Wspinamy na własnej

Wspinanie tradowe – podobno to zabawa tylko dla tych z żelazną psychą albo dla tych którym coś w życiu nie wyszło i stać ich na hasła typu „raz się żyje” (na wyspach masowe wspinanie „na własnej” najprawdopodobniej spowodowane jest przygnębieniem wynikającym z ciągłych opadów deszczu).
Tak przynajmniej myśli spora część Europy a na pewno myśli tak większość wspinaczy w Polsce. Ja, muszę się przyznać, przez dużą część mojej „wspinaczkowej kariery” trzymałam się z daleka od tego typu zabaw i nawet podczas wyjazdów na wielowyciągówki, gdy tylko na schemacie pojawiała się informacja że na którymś z łatwiejszych wyciągów trzeba coś dołożyć, nawet nie analizowałam jej przebiegu.
To trzeba było zmienić. Planem na ten rok było przecież próbowanie wielu nowych rzeczy/stylów we wspinaniu. Że rok zaczyna się od zimy, tak więc zaczęłam od wspinania lodowego. Uwieńczeniem było poprowadzenie odnalezionego kilka lat temu lodospadu i wygranie autka w (po części) zawodach we wspinaniu lodowym. Ta część odhaczona. Przyszła wiosna i trzeba było rozglądnąć się za czymś nowym. Powstała strona BeijingBoulders.com i na chwilę przerzuciłam się na bouldery. Brakowało mi liny. Wiadomo było że „trad” wisi mi nad głową ale jakoś trudno było się zmusić. Kilka razy coś tam poutykałam w łatwiejsze rysy ale ciężko było nazwać to wyzwaniem bo łatwo i krótko. Zdecydowałam się na terapię szokową. Razem z Mateuszem i Takako jeszcze w maju wybrałam się do prowincji Yunnan w piaskowcowy rejon Liming gdzie inne niż tradycyjne wspinanie nie istnieje.
Liming ukryty jest głęboko wewnątrz prowincji Yunnan. Żeby się tam dostać, trzeba najpierw przebić się przez dwa najbardziej turystyczne miasta tej prowincji, Dali i Lijiang. W obydwu warto zatrzymać się na chwilę bo każdy z nich ma pewien, mocno ukryty między straganami z chińską tandetą, naturalny urok. Żeby dojechać na miejsce trzeba udać się jeszcze kawałek na zachód od Lijiangu schodząc też tym samym z tak zwanego „ubitego szlaku”. W oddali można podziwiać ośnieżone szczyty Yulong, Haba i innych pięciotysięczników. Górski charakter okolicy nie zapowiada ani trochę tego, że w okolicy istnieje jakiekolwiek wspinanie skalne. Pomarańczowe, prawie że czerwone ściany „uderzają” nagle po oczach dopiero przed samym wiazdem do parku geologicznego Laojiunshan. Widoki są nieziemskie, kolory skał, szczególnie przy zachodzie słońca, oszałamiające. Jest naprawdę, naprawdę przepięknie.
Widok na wioske Liming (fot. Ola Przybysz)

Widok na wioske Liming (fot. Ola Przybysz)

Przy wjeździe do parku należy uiścić jednorazową opłatę w wysokości 80 yuanów. Dużo, ale jak się wkrótce okazuje wioska w dolinie w której należy szukać noclegów jest, nawet jak na Chiny zaskakująco tania. My decydujemy się na bardzo „funcy” pokój w jednym z lepszych hoteli za około 20 yuanów od osoby. Ponieważ docieramy na miejsce dosyć późno, odstawiamy cameloty w kąt pokoju i spędzamy popołudnie na zwiedzaniu. Gdy wychodzimy na ulicę, podbiega do nas wielki owczarek niemiecki. Kilka podrapań za uchem i psina przez następne trzy dni nie odstampia nas nawet na krok. … Jak ja tęsknie za posiadaniem czteronożnego przyjaciela…
Droga za wioską prowadzi nas przez boczny kanion do wzgórza tysiąca żółwi. Gdy dostajemy się na wierzchołek to tajemnicze imię staje się jasne. Ziemia, choć raczej podłoże skalne wygląda tak jakby zasnęło przy sobie, skorupami do góry z tysiąc żółwi. Bardzo bajecznie to wygląda a piękny widok z tego wzgórza jeszcze potęguje wrażenia. Chodzi się po tym na bosaka bo buty szybko wycierają piaskowcową skałę. Turystów jest niewielu więc ucinamy sobie na szczycie dłuższy odpoczynek.
Tysiac zolwi (fot. Ola Przybysz )

Tysiac zolwi (fot. Ola Przybysz )

I jeszcze wiecej zolwi (fot. Ola Przybysz)

I jeszcze wiecej zolwi (fot. Ola Przybysz)

Wieczorem przechadzamy się jeszcze po wiosce. Zamieszkana jest w większości przez dwie mniejszości narodowe: Naxi i Lisu.
Lisu wywodzą się z Kambodży i w Chinach można ich spotkać tylko w tej jednej wiosce. Ludzie ci uwielbiają muzykowanie a piosenki opowiadają historyjki o ich pochodzeniu lub, te nowsze, o miłości. Lokalny aptekarz co wieczór urządzał nam koncerty przygrywając na flecie albo na tradycyjnej gitarze którą odziedziczył po jego pra, pra, pra… dziadku. Lisu pędzą też najochydniejszą wódkę w całych Chinach.
Aptekarz z mniejszosci Lisu (fot. Ola Przybysz)

Aptekarz z mniejszosci Lisu (fot. Ola Przybysz)

Naxi – ta grupa zaskakuje tradycyjnym ubiorem. Ulubionymi kolorami są błękitny, biały i czarny. W jaki sposób rolnicy utrzymują stroje tak śnieżnobiałe, to pewnie lokalna tajemnica. Na pewno kontrastują oni niesamowicie z otoczeniem przez co wyglądają lekko jak przebierańcy udający się na imprezę karnawałową.
Naxi w tradycyjnych strojach (fot. Ola Przybysz)

Naxi w tradycyjnych strojach (fot. Ola Przybysz)

