegialis  7c os

Nirwana 7os

i jeszcze kilka 7c w pierwszej próbie.

Dodaj komentarz