Czas na wspinanie.
W rejonie w tej chwili jest ponad 130 dróg. Wszystkie tradowe. W internecie można znaleźć darmowy przewodnik ze wszystkimi potrzebnymi informacjami (http://junshanclimber.com). Generalnie wspina się w rysach i tylko w rysach. Z powodu koloru skały i stylu wspinania rejon nazywany jest Chińskim Indian Creek. Naszym planem było wspinać się jak najwięcej i po łatwym. Wszyscy straszyli bowiem że to nie to samo co „sport” i nie tylko nie wolno unosić się dumą ale i stękanie na 5.9 jest czymś wskazanym. Chcieliśmy więc zacząć od czegoś banalnego i pewnie by tak było gdyby nie to, że gdy po godzinnym marszu doszliśmy w końcu do pierwszego kawałka ściany, popatrzeliśmy w górę i stwierdziliśmy „No nie, to nie może być trudne” i zaczeliśmy od wcale nie ładnego „Higway to Hell” 5.10c. Po tym „odpoczynku” zmusiliśmy się do małej eksploracji i dopiero wtedy trafiliśmy na przepięknie wyglądające, pomarańczowe rysy Pilars Area. Zerkanie w przewodnik niewiele daje, bo w Liming niektóre drogi po prostu proszą się o to by się po nich wspinać. Jest tam kilka takich piękności, że nie da się ich nie dotknąć. Pierwszego dnia tak właśnie wołała mnie „Faraway Corner” 5.11+.
Faraway Corner (for. Mateusz Krzyzosiak, naskos.com)

Faraway Corner (for. Mateusz Krzyzosiak, naskos.com)

Faraway Corner (fot. Mateusz Krzyzosiak, naskos.com )

Faraway Corner (fot. Mateusz Krzyzosiak, naskos.com )

Idealna rysa na palce była moim wspięciem dnia i choć nie okazała się wielkim fizycznym wyzwaniem to mogę ją zaliczyć do tych najbardziej urokliwych wspinaczek w życiu. Po pierwszym dniu nasunęło mi się pewne spostrzeżenie: we wspinaniu w rysach wykorzystuje się niewiele technik. Można klinować albo „lejbakować”. Co dziwne, wydaje mi się, że nauczenie się tych technik niektórym przychodzi bardzo trudno, a niektórzy z takimi zdolnościami się po prostu rodzą i nie sprawiają im one trudności nawet jeżeli robią to po raz pierwszy. Moją słabą stroną jest klinowanie. Wszystko jedno, czy jest to droga za 5.6 czy za 5.13 wszystko wydaje się tak samo niemożliwe. Z niewiarygodną łatwością wspina mi się jednak w techniką „lejbak” nawet przy jednoczesnym zakładaniu asekuracji. Z Takako było odwrotnie. Zacięcia wymuszające chociażby dwa ruchy łatwego „lejbak” były dla niej nieosiągalne.
Drugiego dnia zdecydowaliśmy się na wspinanie po przeciwnej stronie kanionu w rejonie Cretaceous Area. I tu znowu jakaś siła przyciągnęła nas do drogi której i tak nie byliśmy w stanie zrobić ale nie mogliśmy oprzeć się pokusie spróbowania. Mowa o najpiękniejszej wielowyciągówce na świecie „Soul’s Awakening” 5.10? (piekielnie trudne jak na swoją wycenę). Mateusz padł gdzieś pod ścianą z wysoką gorączką i nie chcąc go zostawiać jedynie z naszymi wiernymi psami (drugiego dnia do owczarka dołączył mały kumpel o imieniu Smiley) zdecydowaliśmy się na poprowadzenie jedynie pierwszego wyciągu. Ja na pewno na nią wrócę bo po takie drogi wraca się nawet z drugiego końca świata.
Dla mnie wyzwaniem dnia okazała się ostatnia linia która nawet nie ma nazwy a wyceniona została na 5.11+. Wybór, jak zwykle spowodowany był urodą, bo linia znajdowała się na najbardziej czerwonym kawałku skały w okolicy a do tego koniec drogi to magiczne piaskowcowe formy wychodzące z rysy a wyglądające jak przyklejony ponadgryzany arbuz. Tym razem trzeba było wcisnąć ręce do rysy i zaklinować więc była walka. Sprawę dodatkowo utrudniała zależność, że im czerwieńsza jest skała tym jednocześnie jest bardziej krucha/sypiąca się. Próbowałam więc w jakikolwiek zmusić jedną rękę do pozostania w rysie a drugą wyciągałam z niej tony piasku. Zjeżdżając w dół trzy kolejne camy wyskoczyły samoistnie z rysy gdy tylko lekko za nie pociągnęłam.
(fot. Ola Przybysz)

(fot. Ola Przybysz)

W Liming spędziliśmy jedynie 3 dni z czego tylko dwa się wpinaliśmy. Biorąc pod uwagę odległość i inwestycję w sprzęt do tradu były to chyba najdroższe dwa dni wspinania w moim życiu. Było warto. Ja już planuję powrót, a dodatkowo kustosz rejonu Mike Dobie stał się moim partnerem na następne, już czysto tradowe, wielowyciągowe wyjazdy do prowincji Xinjiang planowane na miesiąc wrzesień.
Następnego weekendu po powrocie do Pekinu zjawiłam się pod jedyną „idealną rysą” pod Pekinem (8m, 5.11d). Próbowałam swoich sił na niej przez trzy weekendy strasznie się pocąc i stękając a gdy miałam dosyć przenosiłam się na linie z boltami i na niesamowitym lajcie robiłam swoje najtrudniejsze przejścia w rejonie. Po trzech tygodniach coś przeskoczyło i trudności drogi nagle znikły. Zabawne, że przejście tej rysy zajęło mi więcej prób niż jakiekolwiek wcześniejsze przejście sportowe.
Aha, i znalazłam jeszcze kilka interesujących ofwidów… Ale może o tym dopiero w następnym wpisie.  
Galeria:

Smutna wiadomość

Doszła do mnie dzisiaj bardzo smutna wiadomość. Wczoraj, podczas wspinaczki w prowincji Sichuan zginął tragicznie jeden z czołowych chińskich wspinaczy – Yan Dondong. Szegóły nie są jeszcze znane. Dongdong był jednym z niewielu chińczyków który od lat specjalizował się we wspinaczce w stylu alpejskim. W większości wybierał ściany niezdobyte i mało znane szczyty. Po części ze względu na jego zawód (był tłumaczem języka angielskiego), ale przede wszystkim ze względu na jego miłość do wspinania w Chinach, był jedynym głównych ludzi którzy poprzez liczne artykuły i publikacje rozpowszechniali na świat mało znane wspinaczkowe rejony Sichuanu, Xizangu i Xinjiangu.

Prywatnie był zaskakująco nieśmiały, zawsze uśmiechnięty i bardzo pomocny.

Yan Dongdong (pierwszy od lewej) i Zhou Peng podczas jednej ze wspinaczek (Sichuan 2009).

Yan Dongdong (pierwszy od lewej) i Zhou Peng podczas jednej ze wspinaczek (Sichuan 2009).

 

http://wspinanie.pl/serwis/201112/09chinczycy-syczuan-nowe-drogi.php

http://wspinanie.pl/serwis/200912/02siguniang-shan-nowa-droga.php

 

S & J

Musze się pożalić: Brakuje mi chęci do pisania. Tematów jest sporo, bo ostatnio dużo się dzieje za to mam zdecydowaną awersję do białego koloru na ekranie komputera. Tym razem będzie więc krótko i na temat.Wczoraj wieczorem udało mi się skończyć przygodę z (jak do tej pory) najtrudniejszą moją sportową drogą.
Linia „Steve and John” była jedenastoletnim (wytyczona w marcu 2001) projektem wynalezionym w kanionie rzeki Baihe przez Steve McClure i Johna Dunne. Oryginalnie była to linia na własnej asekuracji z bardzo lotnym pierwszym, najtrudniejszym boulderem. Jedenaście lat temu Steve przeszedł drogę na wędkę i wycenił ją na 8b/8b+. Potem pałeczkę przejęli Chińczycy którzy po konsultacjach z autorem obili projekt. Przez wszystkie te lata droga była ikoną, najtrudniejszą drogą pod Pekinem. Praktycznie każdy mocny wspinacz w Chinach miał na niej swój epizod. Ciężko powiedzieć, żeby było na niej tłoczno, bo oprócz trudności wspinaczkowych droga jest również trudno dostępna. 10 kilometrów od najbliższej miejscowości i 20km od jakiejkolwiek innej drogi wspinaczkowej (za to przy drodze Miyun – Huairou) co przy fakcie, że tutaj wciąż posiadanie własnego auta to przywilej najbogatszych zamieniało wyjazd w skały w prawdziwą wyprawę (autobus miejski, metro, autobus dalekobieżny, autobus wiejski, stopowanie=5 godzin w drodze). By dostać się do podstawy ściany trzeba zjechać na dodatkowych linach asekurując się z przydrożnych słupków. Miejsce do asekuracji też nie jest doskonałe i praktycznie wisi się cały czas w uprzęży.
Ja próbowałam drogę już w zeszłym roku przez 3 soboty i 2 niedziele. W tym roku spodziewałam się trudności technicznych bo moi „starzy” partnerzy którzy mogli być zainteresowani drogą, zdecydowali się wyjechać na dobre z Pekinu. Tak więc dwa tygodnie temu, pierwszy raz tym roku pojawiłam sie pod drogą z najlepszym przyjacielem samotnego wspinacza o imieniu Ropeman. Zafiksowałam starą linę i deskę na której można usiąść albo z której można by asekurować i spędziłam dwa dni samotnie w ścianie. Widok z drogi na cały kanion jest naprawdę przepiękny a w godzinach popołudniowych usłyszeć nawet można dzwieki konkursu karaoke odbywającego się w dolinie. Próby były obiecujące więc przekupiłam kolegę czekoladą namawiając na wspólne wspinanie. Gdy przyjechaliśmy pod drogę czekała nas mała niespodzianka. Ktoś uciął moją linę na wysokości 3 ekspresa i rozmontował deskę do siedzenia/asekurowania, całkowicie niszcząc całą konstrukcję do samotnych wstawek. Niestety nie ma szans, żeby była to sprawka osoby niewspinającej się. Wiedziałam, że wyścig o FA na tej drodze to dla wielu poważna sprawa, ale…
Cała linia jest w większości pionowa i niedługa, ma może z 15 metrów i od początku do końca biegnie rysą na palce, ewentualnie na słabe klinowanie dłoni w miejscach restowych. Zaczyna się bardzo czujnym i trudnym boulderem z niesamowicie wysokim wstawieniem nogi. Środkowa część to raczej prosty, techniczny teren za jakieś 7c i na koniec siłowy, już nie tak trudny boulder w przewieszeniu.
W dniu przejścia wszystko było idealne (no może oprócz tej obciętej liny). Zaskakująco zimno, dobry partner i jakoś dziwnie wszystko działało tak jak trzeba. Droga padła w trzeciej próbie na zaskakująco dużym lajcie i tym samym od wczoraj najtrudniejsza linia w Pekinie przestała być projektem. Ja cieszę się, mimo, że to pierwsze przejście, to droga ma już ugruntowaną wycenę nadaną przez Stevena i potwierdzoną na trudne 8b przez wielu którzy byli „o krok”.Dla mnie to przejście niejako kończy batalię z podpekińskimi drogami. Zostaje kilka łatwiejszych linii które mam nadzieję padną podczas następnych dwóch, trzech weekendów. Udało mi się praktycznie wspiąć na wszystko co ma bolty co pewnie wydawać się może niektórym problematyczne, ale jak to ktoś mądry powiedział „nasze szczęście polega na tym, że na krótką metę wszystkie problemy mają proste rozwiązania„. Tym sposobem oprócz wpisu na blog zmuszam się do napisania jeszcze jednego, znacznie krótszego tekstu do moich szefów „…z wielu powodów, lecz w większości tych prywatnych z początkiem lipca, decyduję się na opuszczenie firmy i Pekinu… Pracowanie z Wami było prawdziwą przyjemnością…

Zobaczymy co przyniesie los. Trzymajcie za mnie kciuki.

Aha i jeszcze fotka z „prawie” przejścia:

Jak to sie mowi "na bezrybiu i rak ryba" :). S&J w calej okazalosci.

Getu

Zazwyczaj tak to jest, że to co jest blisko wydaje się nieciekawe i mniej kolorowe niż to, co na codzień niedostępne. Wyjazd pociągiem nigdy nie zostanie nazwany ekspedycją albo wyprawą. Podążając tym tokiem, Chiny każdego roku zdają się dla mnie kurczyć a wyjazdy do miejsc oddalonych nawet o 3-4 tysiące kilometrów od Pekinu nie wydają się już niczym wyjątkowym. Nie tak dawno temu, przedłużając sobie o jakieś 2 tygodnie pierwszomajowe wakacje wybrałam się więc na „małą” wycieczkę (36 godziny w pociągu i 4 w autobusie) do Getu w prowincji Guizhou. Miejsce mi znane już całkiem dobrze, za każdym razem identycznie zachwycające piękną okolicą i życzliwością mieszkańców, miało być zwykłym sportowym wyjazdem w skały. W pewnym sensie tak właśnie było, bo to co mnie najbardziej zaskoczyło w Getu nie miało nic wspólnego ze wspinaniem.

Oryginalnie wyjazd miał na celu podotykanie trudnych wielowyciągów poprowadzonych dachem niesamowitego tunelu Great Arch. Mimo, że nigdy nie próbowałam nawet pierwszych przechwytów, to droga „Lost in Translation” (7b+, 7c+, 8a, 8a+) cały czas jest moim małym marzeniem. Przez chwilę było nawet lepiej niż idealnie, bo moim partnerem miał być sam Yuji Hirayama (ja miałam asekurować go na wielowyciągu Daniego Andrady za 8c+ a on mnie właśnie na Lost in Translation). Niestety, wszystko poszło nie tak jak trzeba i w końcu wyruszyłam w drogę całkowicie sama, licząc na przypadkowo napotkanych wspinaczy.

Pogoda była przepiękna, choć w słońcu może lekko za ciepło. Wszystko w okolicy kwitło, a w powierzu latały pszczółki, motylki i inne robactwo. Po 3 miesiącach spędzonych w Pekinie Getu było rajem. Zaatakowłam od razu rozgrzewając się na pierwszej lepszej 8a. Choć dziwnie słabo się czułam, to drogi jedna za drugą puszczały. Napotkani wspinacze z Taiwanu byli niesamowicie przyjaźni i razem wspinało nam się dobrze. Choć straciłam nadzieję na wspinanie wielowyciągowe, to w głowie pojawiały się plany spróbowaia trudniejszych linii. I wtedy to właśnie wszyscy wspinacze postanowili wyjechać. Nagle zostałam w Getu całkowicie sama. Jeden dzień restu – nikt się nie pojawił. Późnym wieczorem wiedziłam już, że na wspinanie następnego dnia też nie mam co liczyć. Potrzebny był plan, bo siedzenia i czekania nie cierpię. Tak właśnie, gawędząc wieczorem przy piwku z lokalną rodziną usłyszałam o wiosce ZhongDong, czyli miejscowości ukrytej w jaskini. Choć lokalni przekonywali mnie że nigdy miejsca nie znajdę, to jednak namówiłam ich na naszkicowanie prostej mapy i rano dnia następnego ruszyłam w drogę.

Codzienność wioski Getu (fot. Ola)

Codzienność wioski Getu (fot. Ola)

Zacząć trzeba od przeprawy łodzią przez rzekę płynącą w parku Getu, następnie czekał mnie mozolny spacer w góre najbliższego wzgórza aż do małej drewnianej wioski. Droga była bita i co jakiś czas mijały mnie motocykle – podstawowy tutaj środek transportu. Jeden z kierowców na tyle zdziwił się na mój widok, że motocykl z zapasami produktów na kilka dni i trójka jego pasażerów wylądował w rowie. Najstarsza kobieta, prawie babcia, mocno skarżyła sie na ból ręki. Mogła być złamana. Nie dane mi było obejrzenie obrarzen z bliska, bo bardzo sprawnie ktoś chwycił babcię za dłoń, inna kobieta złapała ją pod pachy i nastąpiło szybkie nastawienie. Babcia zapłakała, co jakby lekko rozradowało tłumek. Zebranie produktów, pozbycie się pobitego lewego lusterka i tyle ich widziałam.

Motorem da sie przetransportować wszystko. (fot. Ola)

Motorem da sie przetransportować wszystko. (fot. Ola)

Przed nastepną wioską ludzie pokierowali mnie na scieżkę wykutą w skale zbocza następnego ze wzgórz. Minełam drewnianą wioskę mniejszosci Miao. Wszyscy usmiechali się i machali. W odróżnieniu od Chinczyków Han tutejsi ludzie są bardzo nieśmiali. Gdy pytam o drogę, czerwienią się lub chowają połowicznie za drzewem, czy futryną domowych drzwi. Bardzo raduje ich fakt, że rozumiem co do mnie mówią. Aparatu nawet nie staram się wyciągać. Za wioską widać białą ścianę wapiennego wąwozu. To mój nastepny cel. Prowadzi do niego ścieżka między niskimi skałami wyrastajacymi z ziemi jakby kamienne igły. Między każdą z igieł posadzona jest jakaś roślinka. Wyglada jak młoda przenica. Tutaj jedno źdźbło a tam dwa. Uprawa w takich warunkach musi być niesamowicie pracochłonna. Przez pewien czas, może z godzinę, nikogo po drodze nie spotykam. Maszeruję w słońcu aż do czasu, gdy z naprzeciwka widzę nadchodzące dwie kobiety. Każda z nich na barkach dźwiga kłodę drewna wiekszą od niej samej (mają może po 1,5 cm wzrostu, nie więcej). Pytam o drogę i słusznie, bo okazuje się, że od jakiegoś już czasu jestem na niewłaściwej ścieżce. Kobiety na początku wskazują mi palcami w którą stronę mam iść, ale już po chwili decydują się doprowadzić mnie do rozdroża.

Nie ciężkie, nie ciężkie – wołają gdy próbuje im odmowić. Maszerują żwawo, a z czoła spływa im pot.

Wioska miniejszości Miao. (fot. Ola)

Wioska miniejszości Miao. (fot. Ola)

Na rozdrożu przekazana zostaje babci z dwiema krowami. Ciężko mi dotrzymać jej kroku choć ma na oko jakies 70 lat. Dochodzę z nią do najwyższego z pastwisk w okolicy na przełęczy dwóch wzgórz. W prawym widać skalny łuk. Jakby ktoś przedziurawił górę na wylot. Miejsce którego szukam znajduje się po drugiej stronie tunelu. Choć widać wszystko jak na dłoni, babcia tłumaczy mi skrupulatnie drogę przez strome pole usłane kamieniami. Gdy idę do góry obserwuje mnie cały czas i jak tylko skręcam nie tam gdzie powinnam, gwizdem kieruje mnie na właściwy tor. Łuk do którego dochodzę nie jest może tak wielki jak Great Arch, ale i tak robi niesamowite wrażenie. Do sklepienia jest jakieś 40 metrów i gdyby nie odległość od cywilizacji, byłby doskonałym miejscem na poprowadzienie wielu, bardzo przewieszonych dróg. Widok po drugiej stronie jest przepiękny. Wapienne, bardzo strome wzgórza ciągną się aż po horyzont. Mój cel też jest już na wyciagnięcie ręki. Całkiem porządna, kamienna ścieżka prowadzi mnie między małymi poletkami, w dół aż do wielkiej jaskini. Gdy zbliżam się do niej, słychać niesamowicie donośne, rozchodzące się echem pianie koguta. Wchodzę do środka jaskini. Zatyka mnie na dobrą chwilę. Nawet w tym momencie, gdy o tym piszę, wilgotnieją mi oczy. ZhongDong to cała wioska ukryta w wielkiej jaskini. Widok jakich niewiele. Pomiędzy domami ze słomianymi ścianami kręcą się ludzie zajęci narmalną codzienną pracą. Całe życie prowadzone jest w lekkim półmroku. Każde wypowiedziane słowo rozchodzi się echem po sąsiednich ścianach. Gdy się przyjżeć bliżej, wydaje się, że większość domów jest w budowie. To dlatego, że nikt nie buduje tu dachów. W jaskini nigdy przecież nie pada. Spędzam w tej niesamowitej wiosce kilka godzin odwiedzając 3 z 6 zamieszkanych domów. Jeszcze 2 lata temu w ZhongDong mieszkało 20 rodzin, a w najgłębszej części jaskini znajdowała się szkoła, do której uczęszczało 150 dzieci. Zamiast pomóc utrzymać tak niesamowite miejsce, rząd prowadzi program przesiedlania mieszkanców poza jaskinie. I rzeczywiscie, w oddali, na przełęczy aż błyszczy się kilka nowych budynków do ktòrych przenoszone są całe rodziny. Dzieci zabierane są do szkół z internatem do większych miejscowości w okolicy. To pewnie ostatnie chwile dla tego miejsca. Bardzo się cieszę, że udało mi się to zobaczyć.

Niesamowita wioska ZhongDong (fot. Ola)

Niesamowita wioska ZhongDong (fot. Ola)

Zycie w półmroku. (fot. Ola)

Mieszkanka jaskini. (fot. Ola)

Mieszkanka jaskini. (fot. Ola)

W okolicy odwiedzam jeszcze kilka jaskiń i skalnych łuków. Za każdym razem przechodząc przez przełęcz czy łuk pojawia się nowa wapienna ściana albo nastepny łuk. Potencjał wspinaczkowy okolicy jest naprawdę niesamowity.

Powrót nie zajmuje mi więcej niż 1,5 godziny. Przez cały czas myślę o tym co zobaczyłam. Okolica jest strasznie biedna a mimo wszystko za każdym razem, gdy proponuję bezpośrednią pomoc, nie jest ona przyjmowana. Dzieci nie dają się nawet poczestować ciastkiem czy cukierkiem. W nocy wpadam na pewien pomysł i z samego rana, gdy tylko dochodzi do mnie, że tego dnia też nie zjawi się nikt chętny na wspinanie, próbuję wprowadzić go w życie. Każda kobieta z mniejszości Miao nosi się bardzo charakterystycznie. Zawsze niebieski kubraczek z szerokimi rękawami do łokci przyozdabiany jest wyszywankami i lokalnymi tasiemkami. Ma to swój styl. Ubrań tych nie da sie kupić w sklepie. Każda wioska ma przynajmniej dwie krawcowe, które na zamówienie potrafią stworzyć takie cudo. Właśnie jednej z tych krawcowych z wioski Getu dałam zadanie stworzenia woreczka na magnzję mniejszosci Miao. Dogadujemy sie pół na migi, pół po chińsku (krawcowa mówi płynnie jedynie w języku swojej mniejszości) i po kilku poprawkach i trzech dniach dostaję prototyp woreczka. Następna grupa zamawia już 9 sztuk. Biznes się zaczął a ja mam nadzieję, że pomoże to trochę w poprawieniu warunków przynajmniej jednej rodziny, a co może i ważniejsze w zbudowaniu dobrych relacji pomiędzy lokalnymi mieszkańcami a wspinaczami.

Praca nad budowaniem relacj lokalna spoleczność-wspinacze. (fot. Ola)

Praca nad budowaniem relacj lokalna spoleczność-wspinacze. (fot. Ola)

Następnego dnia przyjeżdża para wspinaczy z Australii. Mi, przez ten długi rest, zostają już tylko 4 dni wspinania. W dzień restowy odwiedzam ZhongDong ponownie. Następnego razu gdy pojawię się w Getu, też pewnie się tam wybiorę. Powracając do wspinania, w Getu udaje mi się wspiać na Abong route (8a, druga próba), Gambei(8a, druga próba) i krótkie Alta Compresion za całe 8b. Wszystkie drogi wydawały się bardzo soft i to raczej nie wynik marca spędzonego w siłowni. Nie zdziwiłabym się, gdyby w przyszłości doczekały się degradacji o przynajmniej stopień.

Zaprzyjaźniona para z Australii. (fot. Ola)

Zaprzyjaźniona para z Australii. (fot. Ola)

Alta Compresion (fot. Anie)

Alta Compresion (fot. Anie)

 

Galeria:

BeijingBoulders Project

Długo się do tego zbierałam, ale myślę że w końcu nadszedł czas żeby podzielić się tym nad czym ostatnio pracowałam. Na początek  zapraszam do odwiedzenia strony beijingboulders.com, gdzie dociekliwi znajdą wszystkie szczegółowe informacje o projekcie o wiele mówiącej nazwie Beijing Boulders. Dla tych, którzy nie mają za wiele cierpliwości niech wystarczy to krótkie wprowadzenie:

Oczywiście w projekcie tym chodzi o wspinanie i choć nigdy nie potrafiłam za bardzo wczuć się w bouldering, to tym razem to właśnie małe formy opanowały mnie na ostatnich kilka miesięcy. W odróżnieniu od większości projektów tym razem nie chodziło o jedną szczególną linię czy drogę. Mimo, że często dane mi było powalczyć, to nie chodzi tu również o cyfrę. Celem jest odkrycie rejonu wspinaczkowego, który zawsze był w zasięgu ręki, ale pozostawał całkowicie niezauważony i podzielenie się zebranymi informacjami z innymi. Zdecydowanie wyjątkowe i niepowtarzalne w tym wszystkim jest to „gdzie” rozgrywa się akcja. Prezentowany przeze mnie nowy rejon znajduje się bowiem w samym środku jednego z największych miast świata — Pekinie. Tutaj pewnie większość pomyśli, że znowu chodzi o murki albo wspinanie po budynkach. A właśnie, że nie. Pekin to jedyny rejon na świecie gdzie wspinać się można w wapieniu, granicie, piaskowcu i jeszcze kilku rodzajach skał (tutaj moja wiedza jest raczej uboga i ciężko mi podać inne nazwy) podczas jednego dnia, a nawet jednej sesji wspinaczkowej. Ze względu na wierzenia, historie, czy w końcu proste upodobania, przed frontowymi drzwiami ważnych rządowych budynków zaczęto kiedyś ustawiać kamienie. Pomysł ten zapożyczyły w pewnym momencie firmy i hotele. Następne były osiedla i parki… W ten właśnie sposób Pekin pełen jest kamieni różnego rodzaju, jakości i wielkości. Niektóre są naprawdę niesamowite i na pewien okres czasu stają się moimi projektami. Czasami więcej jest zabawy z dostaniem się pod kamień, albo z wynegocjowaniem pozwolenia na wspinanie po nim niz samego wspinania. I, mimo że zakazy podczas tej zabawy to raczej rzadkie zdarzenie, to zdecydowanie liczyć można na zainteresowanie, mnóstwo pytań, a nawet dopingującą publikę i aplauz po finalnym przejściu, bo w naturze swojej Chińczycy są bardzo ciekawscy i nie odpuszczają takim przedstawieniom. Jeżeli to Was nie przekonuje, to zapraszam do krótkiej galerii poniżej:


W tej chwili na stronie znajduje się 12 opisanych boulderów i 10 które już udało siłę odnaleźć i przewspinać, ale jeszcze nie doczekały się swoich publikacji. Jedynie zlokalizowanych jest jeszcze około 15. W całym Pekinie – niezliczona ilość. Mam zamiar zamęczać Was więc jeszcze przez jakiś czas swoimi boulderowymi wyprawami w miasto.

Nie doszło by do stworzenia strony i pewnie i całego projektu gdyby nie pomoc Mateusza (na-skos.com), który towarzyszy mi z aparatem i wspiera od samego początku, Takako Hoshi i Dane Shellenberga. Dziękuję Wam wszystkim.

Wpis całkiem nie na czasie

Jakiś czas temu, jeszcze za czasów kiedy za oknem było naprawdę mroźno wybrałam się z dwójką znajomych na jednodniowy wyjazd który miał za zadanie ochrzcić minie wspinaczem lodowym. Zaraz po tym wyjeździe zabrałam się za tworzenie historyjki na bloga. Pisanie troszkę się dłużyło a jak już było widać koniec i całość jakoś się komponowała, to wyskoczyły nagle zawody, wygrywanie samochodów i takie tam rozpraszające czynniki. Tekst się zwyczajnie przeterminował. Pominę więc opisy i zdradzę kawałek z wyjazdu korzystając z ponad czasowego środka przekazu – zdjęć. Zapraszam do galerii z mojego pierwszego lodowego przejścia „pół FA” (w tym roku doszło do oberwania się „igły” lodowej i przez to możliwe było wspięcie się tylko do połowy oryginalnej wysokości lodospadu) „Dragon breath” WI4, drogi którą przypadkowo wypatrzyłam 3 lata temu.

 

Tak wyglądał "Dragon breath" trzy lata temu (fot. Ola Przybysz)

 

A tak wyglądał dwa miesiące temu. Na uwagę zasługuje 70m dziewiczego, przewieszacego się granitu po prawej stronie od wodospadu. (fot. Ola Przybysz)

O tym, że czasami warto spróbować czegoś nowego

Już prawie skończyłam pisać o moich ostatnich wpinaczkach lodowych i wyjazdach w poszukiwaniu niezdobytych lodospadów których w okolicach Pekinu jest całe mnóstwo, gdy nagle stało się coś, o czym warto napisać w trybie pilnym. Chodzi o zawody, choć tym razem nie do końca wspinaczkowe. Przedwczoraj zakończyły się bowiem pierwsze międzynarodowe zawody w górskim trójboju zimowym organizowane przez Chińska Organizację Wspinaczkową i stok narciarski Wan Long z prowincji Hebei w których dane mi było wystartować. Te trzy konkurencje to: bieg na orientację po stoku narciarskim, wspinanie w lodzie na czas i wyścigi skiturowe. Główna częścią była klasyfikacja drużynowa (czteroosobowe zespoły z przynajmniej jedną kobietą w składzie). Przyznam, że mimo iż nagrody motywowały do sprężenia się w tej cześci, to nasz pierwszy skład nie wydawał się mieć żadnych szans. Jakiś, niekoniecznie zły, oman sprawił jednak, że w przeddzień zawodów najsilniejszy z naszych zawodników został podkupiony przez inna drużynę, a nasza najszybsza narciarka złamała sobie rękę. Przez chwilę byłam więc bez drużyny i nastawiałam się jedynie na start indywidualny. Trwało to nie za długo, bo wieść szybko się rozniosła i jeszcze tego samego dnia otrzymałam propozycję dołączenia do „Hurricane Team”. Żonglowanie zawodnikami i podkupywanie sobie kolegów trwało jeszcze chwilkę, ale nieznośna atmosfera jak na targu niewolnikami w końcu ucichła i każdy znalazł swoją drużynę. Ciężko sobie wyobrazić, że w sportach takich jak piłka nożna czy kosz to codzienność i szczerze współczuję tym, co na codzień są tak traktowani.

Mój nowy zespół był dobry. Skałdał sie z „ludzi gór” cechujacych się dużą wytrzymałością i choć jako jedyni mieliśmy w składzie dwie dziewczyny, to widać było, że możemy powalczyć z najlepszymi.

Pierwszą konkurencją był bieg na orientację. Wystartowaliśmy zaraz po wschodzie słońca (7:30) u podnóża stoku narciarskiego. Musieliśmy poruszać się razem, bo check point można było opuścić dopiero po tym jak ostatni z drużyny zameldował się u sędziego. Trasa biegła cały czas po śniegu. W górę, do ostatniej stacji wyciagu narciarskiego a potem w dół. Jeszcze raz do góry, po trasie czarnej i znowu w dół. Ja wystartowałam żwawo, nawet bardzo. Z doświadczenia nabytego podczas kilku lat startowania w biegach długodystansowych wiedziałam, że start i finisz są bardzo ważne. Po jakichś 100 metrach przekonałam się jednak, że bieg po stoku narciarskim pod góre przy -15 stopniach i w śniegu to troszkę inna bajka. Moje buty się ślizgały, nie wziełam ze sobą kijków narciarskich a przede wszystkim nie potrafiłam prawidłowo rozdyspononować energią. Poczerwieniałam, po chwili zaczęło lecieć mi z nosa, potem bezwiednie się śliniłam a pod koniec juz się popłakałam. Nie mogłam odpuścić, bo nie chodziło tylko o mnie. Nie chciałam zawieść, nie chciałam być tą najgorszą. Zaciskałam zęby i choć nie było łatwo, to dotarłam do pierwszego punktu na szczycie najwyższego wzgórza w okolicy. Przepiękny widok, choć cieżko było się nim delektować w stanie w jakim wtedy byłam. Następny punkt znajdował się na dole z drugiej strony wzgórza. I tu niespodzianka. Buty które ślizgały się w drodze do góry, ślizgały się nawet bardziej w drodze na dół. Tam gdzie inni zbiegali przewracając się i kontuzjując, ja poprostu stałam i ślizgiem zjeżdżałam dając chwilę na odpoczynek mięśniom. Na drugim punkcie zameldowałam się więc świeża jak nikt i dalej, choć z bólem, byłam już w stanie dotrzymać kroku drużynie. Bieg skończyliśmy jako czwarci a do trzeciego miejsca brakowało nam zaledwie kilku sekund. Fizycznie czułam się „zmiażdżona”. Niestety, nie można było oddać się błogiemu odpoczynkowi, bo już chwilę później musieliśmy stawić się przy ścianie gdzie miała odbywać się część lodowa. Tutaj czułam się pewnie i choć wspinaczka lodowa to raczej dla mnie nowa sprawa, to już podczas kursu jakiś miesiąc temu przekonałam się, że w rakach i z czekanami potrafię rozwijać całkiem niezłe prędkości. Poza tym najsilniejszymi przeciwniczkami były trenerki z mojego kursu, z którymi dane mi już było się z powodzeniem zmierzyć. Konkurencję tę wygraliśmy z dużym zapasem, co po pierwszym dniu zawodów dawało nam pierwszą pozycję w klasyfikacji generalnej. Po zawodach wszyscy padliśmy. Trzeba było porządnie się zregenerować, bo następnego dnia czekała nas najcięższa konkurencja – skitury. Wystartowaliśmy o 8 rano. Trasa była jeszcze dłuższa i jeszcze bardziej stroma niż poprzedniego dnia do tego tym razem nie mogłam liczyć na przewagę w postaci śliskich butów. Bardzo się bałam, że będę opóźniała drużynę. Ta myśl mobilizowała mnie bardziej niż wygrana czy nagrody. Głupie to trochę, ale cieszyłam się, że mieliśmy w zespole jednego słabszego narciarza i ze dzięki niemu nie będziemy za szybcy. Dotarliśmy do mety na czwartej pozycji po 1 godzinie 54 minutach istnego piekła. Nasz „kapitan” okazał się niesamowicie silny. Przepasany w biodrach liną wciągał nas kolejno do góry. Zhoupeng (tak ma na imię) to jeden z niewielu Chińczyków o którego wspinaczkach można przeczytać na polskich portalach wspinaczkowych (http://wspinanie.pl/serwis/200912/02siguniang-shan-nowa-droga.php). Po tych zawodach ma mój dozgonny szacunek.

Zajęliśmy trzecie miejsce. Całkiem nieźle, choć zawsze mogło być lepiej. Ze zmęczenia nie mogłam nic jeść. Kręciło mi się w głowie. Wysiłek podczas takich biegów jest naprawdę duży. Zawody jednak skończyły się tylko dla niektórych. Spora część, w tym i ja dożyła właśnie półmetka. Następnego dnia rano zaczeliśmy wszystko od nowa. Tym razem w konkurencji indywidualnej. Tu już zmęczenie odbiło się na wszystkich. Podczas biegu zwieziono na dół jedną dziewczynę z kontuzją kolana i dwójkę męszczyzn którzy poprostu nie dali rady. Podczas wspinaczki na czas połowa zawodników odpadła od ściany. Ostatniego dnia na start zgłosiło się tylko 11 męzczyzn i 4 kobiety. Tylko 8 osób ukończyło bieg w limitowanym czasie dwóch godzin. Jeżeli chodzi o mój start, to od początku wiedziałam, że najważniejszy jest dla mnie bieg. Liczyłam ponownie na buty i się nie pomyliłam. Nie było łatwo, ale na mecie zjawiłam się jako pierwsza. Podczas wspinania w lodzie najważniejsze było nie odpadniecie. Wspinałam się więc dosyć wolno, ale za to bardzo pewnie. Zajęłam drugie miejsce, pierwszeństwo oddając zawodniczce która zdecydowała się nie brać udziału w trójboju i świeża wystartowała jedynie w tej jednej konkurencji. Wydawało się że zwycięstwo całości mam w kieszeni. Z obliczeń wynikało, że muszę tylko ukończyć ostatnią konkurencję i zdobyć jakiekolwiek punkty. Mina mi zrzedła na spotkaniu organizacyjnym wieczorem w przeddzień ukończenia zawodów. Trasa skiturowa przebiegać miała dokładnie tak samo jak w dniu gdy startowaliśmy drużynowo. Nową zasadą było wprowadzenie limitu czasu. Niedojechanie do mety w czasie 2 godzin równe było dyskwalifikacji. Biegnąc z pomocą Zhou Penga udało nam się wycisnąć czas 1 godzina i 54 minut. Wyrobienie niegorszego czasu czwartego dnia wysiłku i samotnie było prawie niemożliwe. Zasada wydawała mi się bardzo niesprawiedliwa, ale nie mogłam nic na to poradzić. Ten ostatni raz musiała zacisnąć zęby i napierać. Nie ma co znowu pisać że było ciężko. Na ostatnim zjezdzie nie byłam w stanie ustać na nartach i trzy razy wylądowałam twarzą w śniegu. Na mecie zjawiłam się dwie minuty przed limitem jako druga kobieta. Wygrałam zawody. Godzinę później odebrałam nagrodę. Kluczyki do mojego pierwszego w życiu samochodu. Półterenowy, czerwoniutki Zhongtai (chińska marka) czekał na mnie na parkingu przed hotelem. Jak niesamowite jest to uczucie. Dać z siebie wszystko i wygrać dużo! Szkoda, że w Polsce nie udało mi się nigdy wygrać takiej nagrody…

Po dwóch godzinach znajduję nabywcę i zamieniam kluczyki na dwie koperty z czeronymi papierkami z wizerunkiem obywatela Mao. Nowy właściciel odwozi mnie nawet do Pekinu i obiecuje nazywać samochodzik Ola.

Obiecuję zamieścić wyniki i więcej zdjęć jak tylko je otrzymam.

Zapraszam na pokaz slajdów

Zdaję sobię sprawę, że to trochę późna informacja, ale może ktoś z Was ma jutro chwilkę i akurat jest w pobliżu:

Zapraszam zainteresowanych na pokaz slajdów z zeszłorocznej wyprawy wspinaczkowej na Madagaskar. Prezentacja odbędzie się na ścianie wspinaczkowej O’le Climbing w Pekinie i rozpocznie drugi już cykl slajdowisk ogólnie nazwanych „Pragnienie przygody” (zapewniam, że dużo lepiej brzmi to po Chińsku). Spotkania te są moim własnym projektem który powoli nabiera rozpędu i z którego jestem coraz bardziej dumna. W tym roku doczekały się one sponsora (The North Face) a pokazy mają zaszczycić takie osoby jak np. Yuji Hirayama (marzec) czy najszybszy wspinacz świata Zhong Jixing (kwiecień).

18.01.2012 19:00-19:40 w O'le Climbing w Pekinie

Dla wnikliwych wyjaśnienie: autor podany na plakacie (Aleksandra Prazbysz) to ja. Tylko raz podczas mojego czteroletniego pobytu w Chinach zdarzyło się, że moje nazwisko zostało napisane poprawnie i było to dokładnie dzisiaj gdy odebrałam certyfikat iceclimbera. Tutaj jeszcze dwie fotki z ostatniego tygodnia.

Pierwszy wpis w tym roku

Więc mamy już 2012 rok…

Dla mnie będzie to na pewno rok przełomowy już chociażby dla tego, że na dzień moich 30 urodzin ogłoszony jest koniec świata. Jakież to wymowne.

W każdym razie trzeba się w końcu wziąć za siebie i jeszcze przed końcem końców spróbować czegoś nowego. Tak sobie właśnie postanowiłam. W tym roku nie stawiam na trening na panelu i przechodzenie następnych sportowych trudności. Oczywiście „nie stawiam” nie znaczy, że odpuszczam. Znaczy to, że w tym roku gdy na horyzoncie pojawią się dwie propozycje: coś znanego i coś czego jeszcze nie próbowałam to bez wahania wybiorę to drugie. Na pewno nie będzie to łatwe, bo w przeszłości już wiele razy przekonałam się, że najbardziej lubimy robić to co robimy najlepiej.

Tak więc spróbować chcę nowych rejonów i nowych stylów wspinaczkowych. Słabo idzie mi wspinanie w rysach już nie mówiąc o zakładaniu własnej asekuracji. Może uda mi się przejść coś w stylu „aid” choć w tej chwili to nawet nie wiem jak to się po polsku nazywa. Kiedyś, gdy wracałam z wyjazdu w góry prowincji Sichuan wypatrzyłam pole wielkich boulderów które ciągneło się kilomtrami na wysokości 4000m – może uda mi się tam wrócić. Mam też na oku kilka dużych, dziewiczych ścian. Gdzieś w dosyć zaawansowanych planach jest też zdobycie pierwszego wysokogórskiego szczytu… Na pewno nie wszystkie z tych nowych przygód dojdą do skutku, już teraz czuję, że niektóre nie staną się „jedną z moich pasji” ale chcę stać się bardziej wszechstronnym wspinaczem i innej drogi by tak się stało nie widzę.

Zaczynam od razu. Dzisiaj wróciłam z Polski do Chin (pozdrawiam Zgorzelec i ekipę z Zerwy) a pojutrze zaczynam pierwszy w moim  życiu kurs/trening wspinaczowy. Mam zamiar stać się licencjonowanym (przez China Mountaineering Association) wspinaczem lodowym. Spędzę tydzień w okolicach miejscowości Huirou gdzie czeka na mnie kilkanaście lodospadów. Pod choinkę dostałam nowe raki a na alegro kupiłam lekko za duże buty górskie. Nigdy nie miałam takich sprzętów ale ogólnie nie mogę powiedzeć żeby było w nich coś ekscytującego o czym chciałabym napisać. Jest jednak jedna rzecz/sprzęt który całkowicie mnie zaskoczył i jest dla mne odkryciem. Chodzi tu o  dziabki do ćwiczenia na sztucznych ścianach.

Pamiętam, jak na ścianie gdzie kiedyś trenowałam ktoś używał drewnianych podkładek pod chwyty żeby trenować przed zimą. Może to i dobry pomysł ale to co znalazłam gdy przyjechałam do Pekinu wydaje mi się tańsze, prostsze i nie niszczy ani chwytów ani ściany. Zresztą poniżej umieszczam kilka fotek:

Dziabki (fot. Ola)

 

W akcji (fot. Ola)

(fot. Takako Hoshi)

(fot. Ola)

Wspiełam się z tymi pseudodziabkami na trzy proste drogi i już wiem że na kursie nie będzie łatwo bo przedramiona bolą mnie jak po pierwszym dniu na panelu. W każdym razie poznałam jeden nowy sprzęt a pojutrze zaczynam wspinanie w lodzie. Jak na razie moje noworoczne założenia się spełniają a to cieszy.

 

W Nowym Roku życzę Wszystkim żeby zdążyli ze spełnieniem swoich marzeń przed 12 grudnia.

Petzl Rock Trip w Chinach

Można by stwierdzić, że ten tekst, zresztą jak i wszystkie inne na tym blogu, jest  bardzo spóźniony. Z perspektywy widza impreza wspinaczkowa w prowincji Guizhou na południu Chin skończyła się już jakieś 3 tygodnie temu. Dla mnie zaczęła się ponad rok temu i do teraz skończyć się nie może.

 

Jak się zaczeło:
W okolicach września ubiegłego roku w Chinach pojawił się „szalony” Francuz Erwan – człowiek ten nie znając nawet jednego zwrotu w języku chińskim podróżował pomiędzy prowincjami szukając skał. Ja spotkałam go gdy sprawdzał Pekińskie Baihe i wtedy to właśnie zaczął się dla mnie Petzl Rock Trip. Miesiąc później Erwan znalazł to czego szukał i rozpoczeły się przygotowania pełną parą. Trzeba przyznać, że znaleziony przez niego rejon jest niesamowity i co więcej, do czasu jego odwiedzin był praktycznie dziewiczy.  Podczas trzech tzw. Petzl Bolting Tripów powstało ponad 200 dróg w tym niemało wielowyciągowych.
O tym jak powstawały pierwsze drogi w Getu można przeczytać na moim exblogu (a’propos, zabitego przez chińską cenzurę): http://nogadoreki.wordpress.com/2010/11/16/petzl-rock-trip-w-guizhou/

 

Jak się kończy:
Wydaje się, że impreza ta kończy się, kończy się, kończy się i skończyc nie może. Chiny przeżywają w tej chwili prawdziwe oblężenie wiecznie zagubionych Francuzów i nie tylko Francuzów. Jednym niezauważenie skończyła się wiza i nie wiedzą co począć żeby wrócić do kraju, inni potrzebują pomocy w zakupach i robieniu biznesów z ich azjatyckimi przyjaciółmi, a jeszcze inni poprostu szukają kogoś z kim można by wyjechać w skały. Wszyscy oni ze swoimi problemami pojawiają się w Pekinie a dokładniej na ścianie O’le Climbing Gym, na której pracuje. Miło jest pomagać i miło jest powspinać się przez chwilę z najlepszymi. To tyle.

Pominę na razie szczegóły samej imprezy, bo muszę stwierdzić, że mam ochotę na jakiś poważniejszy tekst na ten temat. Zapraszam natomiast
do galerii zdjęć (fotki strzelali: ZhangRui i Ola Przybysz) .